|
Jechałem właśnie samochodem z porcją komiksów z serii Likwidator (dzieło zbyt ważne w życiu ideowym tego kraju, aby zaledwie o nim wspomnieć, więc poświęcę mu w nieodległej przyszłości osobny felieton) na sąsiednim siedzeniu, kiedy z samochodowego radia dobiegły mnie niepodrabialne głosy Serge’a Gainsbourga i Brigitte Bardot śpiewających w duecie o ślicznej Bonnie Parker, która wraz z Clydem Barrow w czasie Wielkiego Kryzysu kasowała policjantów i uzbrojonych obywateli stojących na straży prawa obowiązującego w policyjnym państwie New Dealu, aby następnie pustoszyć amerykańskie garaże i banki z własności prywatnej i korporacyjnej. Angielski akcent Serge’a Gainsbourga i Brigitte Bardot wart jest opiewania przez pisarza o talencie, którego ja sam nie posiadam, więc od razu przejdę do treści. Mimo że słuchałem tego kawałek już jakieś kilka tysięcy razy, wciąż na nowo rozkoszuję się cudownie banalnymi i wzruszającymi strofami przedstawiającymi mężnego Clyde’a Barrow, który, gdy przyszło mu ginąć pod kulami policji państwowej i straży obywatelskiej, deklaruje: „Moi, j’m’en fous/ C’est pour Bonnie que je tremble” („mnie to wszystko zwisa, drżę tylko o Bonnie” – w bardzo wolnym tłumaczeniu), na co ona odpowiada mu: „Qu’elle importanc’/ Qu’ils me fassent la peau/ Moi Bonnie/ Je tremble pour Clyde Barrow” („nieważne, że dostaną moją skórę, ja drżę o Clyde’a Barrow” – w tłumaczeniu jeszcze wolniejszym).
Może ja sam nie widziałem aż tak wielu par heteroseksualnych w ciągłym pożyciu, ale trochę jednak widziałem, a parę par to może nawet od środka. I muszę przyznać, że w oparciu o badania terenowe nad związkami heteroseksualnymi prowadzone przeze mnie w Polsce, Francji i Anglii broniłbym tezy (ilustrowanej lirycznie przez piosenkę Serge’a Gainsbourga), która może wydawać się trochę niewygodna zarówno reakcjonistom, jak i bojownikom o emancypację (do których mi bliżej, a jednak…). Teza ta brzmi: prawdziwe partnerstwo w związku możliwe jest wyłącznie w czasie dokonywania przez ten związek wspólnego aktu subwersji, podczas wspólnie prowadzonej walki rewolucyjnej, działalności kontestacyjnej lub też doznawanych wspólnie prześladowań, choćby symbolicznych. Nie widziałem żadnej (powtarzam z naciskiem fanatycznego empirysty: „żadnej!”) pary, która ocaliłaby swoje partnerstwo w poukładanym pokojowym życiu codziennym. Obojętne, czy była to para z ośmiorgiem dzieci i głęboko uwewnętrznionymi przekonaniami katolickimi, czy też para z jednym dzieckiem i refleksyjnie przeżywanymi przekonaniami wolnomyślicielskimi. Zawsze, kiedy moment wspólnej walki (kontestacji, symbolicznych lub realnych prześladowań) się kończył, partnerstwo w związku siadało.
Może nieprzypadkiem współczesne mieszczaństwo (klasa/warstwa społeczna, której w Polsce kibicuję w jej heroicznych bojach z Prawem i Sprawiedliwością) z takim sentymentalizmem pielęgnuje na całym świecie mit Bonnie i Clyde’a. Ma bowiem jako klasa/warstwa głęboko uwewnętrznione (choć ukrywane przed światem) przekonanie, że wszystkie jej teorie emancypacyjne (łącznie z feminizmem). uderzając o twardą ścianę rzeczywistości społecznej i genderowej, najpiękniejsze i najbardziej realne są w samym momencie uderzenia.
Moją intuicję potwierdził Likwidator (wieloznaczny bohater komiksu Ryszarda Dąbrowskiego). W jednym z kolejnych zeszytów zakłada rodzinę, bardzo tradycyjną rodzinę dwa plus jeden, która w stanie partnerstwa utrzymuje się wyłącznie dlatego, że w całości (Likwidator, Likiwidatorka, Likwidator junior) oddaje się akcjom likwidacyjnym na polskiej lewicy (postkomunistycznej), prawicy (katolickiej) i w bezideowym (a najczęściej spędzającym czas na polowaniach) centrum. Gdyby rodzina Likwidatora postanowiła pędzić życie każdej innej znanej mi albo nieznanej rodziny na swoim, natychmiast skończyłaby jak „rodzina na swoim”. Zatem „życie podszyte misją jest po prostu przyjemniejsze”, a w każdym razie aforyzm ten sprawdza się w komiksach, kinie akcji i piosenkach Serge’a Gainsbourga.
Na podobny temat
|
Problem z Hausnerem jest taki, że pró...
"Dysponujemy wszystkimi środkami ...