Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Przepis na rewolucję Drukuj
Cezary Michalski   
16.02.2010
Od czasu kiedy Oświecenie zaczęło kuśtykać, zmniejsza się liczba ludzi wierzących w postęp. Także na lewicy coraz trudniej dzisiaj spotkać ludzi wierzących w postęp, choćby najbardziej umiarkowany i w granicach prawa. Postęp, który - w moim poczciwie oświeceniowym rozumieniu - w najbardziej ambitnym wydaniu oznacza „wyprowadzenie człowieka ze stanu samozawinionej niedojrzałości” (Kant), a w wydaniu skromniejszym (choć równie trudnym do osiągnięcia) wyprowadzenie Polaka ze stanu natury.

Niektórzy powiedzą, że przesadzam, bo Polak ze stanu natury już wyszedł. Ma na przykład politykę, rasowy polityczny konflikt, który od lat przeciwstawia sobie PiS i PO. Otóż nie, podział na tych, którym się powiodło albo przynajmniej we własny przyszły sukces wierzą (PO), i na tych, którzy z otchłani resentymentu rzucają światu gromkie „nie!” (PiS) – to podział z porządku stanu natury, ubogacany naturalistycznymi zawołaniami w rodzaju „łże-elity!” kontra „zabierz babci dowód!”. Naturalistą częściowo jest, a częściowo na takowego pozuje, obsługujący skutecznie ten podział Janusz Palikot, naturalistami są Czarnecki i Migalski. Chciałoby się sparafrazować dawną piosenkę Krzysztofa Kelusa i spytać „Marku, co robi inteligent w czarnym PR-ze?” (zaznaczam, że adresatem tego pytania nie jest Ryszard Czarnecki, a wyłącznie Palikot i Migalski). Inny argument w formie sylogizmu? Skupiska ludzkie pozostające w stanie natury nie umieją budować państwa, Polacy państwa budować nie umieją, ergo…

Ponieważ na losach Oświecenia i postępu w Polsce naprawdę mi zależy, zatem interesuje mnie wyłącznie to, czy Polacy są w stanie wyjść ze stanu natury. A w odniesieniu do lewicy, interesuje mnie jedynie odpowiedź na pytanie, czy lewica może pomóc Polakom ze stanu natury wyjść. Reakcyjne w swojej istocie zawołania: rynek jest zły, kapitalizm jest do dupy, Amerykanie to rzeźnicy, prawa człowieka to neokolonialna mistyfikacja… - dają wrażenie zaangażowania, bez współodpowiedzialności za własny projekt emancypacyjny, upodmiatawiający kogokolwiek, zastępujący niekontrolowaną przemoc stanu natury kontrolowaną przemocą polityki. A wielu młodych ludzi czyta „Krytykę Polityczną” wyłącznie w poszukiwaniu estetycznej antymieszczańskiej apokalipsy, choć równie dobrze mogliby do tego celu wybrać „Frondę” czy „Kronosa”.

Polska jeszcze się mieszczaństwa, choćby Balzakowskiego, nie dorobiła (Platforma Obywatelska jako partia rządząca jest bardziej partią mieszczańskiej projekcji niż realnego mieszczaństwa). Ważniejsze zatem od obalania nieistniejącej potęgi nieistniejącego mieszczaństwa są tutaj rzadkie konkrety, nieliczne miejsca, w których lewica (lub choćby Oświecenie, zatem także liberałowie czy konserwatyści) potrafi powiedzieć dążącej do totalności logice rynkowej, swoje najcichsze choćby, najbardziej nieśmiałe no passaran. „Nie, my się tutaj bawimy, pracujemy, żyjemy… inaczej, wedle zasad nieco odmiennych od naczelnej rynkowej zasady maksymalizacji krótkoterminowego zysku”. Na przykład, zbieramy dotacje na książki, które będziemy dystrybuować za pół darmo. Wymierzając dyktatowi rynku boleśniejszy policzek, niż facet chodzący po Nowym Świecie z Che Guevarą na koszulce, a nawet niż dziesięciu takich facetów.

