Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
NGO - strefa dla lewicy Drukuj
Cezary Michalski   
06.03.2010
Rezerwat dla lewicy

Jakiś czas temu w Fundacji im. Stefana Batorego potoczyła się ciekawa dyskusja o wyższości demokratycznej polityki i państwa nad „społeczeństwem obywatelskim” i NGO-sami, które powinny pełnić funkcję pomocniczą wobec instytucji i procedur demokracji klasycznej, a nie stanowić fetysz „lepszej”, bardziej autentycznej demokracji, choćby dlatego, że ich demokratyczna legitymizacja jest słabsza, nawet jeśli intencje ich twórców i uczestników bywają czystsze niż intencje partyjnych liderów. Dyskusja potoczyła się później na łamach „Gazety Wyborczej” i nadal była ciekawa. W całej tej dyskusji zarówno Aleksander Smolar, jak też z drugiej strony wielu tradycyjnych autorów „Gazety Wyborczej”, broniło honoru NGO-sów. Z kolei Agnieszka Graff – streszczając jej poglądy w ogromnym przybliżeniu, za co z góry przepraszam - bardzo poczciwie i ideowo przekonywała, że polityka demokratyczna, głosowanie powszechne, państwo… to miejsca ważniejsze, silniej w demokracji legitymizowane, niż nieco fetyszyzowane „społeczeństwo obywatelskie” i NGO-sy (utrzymywane z grantów i dotacji) jako jego instytucjonalnej reprezentacja.

Jeszcze podczas dyskusji w Fundacji im. Stefana Batorego doszło do specyficznego sytuacyjnego sojuszu. Pomiędzy Dariuszem Gawinem i Agnieszką Graff. Oboje skrytykowali fetysz „społeczeństwa obywatelskiego” i NGO-sów, przyznając poważniejszą legitymizację polityce demokratycznej i państwu. Podobieństwo Dariusza Gawina i Agnieszki Graff jest złudne. Agnieszka Graff, preferując w politykę demokratyczną w Polsce jako polityczka lewicowa i feministka, zachowuje się bezinteresownie albo naiwnie. Albo też zarówno bezinteresownie, jak i nieco naiwnie. Gawin, preferując politykę demokratyczną i państwo w Polsce ponad „społeczeństwo obywatelskie” i NGO-sy, zachowuje się nieco trzeźwiej, choć jednocześnie znacznie bardziej interesownie. Jako prawicowiec jest świadomy tego, że polska polityka demokratyczna stała się dzisiaj maszynką do głosowania różnych odmian polskiej prawicy – bardziej zachowawczych, bardziej liberalnych, bardziej konserwatywnych, bardziej modernizacyjnych, bardziej reakcyjnych… itp.

Dariusz Gawin, nawet jeśli nie okazuje tego podczas dyskusji w Fundacji Batorego, gdzie zwykle próbuje być inteligentem takim jak wszyscy, był przez ostatnie lata jednym z bliższych inteligenckich doradców braci Kaczyńskich: w dziedzinie polityki historycznej, w kwestii uniwersytetów… Wiem, że to brzmi jak donos, ale to tylko prawda. Taka sama jak ta, że ja w 2005 roku głosowałem na Lecha i Jarosława Kaczyńskich, bo sądziłem, że w PO-PiS-ie dominować będą liberałowie z PO, a skrzydło socjalne „obozu postsolidarnościowego” wymaga wzmocnienia moim głosem oddanym w wyborach prezydenckich i parlamentarnych. Myliłem się co do konsekwencji mojego głosowania, nie myliłem się co do diagnozy ogólnej, tak samo jak nie myli się co do niej Dariusz Gawin. Obaj doskonale wiemy, że polityka to w Polsce obszar, w którym „z automatu” wygrywa dzisiaj postsolidarnościowa prawica. Więcej niż wygrywa, nokautuje i marginalizuje swoich konkurentów.

Demokratyczna polityka to dzisiaj w Polsce PO i PiS. Manifa to tylko „społeczeństwo obywatelskie”. Dlaczego? Bo każdy powszechny test wyborczy niszczy dzisiaj lewicę. Zarówno lewicę nostalgiczną Piotra Szumlewicza, jak i nową lewicę Sławomira Sierakowskiego. Proszę sobie przypomnieć wyniki Zielonych czy Rosatiego. Proszą pomyśleć, jakie będą wyniki SLD w najbliższych wyborach, jeśli jedynymi fascynującymi igrzyskami pozostaną półfinały w PO: Sikorski kontra Komorowski, Palikot kontra Sikorski, Gowin kontra Palikot… itp. A potem finał: Komorowski kontra Kaczyński albo Sikorski kontra Kaczyński. Wszystkie polityczne emocje (nie ma ich w dzisiejszej Polsce zbyt wiele) zmieszczą się w tym widowisku. Poza tym to nie będzie wyłącznie rytuał, ale realny zapis dzisiejszego potencjału polskiej demokracji.

