|
Tematem tego felietonu, nawet jeśli jak zwykle nie jedynym, będzie przemówienie Ryszarda Legutki na dwudziestym czwartym zjeździe prącego znowu do władzy pisowskiego zbowidu, poświęcone samoutwierdzeniu się polskiej szkoły (parafraza za Martin Heidegger, „Die Selbstbehauptung der deutschen Universität”), na które to samoutwierdzenie nasz były jednodniowy minister edukacji ma swój przepis, na razie przedstawiany wyłącznie na sposób w pewnym sensie apofatyczny, to znaczy poprzez radykalną negację stanu istniejącego: „Nasza młodzież ani nie czyta, ani nie pisze. Rodzice też nie, wobec czego nie czują wagi tego. Czytanie i pisanie to są te umiejętności, dzięki którym człowiek staje się coraz bardziej indywidualny, niepowtarzalny i oryginalny… Nauczyciele i dyrektorzy boją się utrzymywać dyscyplinę wśród uczniów. Z kategorii wychowawczych, o których się mówi obecnie, pozostaje tylko walka z przemocą w szkole oraz wychowanie do tolerancji, ale ponieważ walka z przemocą w szkole często stoi w sprzeczności z ideą tolerancji, idea tolerancji wygrywa i nawet z przemocą w szkole się nie walczy… Szkoła nie promuje więc fundamentalnych wartości, takich jak odwaga, prawdomówność czy dobre obyczaje”. Inna delegatka na zjazd Legutce natychmiast przyklasnęła, dodając, że w tej dzisiejszej szkole, „zamiast dobrych obyczajów uczy się tylko liczenia procentów, prowadzenia samochodu i obsługi komputera”. Można się na te słowa śmiać albo się oburzać, ale lepiej potraktować je serio, jako kolejny krok w marszu Jarosława Kaczyńskiego po władzę. Ludzie dojrzali (w Polsce „dojrzali” równa się ogarnięci paniczną troską o swoje dzieci, z którymi zwykle nie mają kontaktu, ale o których los tak bardzo lubią publicznie panicznie się bać) naprawdę chcą, żeby szkoła dostarczyła im dzieci nauczonych dobrych obyczajów, prawdomównych, ostrzyżonych, umytych, a już szczególnie takich, żeby samochodem nigdy nie jeździły, bo się mogą zabić. Jeśli nie wierzycie Legutce i jego koreferentce, zapytajcie swoich rodziców i dziadków. To samo wam powiedzą i na to samo wielu z nich zagłosuje.
Mógłbym teraz napisać, że u boku dupowatego Hitlera (może łatwiej przełkniecie „dupowatego Orbana”?) stanął dupowaty Heidegger, ale to by było za łatwe. Bo Heidegger był jednak filozofem do końca i nawet jego mowa rektorska na uniwersytecie we Fryburgu była jednak ambitnym filozoficznym tekstem (Bildung, pajdeja, Fuehrerprinzip, Umsturzsituation…), nawet jeśli szalonym. To nie było nostalgiczne, nawet nie krakowskie (bo Kraków to jednak czasami całkiem fajne miasto), ale krakówkowate ględzenie, że dzieci powinny być uczone moresu, aby starszym się nie odszczekiwać i myć zawsze zęby. Także oportunistyczne odsunięcie się przez Heideggera od mistrza Husserla (nie mówiąc już o donosie na Baumgartena) to jednak grzech nieporównanie większego kalibru, niż „oddolna inicjatywa” europosła Ryszarda Legutki (będąca błyskawiczną reakcją na odgórne zapotrzebowanie Prezesa), żeby wyrzucić Marka Migalskiego z PiS-owskiego zespołu w europarlamencie. W przypadku Heideggera jesteśmy w komitecie centralnym Zła, a może nawet w Jego biurze politycznym, podczas kiedy w przypadku późnego Legutki mamy zło z poziomu komitetu powiatowego. Jak to wyraził Zbigniew Herbert swym skrzydlatym słowem? „Kto wie, gdyby nas lepiej i piękniej kuszono…”. Tymczasem posyła się nam późnego Legutkę zrzędzącego na dzisiejszą szkołę, że nie uczy już naszych milusińskich „dobrych obyczajów”, tylko „tolerancji”.