Wobec chwilowego braku jakiejś apokaliptycznej rewolucji, jak wystrzał z Aurory brzmią tutaj zawołania w rodzaju: „egzemplarz obowiązkowy dla bibliotek publicznych!”, „większa liczba gratisów z każdego wydania!”. Równie radykalna, co wojna domowa w Hiszpanii, tyle że mniej jałowa i mniej niszczycielska, okazuje się nad Wisłą walka o ocalenie lub zmartwychwstanie bibliotek publicznych, szkolnych i akademickich. Bezwzględna walka o ocalenie i wzmocnienie każdego miejsca, każdego obszaru, gdzie książka będzie traktowana jako coś więcej, coś innego, niż towar…

Zaszczepienie zbiorowisku ludzi znajdujących się wciąż jeszcze w stanie natury zasady rynkowej, jako zasady wyłącznej, także w odniesieniu do książki, oznacza zniszczenie książki jako narzędzia promowania wiedzy. I pozostawienie przy życiu wyłącznie książki jako narzędzia rozrywki. Oczywiście można bawić ucząc, a uczyć bawiąc, ale nie w zbiorowiskach ludzkich ciągle jeszcze znajdujących się w stanie natury. We Francji licealista może się zabawi przy Heglu albo przynajmniej przy Pascalu. W Niemczech zachichoce być może przy Nietzschem. W Polsce dziś na taki cud bym nie liczył (może wśród uczniów mitycznej Bednarskiej, choć także co do tego nie mam pewności). Dlatego książka filozoficzna, socjologiczna, politologiczna, książka z obszaru historii idei… poddana zasadzie rynkowej, zasadzie maksymalizacji krótkoterminowego zysku, w społeczności ludzkiej znajdującej się wciąż jeszcze w stanie natury – zginie.

Rynek książki jako narzędzia promowania wiedzy istnieje może we Francji – kraju obowiązkowej nauki filozofii w liceach – albo w Niemczech, gdzie nawet monstrualny populista Adolf Hitler po dojściu do władzy wydawał klasyków (niektórych) filozofii niemieckiej w milionowych nakładach, dzięki czemu nawet Adolf Eichmann nosił do pracy Krytykę czystego rozumu. We Francji czy Niemczech wiedza – także filozoficzna – była elementem walki o dominację (toczonej przez warstwy społeczne, przez reprezentujące ich partie, przez liderów). Polaków, jak każde społeczeństwo peryferyjne, trzeba do czytania książek ambitniejszych zmuszać. Choćby w sposób najbardziej brutalny, poprzez darmowe rozdawnictwo książek.

„Krytyka Polityczna” jest dla mnie bez porównania bardziej rewolucyjna w swojej działalności wydawniczej niż wiele środowisk jałowo szlifujących nostalgie lewicy totalitarnej (ja się tych nostalgii nie boję, gdyż nie mają żadnych następstw w polskim niechlujnie zachowawczym „świecie realnym”, one są tylko absurdalnym trwonieniem energii, którą należałoby użyć do krzewienia Oświecenia w Polsce). Dla mnie rozstrzygająca o lewicowej polityczności KP jest zdolność zebrania przez nią (czasem od obsadzonych przez prawicę urzędów państwowych) pieniędzy na działalność wydawniczą umożliwiających wydawanie książek promujących wiedzę, które na rynku by się „nie zwróciły”. Dotacje umożliwiają w dodatku KP bezpłatną dystrybucję nawet do kilkuset egzemplarzy każdego wydania. Wiem, że rekiny polskiego rynku wydawniczego potrafią za to nienawidzić KP. Same konsumują dotacje, ale widać sądzą, że Brzozowski, Žižek czy Kryzys. Przewodnik podstawią nogę Grocholi czy nawet Daviesowi wydawanemu przez Znak. Jeśli w dodatku sto, dwieście czy – o zgrozo - pięćset egzemplarzy każdej takiej książki trafi za darmo do bibliotek, do szkół, do inteligentów, którzy to przeczytają, a czasem nawet jeszcze coś o tym napiszą.

