Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Realizm magiczny peryferii Drukuj
Cezary Michalski   
04.05.2010
Do napisania tego tekstu natchnął mnie felieton Tomasza Piątka Szantaż na peryferiach i nie mam zamiaru tego ukrywać.

Fajna była nasza peryferyjna gospodarka uspołeczniona, tylko czemu rozleciała się w drzazgi, kiedy tylko władza przestała Polaków trzymać za mordę? Fajna była PRL-owska edukacja, tylko dlaczego milion młodych ludzi, zamiast się nią zachwycać, spierdoliło z PRL-u na Zachód w samych tylko latach osiemdziesiątych, kiedy władza zaczęła choćby leciutko uchylać granice tej peryferyjnej sielanki? Fajny był argentyński pisarz Cortazar, lubię go tak samo jak Piątek, tylko dlaczego spierdolił z Argentyny do Paryża, zamiast spędzać życie w realizmie magicznym argentyńskich oligarchów, dyktatorów, generalskich junt, a nawet romantycznych partyzantek miejskich? Cortazar opuścił swoją magiczną Argentynę („której peryferyjność – jak napisał Piątek - tak bardzo Argentyńczykom posłużyła”), kiedy po latach ryzykownego przeciwstawiania się dyktaturze Perona zrozumiał, że nie zdoła politycznie i cywilizacyjnie upodobnić swojej ojczyzny do zdecydowanie mniej magicznego Paryża. Więc wybrał Paryż, tam napisał większość swoich książek, tam umarł, a Argentynę i jej „peryferyjny realizm magiczny” porzucił na zawsze. A wszystkie jego polityczne deklaracje wskazywały na to, że wolałby widzieć swoją ojczyznę mniej „peryferyjnie magiczną”, bardziej podobną do Zachodu, gdzie pisał i żył.
Czemu nawet Gombrowicz, zamiast dokonać życia w Argentynie, uciekł stamtąd do Francji, kiedy tylko mógł? Bo to miejsce pełne „magicznego realizmu peryferiów”, było miejscem zdziczenia, przemocy stanu naturalnego, puczy i domowych wojen. Dopóki nie zdołano tam choć trochę ustabilizować „zaimportowanych z centrum” instytucji liberalnej demokracji. Dopóki bardzo wzorujący się na swoich zachodnich kolegach argentyńscy związkowcy, lewicowcy, liberałowie, demokraci i inni „imitatorzy Zachodu” - nie wywalczyli zupełnie podstawowych praw społecznych dla ludzi, którzy w realizmie magicznym peryferyjnej Argentyny byli traktowani gorzej niż zwierzęta.
Magiczny jest bez wątpienia mesjanizm peryferii, wyrażony najpełniej przez narodową żałobę po smoleńskiej tragedii, ale ja wolę dzisiejszy mesjanizm Skandynawów czy Niemców, wyrażający się w ciągle jeszcze trzymającym się jakoś systemie emerytalnym. Widziałem parę miesięcy temu w programie na telewizyjnej Jedynce Marka Horodniczego, redaktora naczelnego bardzo mesjanicznego i bardzo dumnego z polskiej peryferyjności pisma „44”. Horodniczy, przebrany – a jakże - za powstańca warszawskiego, z biało czerwoną opaską, z idiotycznym beretem na głowie, z plastikowym karabinem w dłoni, obiecywał obronić polskich emerytów przed eutanazją, którą „imitujący zachodnią cywilizację śmierci polscy liberałowie” zaraz tutaj wprowadzą. On ich przed tym wszystkim obroni, bo Polski nie uważa za niedorozwinięte cywilizacyjnie peryferia („jak twierdzi Cezary Michalski”), ale za Chrystusa narodów i za miejsce pełne magii, której chyba jeden tylko Michalski nie widzi.

Pech chciał, że wróciłem wtedy akurat z samego serca „cywilizacji śmierci”, z Langwedocji i Katalonii. Widziałem tam osiemdziesięcioletnich emerytów – niemieckich, francuskich, a nawet hiszpańskich - podjeżdżających pod Pireneje lepszymi lub gorszymi samochodami, zdejmującymi z bagażników górskie rowery, bo wszyscy ci emeryci płci obojga, mimo naprawdę podeszłego wieku, wyglądali zdrowiej od naszych pięćdziesięciolatków. To nie była „cywilizacja śmierci”, to nie był nawet „liberalizm zmęczenia”, to był tryumf życia, to był mesjanizm zainwestowany w ustawodawstwo socjalne, w bardziej doinwestowaną służbę zdrowia, w autostrady i ciepłą wodę z kranu, w silniejsze państwo i bogatsze społeczeństwo. Cała ta rzekoma „cywilizacja śmierci” daje tym emerytom o tyle więcej życia, że żaden półobłąkany peryferyjny mesjasz z pisma „44” nie musi ich przed niczym bronić.