Żebyśmy się jednak nie udławili swoją własną estetyczną pychą, warto sobie przypomnieć, że to jednak nie Martin Heidegger dostał ostatecznie od Hitlera władzę nad niemieckim uniwersytetem, mimo że się starał. Starał się jednak na sposób, jak na gusta zarówno wodza, jak i elektoratu, zbyt ezoteryczny. Na przykład Rafał Ziemkiewicz z mowy rektorskiej Heideggera nic by na nie zrozumiał, i to nie tylko w oryginale, ale nawet w tłumaczeniu Jana Garewicza (już pisałem, że jak skubię Ziemkiewicza, nie chodzi mi o wywyższanie się jednego polonisty nad drugim, ale o to, że kiedy Ziemkiewicz zaczął się popisywać przed prawicowym ludem swoją nienaganną prostotą, ja postanowiłem wyginać go, wykrzywiać, a nawet wiązać na nim supły w moim prywatnym gabinecie luster). Ostatecznie od Hitlera - i elektoratu - dostali władzę nad niemieckim uniwersytetem raczej niemieccy drobnomieszczanie: nieudani piekarze, nieudani rzeźnicy, nieudani cukiernicy…, którzy z braku sukcesów zawodowych w rzeźnictwie, piekarstwie, cukiernictwie i innych skądinąd szlachetnych drobnomieszczańskich zawodach, wyruszyli do polityki, aby się zemścić na świecie, który szczególnie po Traktacie Wersalskim odbierali jako taki, co „napluł im w pysk” (cyt. za Anna Fotyga, żeby nie było, iż to ja wulgaryzuję narodową traumę). Niewiele mieli do zaoferowania niemieckiej polityce i szkole ci filozofowie z poziomu już nie Heideggera, ale Rosenberga, poza właśnie nostalgią za „szynką jak za Gierka” (wtedy była to raczej „szynka jak za Wilhelma II” albo wręcz „szynka jak w Walhalli”, taka szynka prawdziwie po zbóju), szkołą jak za dawnego cesarstwa i w ogóle… skromnie uczesanymi i dobrze wychowanymi dziewczynkami w mundurkach, a nie lolitkami tańczącymi cake-walka w sukienkach PONAD KOLANA!!! (o gejach i lesbijkach posła Węgrzyna nawet nie wspominając, on jest z Platformy?, cóż za niespodzianka… że mówi tak szczerze, kiedy nawet frakcja neokońska trochę się tam jednak jeszcze powstrzymuje przed „mówieniem całej prawdy o wartościach do końca”).
Zatem jako minister edukacji w objazdowym gabinecie cieni i strachu Jarosława Kaczyńskiego, Ryszard Legutko jest na swoim miejscu ze swoją mową o samutwierdzeniu się polskiej szkoły utrzymaną w nostalgicznym tonie kupletu In old Bavaria (cyt. za Mel Brooks, Producenci: „Oh, how I miss ze hills und dales und vales und trails of old Bavaria/ Och, it’s such bliss to kiss the Miss I miss like this in old Bavaria…”; przypominam, że w Producentach ten kuplet śpiewa Franz Liebkind, niedościgniona wprost w światowym kinie figura nostalgii za bezpowrotnie utraconym „dobrym wychowaniem”, a głos pod kuplet podłożył ostatecznie sam niezadowolony z wcześniejszych prób reżyser Mel Brooks vel Melvin Kaminsky, bo nikt tak jak on nie potrafił nadać angielszczyźnie Franza Liebkinda charakterystycznego niemiecko-żydowsko-słowiańskiego akcentu).