Do ważnych dla mnie osobiście rewolucyjnych wystąpień KP przeciwko wolnemu rynkowi należy Zemsta Boga Gillesa Kepela. Zemsta Boga powinna być wciskana do ręki każdemu uczniowi katolickiego seminarium, każdemu czytelnikowi „Frondy” czy „Teologii Politycznej”. Więcej, każdemu czytelnikowi „Rzeczpospolitej”. Jeśli przynajmniej co tysięczny z nich, otarłszy się choćby o książkę Kepela, zacznie myśleć nieco bardziej refleksyjnie o własnej strategii nadużywania Boga do mobilizowania prawicowej polityczności – walka KP będzie miała sens. Oświecenie (a z nim także potencjał na rozwój w tym kraju lewicy) posunie się choćby o milimetr do przodu.

Zbieranie dotacji, które pozwolą sfinansować pięćset czy nawet tysiąc gratisów, to jednak jeszcze nie rewolucja, na którą obiecałem przepis. Chciałbym, żeby na Brzozowskiego, Kepela i innych… „Krytyka Polityczna” zebrała taką kasę dotacyjną, od polskiego ministerstwa kultury, od niemieckich komunistów, od holenderskiej rodziny królewskiej, od amerykańskich liberałów ze Wschodniego Wybrzeża… żeby mogła te książki wydać w nakładzie stu tysięcy egzemplarzy i w nakładzie stu tysięcy egzemplarzy rozdać. Chciałbym, żeby Universitas wył i płakał, żeby wył i płakał Znak, żeby używając języka Ziemkiewicza, Balcerowicza, Gadomskiego… przeklinali „Krytykę Polityczną” za psucie wolnego rynku. A jakby się „Fronda” chciała z „Krytyką Polityczną” pościgać, to niech zbierze pieniądze (od bułgarskich neofaszystów, od peruwiańskiej rodziny królewskiej, od neokonów z Luizjany…) i podobnie, w stu tysiącach nakładu, wyda i rozda pisma Kardynała Newmana, filozoficzną eseistykę Zygmunta Krasińskiego… Niech się te książki dystrybuuje za darmo, wciska ambitnym licealistom, podrzuca na ławkach, zasypuje biblioteki szkolne, niech to sprzedają potem ciecie i cieciowe w przejściu podziemnym na Dworcu Wschodnim w Warszawie, za złoty pięćdziesiąt od sztuki. Aby niszczyć wolny rynek. Aby poprowadzić rewolucję zwycięską.

Niech zasada rynkowa w przypadku książki promującej wiedzę w Polsce zostanie upokorzona, złamana, niech w dziedzinie książki filozoficznej, z historii idei, zapanuje pieprzony etatyzm, kolektywizm, nacjonalbolszewizm itp. itd.

Polaków trzeba wyrwać ze stanu natury – w dziedzinie kształcenia filozoficznego, w dziedzinie promowania w tym kraju myśli nieco ambitniejszej. Jeśli rynek będzie Polaków w stan natury wpychał, a etatyzm, kolektywizm, własność mieszana czy mieszany ustrój będą ich ze stanu natury wyrywać, wybiorę etatyzm, kolektywizm, dotacje – przeciwko rynkowi.