Ponieważ po powrocie do kraju dostałem grypy, poszedłem do rejonowej państwowej przychodni, gdzie zobaczyłem polskich emerytów, których Marek Horodniczy tak skutecznie obronił przed docierającą do nas z Zachodu „cywilizacją śmierci”. Nie mieli w sobie nawet śladu peryferyjnego realizmu magicznego, wyglądali jak paryscy bezrobotni włóczędzy, chociaż każdy z nich uzyskał wykształcenie w edukacyjnej utopii socjalizmu i przepracował całe życie w peryferyjnej fantazji uspołecznionej gospodarki PRL. Zawsze można ich nędzę zwalać na ostatnie dwadzieścia lat dzikiego peryferyjnego kapitalizmu, ale dla mnie to jest raczej ciągłość peryferyjnego zacofania i biedy, niemających w sobie żadnego romantyzmu, żadnej magii, no chyba że czarną.
Uczestniczenie w modernizacji, choćby imitacyjnej, uczestniczenie w wyciąganiu Polski z peryferyjnego niedorozwoju, jest dla mnie projektem religijnym, mesjanicznym. Pierwszy lepszy urzędnik pomocy społecznej w Szwecji, Niemczech czy Wielkiej Brytanii ma w sobie więcej sacrum, niesie więcej mesjanicznej iskry, niż niejeden kapłan na peryferiach, pozwalający sobie na nazwanie liberalnej modernizacji „cywilizacją śmierci”. Są takie formy sekularyzacji, wyrażające się w instytucjonalnych gwarancjach ludzkiej wolności, w redystrybucji bogactwa, w ustawodawstwie socjalnym… w których Jahwe czy Chrystus pojawiają się częściej, niż w hostii rozdawanej wiernym w czasie odprawianej na społecznie zdziczałych peryferiach mszy.
Dlatego wolę być ponurym purytańskim zrzędą. I powtarzać w kółko, że mnie estetyczna magia peryferii w żaden sposób nie fascynuje. Że najpiękniejsze kościoły widziałem na Manhattanie, miały po kilkadziesiąt pięter i na wszystkich piętrach mieszkali w nich albo pracowali ludzie. A pierwszymi świątyniami, jakie zacząłem szanować, były mieszczańskie kamienice w Paryżu, pośród których chodziłem jak pijany po moim przyjeździe do Francji w 1988 roku. Pełne nasyconych i znudzonych mieszczan, którzy z jednej strony bali się przemocy, ale z drugiej, potrafili się przed przemocą obronić.

Nasycenie mesjanizmem w centrach zachodniej cywilizacji też nie jest równomierne. Dlatego odrobinę bardziej wolę Obamę od Busha. Dlatego wolę zachodnioeuropejskich chadeków czy socjaldemokratów od amerykańskich neoliberałów. Ale latynoskie oligarchie i latynoskie rewolty wydają mi się tak samo mało interesujące, jak polska żałoba narodowa czy leninowski bolszewizm.

Bardziej mesjaniczny jest też w moich oczach Leszek Millera, kiedy zamiast walczyć z Kościołem, wolał zagwarantować zwycięstwo „Tak” w referendum akcesyjnym, od telewizyjnego kiczu Marka Horodniczego. Z kolei Donald Tusk ma w sobie więcej mesjanizmu niż Tomasz Terlikowski czy redaktorzy „Teologii Politycznej”. Jest może nieco nieudolnym i nieco bojaźliwym mesjanistą modernizacji, ale jednak nim jest.

Tak się też składa, że to nie w magicznej peryferyjnej Argentynie ani nie w magicznej peryferyjnej Polsce narodziła się idea praw kobiet, praw pracowniczych, idea redystrybucji. One narodziły się w centrach zachodniej modernizacji. I tam, gdzie na peryferia te idee realnie dotarły (znowu, nie mówię w tym miejscu o bolszewickiej rewolucji, której ostatecznie nie przeżyły żadne prawa, żadne liberalne instytucje i żadne sensowne idee), tam było mniej przemocy, więcej sprawiedliwości. A tam, gdzie nie dotarły, tam w najlepsze kwitła „magiczna” peryferyjna dzicz: codzienna przemoc stanu naturalnego, nieskrępowany żadnym prawem dyktat silniejszych wobec słabszych, traktowanie kobiet jako źródła wszelkiego plugastwa, które najlepszej jest traktować jak niewolnice i ubierać w burki. A wszystko to przykrywane słodkimi słówkami o „kulturowej odmienności”, o „magicznym pięknie” codziennej peryferyjnej rzeźni i codziennego peryferyjnego zdziczenia.
Dlatego chciałbym, żeby Polska miała niemieckie czy skandynawskie ustawodawstwo socjalne, chciałbym, żeby miała amerykańską zasadę dyskryminacji pozytywnej i polityczną poprawność, chciałbym odrzeć tutejsze peryferyjne zdziczenie, stan natury, pseudomesjanizm, teologię „rodziny na swoim”, z ostatnich nawet resztek „peryferyjnej magii”.

Krępowałbym się nieco napisać to wszystko w „Rzeczpospolitej” czy mówić w ten sposób w programie Jana Pospieszalskiego. Bo tam są ludzie, którzy chcą się sami oszukiwać do końca. I jeśli jest się „konserwatywnym modernizatorem”, tak jak ja, jeśli nie ma się natury Tadeusza Krońskiego, to zamiast ich obrażać, odzierać ich z mitów, chce się do nich mówić raczej ostrożnie, jak do niespecjalnie rozgarniętych dzieci. Ale na portalu lewicowej Krytyki Politycznej, która samotnie rzuciła rękawicę całemu żyjącemu w zakłamaniu widzialnemu światu, postanowiłem dać sobie prawo do tego szczerego wyznania, w jak niskim poważaniu mam cały „realizm magiczny” zachwyconej sobą peryferyjności.

Czytaj też: 
odpowiedź Tomasza Piątka
Małgorzata Kowalska, Magia modernizacji. Garść uwag do sporu Michalskiego z Piątkiem 
Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 06.05.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.88416 Seconds