A że nie tak miało być? A że z naprawdę intrygującego w latach osiemdziesiątych środowiska krakowskiej Arki powinno było wykluć się coś choćby nieco ciekawszego niż autorzy i wykonawcy kupletów o starej dobrej Bawarii? A że z jednego z najbardziej niepokornych i najlepiej oczytanych w świeżej anglosaskiej literaturze filozoficznej młodych nauczycieli akademickich lat osiemdziesiątych nie powinien był wyrosnąć pseudoaustrowęgierski pierdoła szukający w nowym polskim chaosie dyktatorskiej władzy? W przypadku Ryszarda Legutki proces - można powiedzieć odwrotny do procesu Bildung - już jednak zaszedł. Nikt na to nic nie zdoła poradzić. O ile dobrze pamiętam, a pamięć zaczynam pomału mieć jak słoń, wszyscy zapowiadaliśmy się tutaj lepiej, nawet ja. Zatem nawet ja nadaję się do portretowania całego tego świata, który zapowiadał się lepiej, a wyszedł ostatecznie taki, jakim jest. Do tego pozostaje mi jeszcze przypomnieć przypowieść o złodzieju i tym, co przed nim ostrzegał. Chodzili w latach dziewięćdziesiątych po Polsce ludzie, szczególnie jeden człowiek, i wołali „uwaga faszyzm!”, „uwaga faszyści!”… albo kazali wołać swoim podopiecznym, którzy też chętnie wołali. Ponieważ czasem ten okrzyk dotyczył faktycznego złodzieja, a czasem tylko tego, co wołającemu w innych zupełnie sprawach przeszkadzał, to teraz, choć złodziej naprawdę jest we wsi i chałupę za chałupą okrada, wszyscy na okrzyk „faszysta!” już zobojętnieli, nikt się nie zrywa, wsi ratować nie chce. Zamiast tego osoby tak inteligentne i dla demokracji polskiej zasłużone jak Leszek Balcerowicz, Aleksander Smolar czy Marcin Meller postanowili akurat w tym momencie „odwinąć się” Tuskowi. Aleksander Smolar ma za co, wojna o władzę w Unii Wolności była jedną z najbrutalniejszych, chociaż całej prawdy o niej nie usłyszymy być może nigdy, bo w przeciwieństwie do rozmaitych mordoprań prawicowej hołoty, w tamtej wojnie brali udział wyłącznie ludzie kulturalni, którzy język za zębami umieją trzymać nawet w swoich „Pamiętnikach zza grobu”. Leszek Balcerowicz? - jemu z kolei Rostowski, Tusk i Bielecki…, nie, nie będę mówił językiem Fotygi, bo Balcerowicz żyje jednak wśród panów, a nie pośród plebsu, zatem nie „napluli mu w pysk”, ale „urazili jego godność” insynuując mu związki z reformą emerytalną, której dzisiaj przed nimi po ekspercku broni (na Boga, po cóż tak się obruszać, mowa przecież o ojcostwie intelektualnym, a nie o kradzieży z włamaniem). Marcin Meller z kolei, ponieważ poszedł kiedyś z NZS-u bezpośrednio do „Polityki” (pod skrzydła dziennikarza dwudziestolecia, chociaż ja uważam, że to „Wyborcza” była jednak w dwudziestoleciu ważniejszą gazetą), a z „Polityki” do „Playboya” (najlepszy magazyn dwudziestolecia dla panów), odłożyło mu się na wątrobie tyle niewyartykułowanej we właściwym czasie prawicowej urażonej godności, że jak teraz wybuchnął, to niejeden Mubarak może się od tego przewrócić.
Felietony Cezarego Michalskiego publikujemy w poniedziałki i w środy.
Na podobny temat
|
Problem z Hausnerem jest taki, że pró...
"Dysponujemy wszystkimi środkami ...