Takie oto proponuję konkretne rewolucyjne ćwiczenie. Drodzy polscy lewacy, drodzy polscy prawacy, zamiast pieprzyć jałowo o antymieszczańskiej apokalipsie, obalcie definitywnie rynkową zasadę maksymalizacji krótkoterminowego zysku w przypadku książki filozoficznej, socjologicznej, politologicznej, historii idei… Nie chodzi mi o zbieranie dotacji i wydanie minimalnego nakładu, żeby na dotacji zarobić, to nie jest żadna rewolucja, to jest zaledwie dotychczasowa codzienna praktyka NGOS-ów i prywatnych wydawnictw. Ale zebranie takiej dotacji, żeby wydać i rozdać książki w nakładach porównywalnych do nakładów z epoki Adolfa Hitlera czy Jerzego Borejszy – to będzie rewolucja zwycięska. Tyle że warto by w ten sposób wydać i rozdawać książki będące, przez swą różnorodność, zaprzeczeniem totalitaryzmu. Od Marksa po Maksa Webera, od Hanny Arendt po Žižka, od Kepela po kardynała Newmana. Niech rozkwita tysiąc dotowanych kwiatów. W stutysięcznych nakładach. Rzucających wolny rynek na kolana, tarzających go w przydrożnym pyle… W tym jednym, wybranym obszarze - książki jako narzędzia promocji wiedzy, narzędzia, które pomoże wyprowadzić Polaków ze stanu natury.
Komentarze
Dodaj nowy
kardach   |16.02.2010 22:59:32
Trzy uwagi ad hoc:
Po pierwsze, PiS to nie jest żadna emanacja resentymentu,
tylko rynek w wydaniu jadłodajni dietetycznej, dla tych, co muszą przeżuwać
przez dziesięć minut, zanim przełkną (pierwsza ważna decyzja zwycięskego PiSu to
nominacja Gilowskiej na ministra finansów, i z kolei pierwsza jej ważna decyzja
to obniżenie składki rentowej); po drugie, nie istnieje, moim zdaniem, coś
takiego jak kwestia polska w odniesieniu do neoliberaizmu (nie różnimy się pod
tym względem od Kanady, może jedynie pod tym względem, że gdy w Kanadzie pod
koniec ubiegłego wieku zdzierano skórę na żywo z byłego państwa opiekuńczego, to
słychać było przerażające wycia i wrzaski, których w żaden sposób nie można
porównać do polskiego "Balcerowicz musi odejść"; po trzecie, biblioteki
są ważne,ale gotowość do naciśnięcia spustu jeszcze ważniejsza.

ps.
mieszczeństwo w Polsce istnieje, z tym, że, tak jak w całej stającej na baczność
przed kapitalizmem Europie Wschodniej, jest wyjątowo bezczelne i agresywne.
jkl  - brak zainteresowania   |17.02.2010 07:43:35
Problemem nie jest to, że książki są mało dostępne. Można by (co np. częściowo
robi Racjonalista) zamieszczać je w Internecie. Wtedy byłyby jeszcze bardziej
dostępne. Ale to niewiele da. Ludzie po prostu nie interesują się filozofią czy
historią idei. Wydają pieniądze na rozrywki bezwysiłkowe i przyjemne. Rozdawanie
książek nic nie da - pójdą na zmarnowanie. Idee należy popularyzować. Wydłubywać
z nich kości i ości i podawać jak hamburgery w formie kotletów mielonych w
bułkach z atrakcyjnych dziennikarzy i publicystów.

Z sylogizmu na końcu
drugiego akapitu nie wynika, że Polacy są skupiskiem w stanie natury. Może i
podręczniki do logiki należałoby rozdawać za darmo, także skądinąd sprawnym
intelektualnie publicystom.
step  - dziękuję   |17.02.2010 09:49:20
dziękuję
Agnieszka P.   |17.02.2010 10:45:30
Ludzie nie intersują się i nie cenią filozofii, historii idei etc. Za dużo
bardziej wartościowe uważają nauki matematyczno-przyrodnicze. Humanistyka
postrzegana jako dyscyplina (już nawet nie nauka) bez metody, bez praktycznych
zastosowań, bez sukcesów powoli traci moc oddziaływania na życie społeczne.
Natomiast idee uproszczone i podane w postaci hamburgerów to za mało, aby wyrwać
Polaków ze stanu natury.
thomas   |17.02.2010 11:32:13
Niestety, argument w przytoczonej postaci jest sofizmatem, bo z niego nie
wynika, że Polacy są w stanie natury.

Prosty kontrprzykład, aby pokazać, że
to nie działa:

1. Muchy srają.
2. Polacy srają.
Ergo: Polacy są
muchami.

W przesłance 1 trzeba by stwierdzić co innego, a
mianowicie:

Tylko muchy srają.