Wszyscy ci kandydaci – spośród których każdy wraz ze swoją formację przechodzi bez trudu próg wyborczy, o którym Zieloni mogli tylko marzyć - walczą o mniej lub bardziej prawicowy elektorat, o elektorat postsolidarnościowy, o elektorat mojego pokolenia, które wychowało się w latach osiemdziesiątych. I wobec tego nasze postawy polityczne sięgają wyłącznie od estetycznej obojętności po czarną reakcję. Miejsca na silną lewicę, a nawet na silny liberalizm w ogóle tu nie ma.  Najbardziej wysunięty „na lewo” bohater tych igrzysk Palikot ma poglądy gospodarcze bardziej liberalne niż Margaret Thatcher, a kulturowo jest bardziej konserwatywny, niżby to sugerowały niektóre jego t-shirty. On się może wydawać „lewakiem” na tle abp. Michalika, ale na tle Michalika lewakiem jest także Jarosław Gowin, więc nic z tego nie wynika. Z kolei jeśli parytety w Polsce nie przejdą w obecnym rozdaniu politycznym, stanie się to nie dzięki obstrukcji o. Rydzyka, ale dzięki skrajnie zachowawczej postawie kobiet z Platformy Obywatelskiej, kobiet z partii mieszczańskiej. Zupełnie niewinna praktyka parytetów – akceptowana w Europie nawet przez samca alfa, Napoleona IV, Sarkozy’ego, bo on wie, że parytety w niczym nie zaszkodziły francuskiemu paternalizmowi - to dla mieszczańskich polityczek z Platformy jakaś bolszewicka rewolucja, którą z zupełnie dla nich niezrozumiałych powodów stara się uruchomić akurat ich poczciwy wódz Donald Tusk.

Tak czy inaczej, jakichkolwiek dowodów by nie przytaczać, polityka demokratyczna w Polsce to dzisiaj domena prawicy. Lewicy pozostał rezerwat NGO-sów i nie wiem, czy warto tak go postponować. Dlaczego tak jest? Kluczem jest przeszłość, kluczem są lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku i nie trzeba najmniejszego wysiłku, aby znaleźć anegdotę, która to potwierdzi. Ot choćby taka: jak pamiętają zapewne czytelnicy KP, jakiś czas temu uczniowie pewnego wrocławskiego liceum ośmieleni wyrokiem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w sprawie krzyży wystosowali petycję domagającą się usunięcia symboli religijnych z ich szkoły, jako instytucji świeckiej, państwowej… itp. Na wieść o tym wybryku profesor Ryszard Legutko, niegdyś konserwatywny liberał, później neokonserwatysta, dziś europoseł Prawa i Sprawiedliwości, nazwał ich publicznie „rozwydrzonymi i rozpuszczonymi przez rodziców smarkaczami”. Użycie takich słów – zamiast argumentów, do których sformułowania Ryszard Legutko byłby przecież zdolny - wyjątkowo kompromituje pedagoga. I zabawne jest to, że dojrzalsi od Legutki okazali się licealiści. Postanowili odwołać się do obowiązujących procedur i złożyli pozew przeciwko obrażającemu ich publicznie profesorowi i byłemu ministrowi edukacji.

Jednak nie to mnie w całej sprawie ciekawi, ale wpis w Onecie pod informacją o pozwie złożonym przez licealistów. Niejaki „rafał” stwierdza tam tonem równie mało zachęcającym do dyskusji, co wcześniej ton profesora Ryszarda Legutki: „Ci licealiści to dzieci esbeków? Wygląda że tak, po edukacji w domu sierp i młot by im nie przeszkadzał”.

