|
Wstęp sytuacyjny: Tego felietonu, który będzie za chwilę, miało w ogóle nie być. W ostatnią niedzielę, w imię politycznej odpowiedzialności za jedność naszego małego Frontu Ludowego zastąpiłem go tekstem zrzędliwie i zdyscyplinowanie politycznym. O tym, jak to fajnie można się spierać i ubogacać wokół tak lewicowego tematu, jak głosowanie lub niegłosowanie na Komorowskiego. Z politycznego letargu wyrwał mnie szczęśliwie Tomasz Piątek swoją zaczepką w brawurowym felietonie o tym, dlaczego on będzie w ćwierćfinale kibicował Argentynie. „Wobec tej prowokacji…” muszę jasno powiedzieć, że ja oczywiście będę w tym ćwierćfinale, który także dla mnie jest prawdziwym finałem tych mistrzostw, kibicował Niemcom. Ich niemagicznej, nieperyferyjnej, zmodernizowanej jak Robocop albo Terminator (moi ulubieni bohaterowie popkultury ejtisów, podobnie jak new romantic naturalni kontynuatorzy estetycznych osiągnięć grupy Kraftwerk) wersji piłki nożnej, społecznej gospodarki rynkowej i opiekuńczego państwa prawa. Jestem przecież z Torunia, gdzie w XV wieku niemieccy i „tutejsi” mieszczanie („tutejsi”, bo żadnych polskich mieszczan w Toruniu wtedy w ogóle nie było) wspólnie obalili władzę przeszkadzającej im w modernizacji krzyżackiej soldateski, łączącej średniowieczny zakonny komunizm z katolicyzmem zdecydowanie przedpoborowym. I przyłączyli Toruń do Rzeczypospolitej, będącej wtedy dla nich symbolem postępowego renesansu, rozdziału Kościoła od państwa, prawnych gwarancji osobistych wolności i własności prywatnej… W dodatku, pięć wieków później, ja sam miałem aż trzech dziadków (wujecznych, stryjecznych) w Wermachcie – dwóch uciekło do generała Maczka, trzeci uciekł się do symulacji ciężkiej choroby zakaźnej - co w oczywisty sposób zbliża mnie do Platformy Obywatelskiej. Dlatego „Don’t cry for my Argentina…” jak śpiewała boska Evita (żona tego słynnego związkowca, kochająca lud, suto złocone mundury i Mussoliniego). Felieton właściwy:
Alejandro (czyt. „Alehandro”, z namiętnym przydechem) to kawałek Lady Gaga muzycznie gorszy od moich ulubionych Poker face, Paparazzi, Bad romance. Alejandro został skomponowany, zaśpiewany i przerobiony na clip chyba wyłącznie po to, aby Lady Gaga mogła jawnie upokorzyć i ostatecznie pogrzebać Madonnę (z okresu Like a Prayer). To akurat zadanie wypełnia skutecznie, dowodząc, że w popie, tak samo jak w naukach ścisłych i w naukach humanistycznych (wbrew pieprzeniu neokonów) istnieje kumulacja wiedzy, istnieje postęp. I ja w niego wierzę – w przeciwieństwie do znacznej części Schmittiańskiej i Juengerowskiej prawicy czy lewicy. Nie jesteśmy zmuszeni do wiecznego powtarzania zwierzęcego okrucieństwa mitycznej „polityczności” naszych przodków (w ostatniej „Rzeczpospolitej” Rymkiewicz znów manierycznie proponuje masakrę, tym razem na Wawelu). Historia się toczy (no dobra, zdyszana staruszka zdobywa z coraz większym wysiłkiem kolejne niewysokie górki, nawet jeśli straciła sporo ze swego młodzieńczego gilotynowego seksapilu, a może zdobywa nowe szczyty dopiero teraz, pod lewicowo-liberalnym sztandarem „Frankfurtu”, „Trzeciej Drogi”, postsekularnego Habermasa…, kiedy swój młodzieńczy gilotynowy seksapil ogląda już wyłącznie na archiwalnych zdjęciach i filmach). Na marginesie słuchanego i oglądanego po raz piąty czy szósty Alejandraprzychodzi