I wtedy to jest poprawne formalnie, tylko
że ta przesłanka jest fałszywa, więc cały argument jest niepoprawny materialnie.
Dodanie "tylko" do tezy o budowaniu państwa też nie pomoże, bo to wtedy
jest to teza fałszywa (Państwa nie umieją budować także np. ogórki).
thomas   |17.02.2010 11:46:02
Powinno chyba byc:
Skupiska ludzkie pozostające w stanie natury nie umieją
budować państwa, Polacy pozostają w stanie natury, ergo&
ale to nie uzsadnia
tylko zaklada, ze Polacy pozostaja w stanie natury. Z tym stanem natury to
raczej metafora, intuicja. Wlasnie za takie rozumowania nie lubi sie nauk
humanistycznych. Niestety.
jkl  - @ Agnieszka P.   |17.02.2010 11:52:33
Naukami matematyczno-przyrodniczymi ludzie interesują się jeszcze mniej niż tzw.
humanistyką. Wystarczy porównać, ile jest kandydatów na fizykę czy chemię, a ile
na historię, socjologię czy psychologię. Co najmniej ta ostatnia nauka ma i
metody, i praktyczne zastosowania.
Wiedzburgery dla mas, książki dla
zainteresowanych!
kobyszcze  - @ Agnieszka P.   |17.02.2010 13:01:04
Od paru lat mam odwrotne wrażenia: coraz mniej studentów interesuje się nauką w
sensie angielskiego "science". Badania podstawowe w matematyce czy
fizyce postrzegają podobnie jak - dajmy na to - literaturoznawstwo: jako
kosztowną zabawę hobbystów, bez przełożenia na całość życia intelektualnego,
kulturalnego czy codziennego. To młodzi tuwimowscy mieszczanie, widzą wszystko
oddzielnie, nie czują związków między swoim życiem a pracą i postępem w różnych
dziedzinach ludzkiej aktywności, także tymi abstrakcyjnymi i na pozór bardzo
oddalonymi od ich codziennego doświadczenia.

Nie szukajmy wrogości i sporu
tam gdzie jest wspólny interes. Naprawdę, nie ma sprzeczności między wydawaniem
Hegla a wydawaniem dobrych książek popularno-naukowych. Postuluję, by
zaopatrywanie bibliotek w te drugie dołączyć do programu rewolucji.
Roger  - 300   |17.02.2010 15:07:45
Był kiedyś taki żart.
Biedak modli się w synagodze: Panie Boże, żebym miał te
10 złotych bo mnie Azenkrantz nachodzi, bym mu oddał. I znowu, jeszcze głośniej:
Panie Boże daj mi te 10 zł, bo nie wiem, co zrobić. Wtedy podchodzi inny Żyd,
daje mu te 10 zł i mówi: wyjdź z synagogi, my się tu modlimy o większe
kwoty.

Podobnie jest z proszeniem o dotację na wydanie książki. Dziś
dostajemy na te 300 egzemplarzy. Ale 100 000 nie wydamy nigdy, bo nie po to
burżua zawłaszcza wartość dodaną, aby dawać na bicz dla siebie.

Wydawanie
książek z pełną paletą ideową nie przybliży rewolucji, bo nie nada ruchowi
jednolitego kierunku.

A zresztą, wiedza nie powoduje rewolucji. Cóż z tego,
że 75% społeczeństwa było przeciwnych wojnie w Iraku a teraz w Afganistanie?
Wojsko Polskie był w Iraku tak długo, aż spełniło internacjonalistyczny ;-)
obowiązek. Z Afganistanu też wcześniej nie wyjedziemy.
kardach  - antypolskość a antysemityzm   |18.02.2010 01:07:16
Zastanawiam się (w związku z powyższym artykułem, ale nie tylko):

Czy
antypolskość i antyżydowskość (zwana myląco "antysemityzmem") to są
jednakowo odrażające zbrodnie?

Czy, z jakichś powodów, ich waga, z moralnego
punktu widzenia, jest nierówna?

Czy zachodzi trzecia możliwość, a
mianowicie: ani jedno, ani drugie nie jest w ogóle zbrodnią?
Agnieszka P.   |18.02.2010 05:57:16
Wydaje mi się, że wpływ nauk humanistycznych na życie społeczne jest coraz
mniejszy, gdyż coraz większą popularnością cieszy się wizja świata, który w
całości i wyczerpująco daje się opisać językiem i metodą nauk przyrodniczych
(często przeciwstawianej metodzie lub metodom nauk humanistycznych). Dodatkowo 
daje się on opisać nie tylko językiem nauk przyrodniczych, ale jeszcze po
angielsku. W pewnym sensie są one bardziej zgodne z zasadą rynkową.

