|
Tomasz Piątek mnie ośmielił swoim tekstem o Powstaniu Warszawskim. Człowiek to w ogóle jest zwierzę społeczne. Wszyscy ośmielamy się dopiero w stadzie. Piotr Zaremba, kiedy jeszcze czuł się nadmiernie samotny, dwa razy, z dwoma różnymi wydawnictwami, z dwoma różnymi ludźmi, których obu świetnie znam, podpisał dwie umowy na książkę o Michniku i „Gazecie Wyborczej”. Dwa razy zaczął nawet pisać i miał już na papierze sporo zupełnie rozsądnych przemyśleń – wiem, bo za pierwszym razem nawet je widziałem. Dwa razy jednak rezygnował po przemyśleniach jeszcze rozsądniejszych, mimo że na pewno napisałby książkę mądrzejszą, bardziej wyważoną niż Michnikowszczyzna Ziemkiewicza (już nie mówiąc o moim przerażająco niemoralnym wywiadzie z Michałem Cichym). Gdyby się tylko ośmielił. Ale przynajmniej był wtedy umiarkowany i rozsądny. Do tej pory podziwiam go jako dziennikarza z tych wszystkich redakcji, w których musiał pracować z ludźmi myślącymi nieco inaczej niż on – na przykład z „Dziennika”, a wcześniej z „Newsweeka”. Dopiero jak się znalazł w gronie (stadzie) całkiem jednolitym (w otoczeniu Lisickiego, Karnowskich, Ziemkiewicza, Wildsteina…), popłynął daleko. Zaczął np. opowiadać, że Komorowski nie ma prawa mówić tego, co prezydent RP powiedział w Jedwabnem, choć to była akurat najrozsądniejsza, najbardziej „niegajowa” deklaracja kiedykolwiek wygłoszona przez Bronisława Komorowskiego publicznie. Jak z tego wynika, należy – choćby siłą – mieszać w redakcjach ludzi, którzy myślą choć odrobinę różnie. Wtedy może żaden z nich nie napisze ciekawej książki o „Gazecie Wyborczej”, ale przynajmniej żaden nie odpłynie w szaleństwo. Tym razem to ja chcę skorzystać z poczucia bezpieczeństwa, jakie zapewnia mi zespół Krytyki Politycznej. Opierając się plecami o plecy Tomasza Piątka jeszcze raz poderwę się do beznadziejnej walki. W sprawie Powstania Warszawskiego. Nie po stronie Hitlera i Stalina, którzy „zrobili co swoje” ale po stronie Kisiela, braci Mackiewiczów, Bobkowskiego… którzy nigdy nie żerowali na powstańczych trupach tak jak „muzealnicy”, ci od „planu dla Polski”. Widzę właśnie Ołdakowskiego, jak w TVP Info szydzi sobie z ludzi mających dziś wątpliwości co do sensu powstania. Powtarza patetycznie: „ci ludzie – grymasik pogardy na pucułowatej buźce – nie rozumieją, że to była walka o samo istnienie”. Dostaję amoku przed telewizorem, bo jak można walczyć o istnienie w imieniu własnym i całego miasta masowo z tego istnienia rezygnując? Tym bardziej, że nasi „muzealnicy” to specjaliści od posyłania na barykady innych, a nie siebie. Sami walczyli u boku Lecha Kaczyńskiego, kiedy rozdawał posady, potem u boku Jarosława Kaczyńskiego, dopóki nie przegrał prezydenckich wyborów. Później się zdystansowali i zaczęli mówić o swoim bezpartyjnym, PjN-owskim „planie dla Polski”. Imponującym zarówno jako diagnoza, jak też jako praktyka wyłącznie tym, którzy sami od władzy w Polsce są odsunięci, więc łatwo wpadają w pułapkę pięknych słów i apokaliptycznych diagnoz („jeśli wiesz, co chcę powiedzieć,/ jeśli wiesz, co chcę powiedzieć…” Michale Sutowski).
Dariusz Gawin, inny „muzealnik”, bez wątpienia ładniejszy od Ołdakowskiego, też potrafi tak pięknie opowiadać o „planie dla Polski”. Przy nim Janusz Lewandowski, Radosław Sikorski, Danuta Huebner, Jacek Saryusz-Wolski, Róża Thun, Jerzy Buzek… żmudnie przynoszący z Unii do Polski kasę na przedszkola i drogi (ciągle za mało, za wolno, za mało, za wolno…). Są tak nieefektowni, tak bardzo nie branzlują się już Ojczyzną, że doskonale rozumiem, dlaczego zwolenników „planu” nie pociągają i nigdy pociągać nie będą.