W ten sposób konieczna do przeprowadzenia w Polsce dyskusja o świeckości edukacji, o rozdziale Kościoła od państwa, dyskusja, w której prawdopodobnie nie zająłbym stanowiska licealistów, a jednocześnie nie użyłbym sformułowań Ryszarda Legutki, zostaje upupiona, spacyfikowana, zredukowana do dyskusji o PRL-u. „Esbecy” stają się jedynymi możliwymi do pomyślenia w Polsce zwolennikami oddzielenia Kościoła od państwa, a pierwsza „Solidarność” ruchem wyznaniowym, który - jak można by wywnioskować z tej dystrybucji ról - za swój cel najważniejszy i być może jedyny przyjęła uczynienie z Polski państwa wyznaniowego. Co nie jest prawdą, przy całej bowiem, niezbyt zresztą głębokiej, religijności tamtego ruchu, najważniejsze jego postulaty były związkowe, społeczne, a w efekcie dalszej radykalizacji – polityczne.

Jak jednak zapomnieć PRL w naszych dzisiejszych ideowych dyskusjach? Jak wyłączyć spory ideowe XXI-wiecznej Polski spod dyktatu Polski XX-wiecznej? Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia. Ale dopóki nie przestaniemy być bezrefleksyjnymi więźniami przeszłości, dyskryminacja pozytywna będzie się w Polsce kojarzyła przede wszystkim z PRL-em. Dyskryminacja pozytywna będzie się kojarzyła z „konstruktywizmem społecznym” (czyli z PRL-em). Państwo, redystrybucja, związki zawodowe, społeczeństwo… będą się kojarzyć z „socjalizmem”, a „socjalizm” - oczywiście tylko z PRL-em. To opóźnia polityczny start polskiej lewicy o jedno pokolenie. O moje pokolenie, które na lewicę głosować nie będzie nigdy, a nawet przekonywać je do społecznego czy obyczajowego liberalizmu jest dzisiaj trudno, bo jedyny liberalizm, jaki rozumiemy, to liberalizm gospodarczy.

NGO-sy służą często w dzisiejszej Polsce słabym politycznie. Tym, którzy nigdy - albo przez jakiś czas - nie będą tutaj „wybieralni”. Jedni, bo mają niewłaściwe pochodzenie, inni, bo mają niewłaściwe poglądy. Te wszystkie niezwykłe zwierzęta, o zbyt skomplikowanych, zbyt progresywnych, zbyt radykalnych poglądach… – potrzebują w Polsce rezerwatu. Rezerwatu liberalnych NGO-sów, dzięki którym obecny polityczny monopol postsolidarnościowej prawicy nie rozlałby się na całe „społeczeństwo obywatelskie”. A byłby to monopol fatalny, ponieważ postsolidarnościowa prawica jest dzisiaj – w dniach swojego tryumfu – formacją nieporównanie mniej ciekawą i mniej dla polskiego państwa pożyteczną, niż była nawet w czasach swoich symbolicznych prześladowań. Agnieszka Graff, bocząc się na liberalne NGO-sy, bo – istotnie - nie przybliżają dnia dominacji lub choćby równouprawnienia lewicy w wyborach powszechnych, ani też nie przybliżają Polaków do zrozumienia i zaakceptowania roli państwa, powinna wziąć pod uwagę, że NGO-sy to rezerwat dla lewicy. Która póki co, wypuszczona do dżungli polskiej demokracji, nie przeżyje testu wyborczego progu.
Komentarze
Dodaj nowy
natrix   |07.03.2010 20:36:25
Znalazł się wujek dobra rada.
Najzabawniejsze jest jednak zdanie:


"Jak wyłączyć spory ideowe XXI-wiecznej Polski spod dyktatu Polski
XX-wiecznej? Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia."

I kto to pisze?
Dziennikarz, który przez ostatnie 15 lat robił wszystko, żeby jedynym
prawomocnym sporem "ideowym" był spór dobra-acz-zdradzona-solidurność
vs. zła-acz-zwycięska-michnikowszczyzna+postkomuchy.
Szczerze mówiąc, nie mam
pojęcia, jak pan Michalski ma czelność radzić lewicy pozostanie w ngosowym
rezerwacie. Zwłaszcza na tej stronie.
rebelle  - Michalski nie zrozumiał   |08.03.2010 00:36:25
Byłam na tej debacie i klnę się na własną pierś, że Michalski niewiele z niej
zrozumiał. Nie tylko z Graff, co w końcu tak bardzo nie dziwi, ale także chyba z
Gawina. Co po przeczytaniu tego felietonu też już mnie tak bardzo znowu nie
dziwi.
ost.  - zajechało seksizmem   |12.03.2010 08:39:05
Przenikliwy i nieco podstępny samiec oraz nieco naiwna, choć niewątpliwie
szlachetna i dobrze chcąca kobieta. Klasyczna seksistowska klisza. Można by
pewnie napisać melodramat.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 07.03.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 1.21739 Seconds