mi do głowy pewna myśl – oczywiście polemiczna, jak to u mnie, dotkniętego natręctwem polemicznego „nie” nawet dziś, kiedy osiągnąłem już dojrzałość wielkiego „Tak” wobec życia (Tego Życia, na Tej Ziemi). Zatem, kiedy tak sobie medytuję nad Alejandrem, dopada mnie natręctwo polemiki z pierwszym na portalu KP felietonem Macieja Nowaka. To naprawdę nie strach przed konkurencją, ja uwielbiam Macieja Nowaka jako krytyka kultury, krytyka teatralnego, krytyka muzycznego, świetnego przez lata redaktora działu kultury „Gazety Wyborczej”… (co jeszcze mam powiedzieć, żeby móc mówić dalej?). Maciej Nowak zachwyca się – istotnie, fajnym i społecznie użytecznym - ruchem „El Sistema” (uczenia muzyki poważnej dzieci z favel Caracas i Rio), którego jednak po zdobyciu władzy w Wenezueli Chavez zaczął używać eksportowo, jak ongiś Honecker swoich lekkoatletek z favel Berlina i Drezna. Myślę, że późny Ryszard Legutko powinien wzbić się ponad podziały i też się pasją Chaveza dla kultury wysokiej zachwycić. No bo tylko pomyśleć, wspierana przez państwo nauka Mozarta i Szostakowicza, w nowych południowoamerykańskich Syrakuzach zmobilizowana w dodatku politycznie do walki przeciwko popowej melodyjce „Alejandro” Lady Gaga dobiegającej z ostatnich prywatnych antychavezowskich stacji radiowych i telewizyjnych, z tych wszystkich peryferyjnych TVN-ów, RMF-ów, ZET-ek, MTV-Polska… które czasem wypada nawet zamknąć, żeby bronić kultury narodowej, kultury wysokiej i godności władzy centralnej - przed popową degrengoladą liberalnej globalizacji. Ja od peryferyjnej dumy Chaveza/Nowaka/Legutki i od ich wspólnego smaku na kulturę wysoką, wolę jednak sposób, w jaki potrzebami dumnych peryferiów zarządza (z londyńskiego City, nowojorskiej Giełdy i kalifornijskiego Hollywood) globalizacja. Używając mitu dumnych chavezowskich peryferiów jako bezpiecznej dla pokoju społecznego „centrum” wyszalni dla młodych radykałów. A w samym jądrze globalizacji proponując pluszową klatkę, celę śmiechu dla radykalnych estetyk - czyli teledysk Lady Gaga, w którym właśnie dziarsko maszerują chłopcy w nacjonalbolszewickich skórzanych wdziankach i hełmach, jakich pozazdrościliby im bohaterowie grotesek Witkacego wystawianych w TR. To nie ja, to Lady Gaga polemizuje z Maciejem Nowakiem. Zamykając cały przesympatyczny i prześliczny kamp boliwarowskiego nacjonalbolszewizmu do estetycznej klatki teledysku Alejandro. Ja nie chcę, żeby Polska była taką klatką, w której będą maszerować – w swoich skórzanych gatkach – chłopcy od Kaczyńskiego i Jurka, chłopcy wychowani na Muzeum Powstania Warszawskiego i „smoleńskiej ofierze” – bo nasza odmiana peronizmu tak tylko może wyglądać. Wolę, żebyśmy znaleźli się wśród, albo przynajmniej bliżej, reżyserów i beneficjentów globalnego spektaklu. Bardziej wychłodzonych, zimnych (judaizm i protestantyzm wykonały już swą modernizacyjną pracę, Bóg przeszedł już przez ich ciała pozostawiając je przestronne i puste), w czarnych garniturach Ari Golda (od Giorgio Armaniego, jak sądzę). Oczywiście, nie ma żadnej gwarancji, że Balcerowiczowski „rozwój zależny” nam to realne znalezienie się bliżej hollywoodzkiego (nowojorskiego, londyńskiego, berlińskiego…) centrum zapewni. Każde kryterium zewnętrzne oceny funkcjonalności, skuteczności – istotnie, prymitywnej - balcerowiczowskiej