Jeżeli
tak jest faktycznie, to budowanie rewolucji na gruncie idei, które tracą na
znaczeniu i to tracą międzynarodowo, może nie odnieść zamierzonych skutków.
Innymi słowy, idee te mogą nie być wystarczająco interesujące, zrozumiałe, nośne
etc, aby stać się alternatywą dla wartości i postaw rynkowych. Upraszczanie,
trywializowanie i rozpowszechnianie może faktycznie być dobrym rozwiązaniem. Ale
czy te idee to przeżyją? Czy faktycznie zmusi się Polaków do ambitniejszego
myślenia? I czy będzie to miało odzwierciedlenie w zachowaniu?

Ja rewolucję
zaczynałabym od upowszechniania postaw, nie idei. Postawy są łatwiejsze do
komunikacji i są dostępne większości.
stylish_lamella   |18.02.2010 13:01:58
A ja zawsze myślałam, że rewolucja rozpoczyna się tam, gdzie kończą się chleb i
igrzyska i równocześnie pojawiają się sprytni ideolodzy-manipulatorzy, a nie
tam gdzie dochodzi do masowego porażenia subwersyjnymi ideami. Widać za mało mam
wiary w to dumne zbiorowe zwierzę zwane społeczeństwem.. Masy zaczynają
chorować, gdy są wolne, tylko nieliczni wówczas zdrowieją.
thomas  - Jaka znowu popularność nauk przyrodniczy   |18.02.2010 14:34:03
Może jakieś dane empiryczne na poparcie tej tezy? Bo już przedmówcy zwrócili
uwagę, że to banialuki. Dam przykład: nie ma setek Wyższych Szkół Chemii i
Fizyki, są za to ogromnie popularne Wyższe Szkoły Nauk Politycznych i
Dziennikarstwa, a to akurat mają być nauki humanistyczne czy społeczne. W
miażdżącej większości uprawiane po polsku.

Ale podstawowe braki w kulturze
logicznej zdradził już p. Michalski powyżej. Szkoda, że płomienne manifesty o
konieczności niesienia kaganka oświaty piszą akurat osoby, które same powinny
się podkształcić i wyszlifować styl. Trudno znieść ten potok słów, który zwykle
meandrami tylko prowadzi do konkluzji, średnio uzasadnionej przez to, co było na
początku.
Agnieszka P.   |18.02.2010 17:11:40
Marginalizację nauk społecznych dostrzegam w tym, iż na badania w dziedzinach
społecznych przeznaczane jest znacznie mniej pieniędzy niż na te w
przyrodniczych. Dodatkowo nauki społeczne rozwijają sie pod presją metod
ilościowych i generowania praktycznych wyników, które mogą np. przyczynic się do
"wzrostu zatrudnienia, podniesienia poziomu dobrobytu i poprawy jakości
życia".
A pisząc o popularności przyrodniczej wizji świata nawiązałam do
dyskutowanego przez filozofów kryzysu metodologii nauk społecznych.

Diagnoza
Michalskiego dotycząca pozostawania Polaków w stanie natury w dziedzinie
kształcenia filozoficznego wydaje mi się trafna. Również tę tezę trudno jest
pogodzic z popularnościa szkół humanistycznych, zakładajac oczywiście, że w tych
szkołach uczą tego, o czym pisze się w książkach, do czytania których Michalski
namawia.
thomas   |18.02.2010 17:58:35
Nawet gdyby przeznaczano mniej pieniędzy, to trzeba pamiętać, że poza wielkimi
badaniami ilościowymi badania w naukach humanistycznych są po prostu tańsze, bo
nie wymagają drogiej aparatury. Nawet spis powszechny jest tańszy od zbudowania
wielkiego zderzacza hadronów.

Właśnie, ile tych akceleratorów i reaktorów
atomowych w Polsce mamy? Presja na zatrudnienie nie jest bynajmniej presją na
nauki przyrodnicze, tylko na nauki STOSOWANE. Czyli nie na chemię teoretyczną,
tylko na metody badania zanieczyszczeń w soczkach dla dzieci. Tym samym presjom
podlegają nauki przyrodnicze.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.98757 Seconds