Z pięknym Gawinem ostatni raz o Powstanie Warszawskie pokłóciliśmy się parę lat temu na imprezie w domu Wernera juniora (są takie inteligenckie rody w Warszawie). Obaj mieliśmy trochę w czubie. „Czy to cię nie pociąga… Czarku? Czy nie widzisz tych powstańczych upiorów błądzących po Agrykoli?” – powiedział do mnie piękny Gawin, który po setce wódki staje się poetą, nawet jeśli nieco zatrącającym o grafo. Wobec tej prowokacji zaczęła się między nami totalna pyskówka, bo w rozmowie bezpośredniej bywam czasami takim samym wariatem, jak bywam na piśmie. „Tak… Darku, widziałem upiory. Wszystkie chciały żyć. I rzuciłyby ci się teraz do gardła”. Także dziś czuję ich obecność za moimi plecami (rozmawiamy sobie przecież z Gawinem jak grafoman z grafomanem, mnie narodowa grafomania także nie jest obca, znam wasze języki „ludzi i demonów, nawet jeśli miłości już we mnie nie ma…” – to taka parafraza pewnego znanego tekstu), bo to przecież kraj faktycznie zaludniony przez tłumy upiorów. Ale te upiory nie kibicują wam, „muzealnicy”, którzy sami chcecie przeżyć („msza i perkaliki, perkaliki i narodowa msza się tu odprawia…”, cyt. za S. Brzozowski), ale innych posyłacie na barykady i faszerujecie „jagiellońską polityką wschodnią” i fikcyjnym „planem dla Polski”. Upiory kibicują nam – na przykład Piątkowi (przepraszam, że znowu opieram się plecami o plecy) i mnie, a jeszcze bardziej kibicują na przykład „mamie politycznej” Agnieszce Graff, która już nawet nie musi – tak jak Piątek i ja – spalać się w polemikach, bo po prostu jawnie przyznaje się do pragnienia życia w tym kraju. I chce ośmielać innych, żeby potrafili być dumi z tego, że w tym kraju żyją. Nawet jeśli w Polsce życie nie dla wszystkich jest głośnym powodem do dumy.
Powstańcy chcieli żyć już po paru godzinach od Godziny W. Kiedy zaczęli rozumieć, w co właściwie wdepnęli. Po paru dniach chcieli żyć jeszcze bardziej, po paru tygodniach przeklinali swoich dowódców, którzy jednak podpisali w ich imieniu kapitulację dopiero po 63 dniach bezsensownej masakry. Większość spośród tych, którzy przeżyli 63 dni powstania, przeżyła także następnych wiele lat. Jak z tego wynika, dowództwo AK okazało się dla pokolenia Kolumbów bardziej niebezpieczne niż późniejsi zaborcy. Wiesław Chrzanowski, przecież nie bolszewik, a wtedy szczeniak-żołnierz walczący od pierwszego do ostatniego dnia Powstania Warszawskiego, opowiadał mi parę razy, jak oni, wtedy dwudziestolatkowie, ci, którzy przeżyli Powstanie, kryjąc się po kapitulacji w podwarszawskich miasteczkach albo idąc do niemieckiej niewoli, pozostawiając za sobą zmasakrowane miasto, zmasakrowane koleżanki, zmasakrowanych kolegów – domagali się powieszenia dowódców AK. Starców, którzy ich w to wszystko wpakowali u progu ich życia. Potem emocje opadły, zastygły w poczucie tragizmu (w końcu nawet Bór-Komorowski jest postacią tragiczną, ja nawet nad nim nie chcę się znęcać, ja szanuję prawdziwe upiory, chcę się znęcać wyłącznie nad dzisiejszymi sprytnymi wizażystami zwłok), ale te emocje nigdy nie przerodziły się w kłamstwo Rymkiewiczowskie, że absurdalna masakra przywiązuje młodych ludzi do Polski. Ona od niej odpycha. To tłumaczy entuzjazm, z jakim niektórzy AK-owcy z Nieborowa nawracali się później na stalinizm. Ta absurdalna rzeź zwalniała z wszelkich zobowiązań wobec polskości. Ile razy trzeba jeszcze powtarzać, że Rymkiewicz w Kinderszenen kłamie. Absurdalna masakra nie przywiązuje ludzi do Polski, ona ich od Polski odpycha. Pozostawia „przy trumnie” wyłącznie oszustów. Wizażystów zwłok. A ja nie chcę, żeby tylko tacy ludzie przy Polsce zostali.
PS. Z ostatnich doniesień z warszawskich kanałów, którymi wędrują „małe grupki powstańców/, proszę nie wypuszczać psów bez kagańców” (cyt. za Mars napada, Kazik Staszewski). Kolejnym redaktorem naczelnym „Rzeczpospolitej” ma zostać Tomasz Wróblewski, znany patriota amerykańskiej Partii Republikańskiej (ze szczególnym upodobaniem do podatkowych postulatów Tea Party), a także zwolennik wycofywania państwa ze wszystkiego, nawet z samego państwa. Doskonały pomysł PO (ooops, przepraszam, prywatnego biznesmena) na zagospodarowanie dzisiejszej polskiej prawicy (piszę to bez cienia ironii, niestety). W dodatku spór pomiędzy „Wyborczą” a „Rzeczpospolitą” będzie już od tej pory zupełnie rytualny, a ja w tym sporze nie będę miał już żadnego problemu, żeby praktycznie w każdej sprawie być po stronie „Wyborczej”. Bo praktycznie w każdej sprawie Adam Michnik, który głos „Wyborczej” kiedyś „ustawił”, był i pozostał inteligentniejszy od Tomasza Wróblewskiego.
Na podobny temat
|
Hehe, dobry fragment. Ile się przez ...
Będę się powtarzał, ale nie z uporu, ...