ideologii, mile widziane. Sam chciałbym się dowiedzieć, czy skoro już tak fanatycznie, i to nawet na portalu KP, popieram liberalną globalizację, to my Polacy (jak wiadomo, trójkolorowa boliwarowska Polska i biało-czerwona Wenezuela SĄ NAJWAŻNIEJSZE!) jesteśmy przy jej użyciu wyłącznie dymani, czy też dzięki jej zaakceptowaniu przyłączymy się kiedyś do wielkiej wspólnoty dymających. No i czy wspólnota dymających obejmie kiedyś cały ludzki ród (ideologiczny horyzont Bronisława Wildsteina, ale w tej konkretnej chwili także – Jeeeezus Maria! – i mój, tyle że ja, w przeciwieństwie do poważnego na sposób proletkultowy Wildsteina, nie potrafię powstrzymać się od grymasu ironii, kiedy już przychodzi mi czasami, tak jak właśnie teraz, śpiewać liberalną „Międzynarodówkę”). A kiedy liberał nie będzie już dymał drugiego liberała, co wtedy będziemy dymali: czystą energię zawartą w jądrze atomu, czystą energię wiatrów wiejących nad mazowiecką równiną (pamiętam, jak Wildstein zakończył swój namiętny program przeciwko „ekoterrorystom” występując na tle wielkiego dymiącego komina węglowej elektrociepłowni Siekierki, radziłbym mu dzisiaj powtórzyć tego stendapera na pontonie zacumowanym przy resztkach platformy wiertniczej BP w Zatoce Meksykańskiej), a może, kiedy liberalna globalizacja przetoczy się już przez całą Ziemię odparowując wszystko to co stałe i profanując wszystkie peryferyjne magiczne świętości, powrócimy do zniszczonego dzisiaj przez rynek programu kosmicznego i zaczniemy dymać całe galaktyki? Tego nie wiem, choć bardzo mnie to interesuje. Bardziej, niż fascynacja boliwaryzmem Chaweza, która całe szczęście gwarantuje nam dzisiaj wyłącznie niewinną estetyczną zabawę w towarzystwie Elżbiety Pendereckiej i innych rewolucjonistek, bo gdyby ją wziąć na poważnie, to zagwarantowała by Polakom znalezienie się w gronie bohaterów teledysku Lady Gaga (Alejandro, Fernando, Roberto…), a nie w gronie choćby zbliżonym do jego hollywoodzkich reżyserów. To by było na tyle ze świata natury, choćby i tej drugiej, wolnorynkowej, gdzie każdemu prawdziwemu polskiemu nędzarzowi, który nie wozi akurat po Warszawie Macieja Nowaka w malowniczym rozklekotanym mercedesie (jak z ulic Hawany, jak z filmów o Buena Vista Social Club, moim zdaniem to był świadomy cytat) trzeba zapewnić miejsce na nieco wyższej gałęzi, skuteczną ucieczkę od nędzy, choćby w żarcie z hipermarketów (niezdrowe, niesmaczne, nieestetyczne, ale i tak smaczniejsze od głodu rozmaitych porewolucyjnych peryferiów, ziemi spalonej przez wojny domowe). A co ja mam państwu do zakomunikowania, ze świata humanizmu i niemieckiej piłki nożnej, z „centrum”? Jak zwykle, „trzecia droga”, z całym swoim kapitulanctwem ale i ostrożnością wobec politycznej, ale także tej śmieszniejszej, deklaratywnej, krytycznoliterackiej… – przemocy. „Trzecia droga” lewicowego liberalizmu, mydłkowaty Blair odarty szybko ze swego „blairyzmu” przez silniejszych od siebie, a w Polsce Leszek Miller wzywający niestrudzenie do głębszej integracji z UE - kontra seksowni nacjonalbolszewiccy chłopcy z teledysku Gagi i ich wielkie programy upaństwowienia Carrefourów i malowania fasad domów w biednych dzielnicach na kolory boliwarowskiej flagi. Prawicowi chłopcy (np. Jan Filip Staniłko z Ośrodka Myśli Politycznej, niegdyś tłumaczący mi i ABR, jakich