|
Duch ojca w Hamlecie to przy Jarosławie Kaczyńskiem uosobienie dionizyjskiej żywotności. I właśnie dlatego Jarosław Kaczyński ograł PjN-owców, a teraz ogra „ziobrystów” (i właśnie dlatego, i właśnie dlatego, i właśnie dlatego…). Umie bowiem posługiwać się głosem, jaki każdy z nas kiedyś musiał słyszeć u swojej matki, babki, ojca, dziadka, wuja, ciotki… – kiedy mówili: „nie wyprowadzaj się z domu”, „nie idź do tej kobiety/tego faceta”, „nie zostawiaj mnie samego/samej”, „jak możesz, nie rób mi tego córeczko/synku”. A jedyna konkurencja na prawicy to konkurencja pomiędzy Kaczyńskim, Rydzykiem, Michalikiem, Jurkiem, Ziobrą, Kempą, Jakubiak, „muzealnikami”, „Uważam Rze”, „Frondą”, Ziemkiewiczem (który już ćwiczy na swoich zombies niski głos endeckich tatusiów i dziadków)… – kto tym potwornym „głosem przodków” lepiej się potrafi posłużyć. Na razie Kaczyński wciąż bezapelacyjnie ze wszystkimi wygrywa.
Są dwa rodzaje rodziców. Pierwszy, zdecydowanie lepszy, ofiarowuje swoim dzieciom wolność, nawet jeśli użytek, jaki z niej czynią, czasami go boli. Choćby dlatego, że konsekwencją wolności naszych dzieci jest także częściowe przynajmniej, a czasem zupełne, zapomnienie o naszych własnych cierpieniach, klęskach i naszym dorobku. Ale jest też drugi rodzaj rodziców, zdecydowanie gorszy, który starzejąc się i przygotowując do śmierci, chce zabrać dzieci ze sobą do grobu. Jest bowiem piekielnie zawistny o życie swoich dzieci, w którym on nie będzie już partycypować. Głos, jakim ten gatunek rodziców mówi do własnych dzieci, służy wyłącznie ich sparaliżowaniu, wzbudzeniu w nich poczucia winy, ostatecznie wyssaniu z nich życia, wymuszeniu jałowej kontynuacji otrzymanych w spadku form, choćby były nie wiadomo jak ohydne, przeszkadzające w rozwoju i życiu. Tym właśnie głosem posługuje się Jarosław Kaczyński z totalną i niepodrabialną wirtuozerią. Nie wierząc nigdy w antykomunizm, posługuje się głosem Walentynowicz i Gwiazdy, nie wierząc nigdy w Chrystusa, posługuje się głosem najbardziej reakcyjnej i martwej części polskiego Kościoła. A moje pokolenie, pokolenie starsze, wszystkie pokolenia w jakiejś części przez wydarzenia polskiej przeszłości złamane – są wobec tego głosu bezbronne, uległe (w tej właśnie części, w której zostały złamane).
Dopóki czegoś z tym nie zrobimy, kluczem do władzy nad Polską pozostanie ta ohydna zdolność posługiwania się głosem narodowej podświadomości, którym zamieszkujące ją upiory, przeżyte przez tę wspólnotę bardzo realne traumy, dyscyplinowały pokolenie naszych dziadków, pokolenie naszych rodziców, nasze pokolenie i chciałyby za wszelką cenę zdyscyplinować pokolenie naszych dzieci. Jarosław Kaczyński zrobił się medium tego głosu, którego sam kiedyś słuchałem, a teraz nienawidzę, bo rozumiem już, dokąd prowadzi. Do śmierci, do zagłady, w absolutną pustkę. Ale nawet jeśli Kaczyński odejdzie, głos pozostanie i pojawią się liczni spadkobiercy, liczne gardła i usta chętne tego głosu dalej używać, bo daje on w tym kraju naprawdę ogromną władzę.
W porównaniu z Jarosławem Kaczyńskim Leszek Miller był politykiem bez porównanie dla tego kraju lepszym w każdym możliwym wymiarze. Też oczywiście zależało mu na sobie samym i na perpetuacji własnego doświadczenia i własnej pamięci. Często powtarzał o „obowiązku zapamiętania dorobku budowniczych PRL-u, oddania im hołdu” („im”, czyli także jemu samemu). Jednak jako polityk, w chwili realnego wyboru, kiedy był premierem, wybrał jako pierwszy i najważniejszy element swojej agendy integrację z Unią, wiedząc, że jeśli się uda, pozwoli to kolejnym pokoleniom wreszcie zapomnieć o PRL-u – zarówno o jego budowniczych, jak i kontestatorach, zarówno o demiurgicznej roli nieistniejącej już partii, jak też istniejącego w dalszym ciągu Kościoła (bo tak się składa, że każda prosta kontynuacja PRL-owskiego ideowego pejzażu i układu sił będzie teraz premiowała wyłącznie Rydzyka i Kaczyńskiego, a nie Joannę Senyszyn, Jerzego Urbana czy nawet Józefa Oleksego). Zapomnieć nie tak, aby tamta historia się urwała, ale by ludzie żyjący w innej już sytuacji spod absolutnej władzy tamtej historii zostali wreszcie wyjęci.
Nie jeden Jarosław Kaczyński ma zdolność używania paraliżującego głosu narodowej podświadomości służącego wyłącznie do budzenia poczucia winy, posiada ją także spora część polskich rodziców i księży. Dlatego pokolenie ich dzieci, moje pokolenie, nie rozliczyło się nigdy ani z PRL-em, ani z Kościołem, ani z Jedwabnem, ani z Powstaniem Warszawskim. Dlatego znakiem tego kraju jest kontynuacja, a rozjuszony Kroński musiał kiedyś wykrzyczeć (nawet jeśli tylko w liście do przyjaciela i ucznia – Czesława Miłosza) swoje słynne zdanie o „my sowieckimi kolbami nauczymy was myśleć racjonalnie bez alienacji”, które nie było nawet zorientowane na żadną utopię, ale wyłącznie przeciwko temu głosowi, który dzisiaj tak doskonale podrabia Kaczyński. Głosowi wzmocnionemu wówczas, w latach 40., przez wojenną klęskę, od którego Borowskiemu, Konwickiemu, Krońskiemu, Mrożkowi… radosną i wyzwalającą ucieczką mógł się przez chwilę wydać nawet stalinizm (co nie jest obroną czy relatywizacją stalinizmu, ale potwornym oskarżeniem tego ohydnego, obwiniającego i paraliżującego głosu narodowej podświadomości).
Kiedy jednak głosem Kaczyńskiego, choć politycznie jest on niszczący, jałowy i nieskuteczny, a właściwie dlatego, że jest niszczący, jałowy i nieskuteczny, zaczynają mówić Wencel, Ziemkiewicz, Zaremba, bracia Karnowscy, państwo Gawinowie, Dawid Wildstein (bo nigdy nie rozegrał i nie rozegra edypalnego agonu ze swoim własnym wyjątkowo przytłaczającym, dominującym i nie znoszącym sprzeciwu tatusiem), Wawrzyniec Rymkiewicz (jw.), kiedy zaczynają nim mówić całe tłumy zarówno zwyczajnych oszustów, jak też pokręconych dzieci, które ten „rodzicielski głos” skaleczył na zawsze, odpowiedzią może być tylko śmiech – potworny, totalny, „likwidatorski” (cyt. za Ryszard Dąbrowski), „totartowy” (cyt. za Tymon Tymański), atomowy. Oby nic się nie ostało po przejściu jego fali uderzeniowej, bo w kraju od wieków zarządzanym przez paraliżujący głos budzącego poczucie winy samolubnego rodzica, nawet zniszczenie jest oczyszczeniem, oznacza zamknięcie mu oczu i ust. Dlatego, jeśli już muszę wybierać – a Bóg i bliźni mi świadkiem, że nie chciałem – wybiorę nienawiść wobec tych pokaleczonych kadłubków. Nienawiść, która mnie samego może zniszczy, ale im być może nie pozwoli zniszczyć wszystkich innych i wszystkiego innego.
Na podobny temat
|
Problem z Hausnerem jest taki, że pró...
"Dysponujemy wszystkimi środkami ...