filozoficznych książek nie powinniśmy czytać, żeby się nie zdemoralizować) podążający w swoich skórzanych spodniach, szeleczkach na gołe ciało, za radykalnymi „w dyskursie” Kaczyńskim, Jurkiem, Krasnodębskim, Legutką… Albo lewicowi chłopcy w podobnych stroikach, podążający za widmem chavezowskiej rewolucji. Don’t call my name. Don’t call my name, Alejandro. I’m not your babe. I’m not your babe, Fernando… To oczywiście nie jest Pound, Eliot, Majakowski ani nawet Ashberry (cyt. za Marcin Sendecki), to w ogóle nic nie jest. Ale jakie to fajne, jakież wyzwalające mnie - bikiniarza peryferiów – który, jak zarzucił mi to jeden ze świetnie wykształconych anonimowych internautów: „o liberalnej modernizacji nie pisze wystarczająco refleksyjnie”, „nie dostrzega jej ambiwalencji”. Zatem, koniec refleksyjności! Zamiast katować czytelników po raz tysięczny Sloterdijkiem czy choćby syndromem Kurtza (skoro i to wszystko za mało refleksyjne jak na felieton), naciągam kolorowe skarpetki i wrzucam sobie po raz kolejny clip z „Alejandrem”, tym razem z tego adresu. Czysta strukturalna przemoc, jakby powiedziała Jadwiga Staniszkis. Ośmieszająca nieufundowaną na niczym peryferyjną dumę z PRL-owsko-kościelno-akowsko-alowskiej „ujutności”, ośmieszająca resentymentalne „powstawanie z kolan”, do którego Polaków, Japończyków i Białorusinów zachęca Lady Staniszkis. Lady Gaga zdecydowanie woli swoich partnerów na kolanach. Zatem chyba… uklęknę? PS: Przyznam, że od Chaveza z jego boliwarowskimi chorągiewkami wręczanymi Elżbiecie Pendereckiej i Maciejowi Nowakowi, żeby nimi machali, wolę Lulę, który swoją peryferyjną dumę, swoją „resztkę” humanizmu i lewicowości negocjuje z liberalną globalizacją bardziej na sposób „trzeciej drogi” niż poprzez resentymentalne „powstawanie z kolan”. Choć z drugiej strony, każdy peryferyjny caudillo, każdy polityczny treser „skrzywdzonych i poniżonych” jest jak najbardziej wiarygodnym antyliberałem. Jeśli szukacie w polityce wyłącznie sojusznika w walce z liberalizmem PO, to Chavez, Kaczyński, Fidel czy Mussolini… świetnie się nadadzą. PPS (frakcja): Jak pisać w naszych czasach liberalny felieton po polsku, żeby cię usłyszano, żebyś nie był gazetowowyborczym drewnem, jak ostatni kawałek Big Cyca o Pospieszalskim? Trzeba wziąć paru klasyków polskiego felietonu i eseju: Tyrmanda, Kisiela, Bobkowskiego, Stempowskiego… (tak na marginesie, słynny esej Stempowskiego o Panu Jowialskim, grasującym w pańszczyźnianej pustce peryferiów woluntarystycznym Sarmacie, był pamfletem na Piłsudskiego, czyli na Kaczora, a nie na Komora, który jest Sarmatą pozbawionym silnej arbitralnej woli pana Jowialskiego, a więc zdecydowanie mniej niebezpiecznym), zmiksować ich z samplami wziętymi z Marksa, Sloterdijka, Andy Warhola (szczególnie „Moja filozofia od A do B”), Dicka, Ellisa, Houellebecqa, Pielewina i może jeszcze Littella, a potem przyspieszać obroty tak długo, aż wszystkie te poczciwe frazy zaczną brzmieć jak piskliwe głosiki trzech przesympatycznych śpiewających wiewiórek: Alvina, Simona i Theodora. I dopiero uzyskawszy taki ton, zaadresować się do publiczności raczej lewicowo-liberalnej - bo polską prawicę przygniata dzisiaj intelektualny trup Roberta Mazurka – z nadzieją, że ktoś cię wreszcie zrozumie.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...