Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Przepis na rewolucję |
|
|
Cezary Michalski
|
|
16.02.2010 |
Od czasu kiedy Oświecenie zaczęło kuśtykać, zmniejsza się liczba ludzi wierzących w postęp. Także na lewicy coraz trudniej dzisiaj spotkać ludzi wierzących w postęp, choćby najbardziej umiarkowany i w granicach prawa. Postęp, który - w moim poczciwie oświeceniowym rozumieniu - w najbardziej ambitnym wydaniu oznacza „wyprowadzenie człowieka ze stanu samozawinionej niedojrzałości” (Kant), a w wydaniu skromniejszym (choć równie trudnym do osiągnięcia) wyprowadzenie Polaka ze stanu natury.
Niektórzy powiedzą, że przesadzam, bo Polak ze stanu natury już wyszedł. Ma na przykład politykę, rasowy polityczny konflikt, który od lat przeciwstawia sobie PiS i PO. Otóż nie, podział na tych, którym się powiodło albo przynajmniej we własny przyszły sukces wierzą (PO), i na tych, którzy z otchłani resentymentu rzucają światu gromkie „nie!” (PiS) – to podział z porządku stanu natury, ubogacany naturalistycznymi zawołaniami w rodzaju „łże-elity!” kontra „zabierz babci dowód!”. Naturalistą częściowo jest, a częściowo na takowego pozuje, obsługujący skutecznie ten podział Janusz Palikot, naturalistami są Czarnecki i Migalski. Chciałoby się sparafrazować dawną piosenkę Krzysztofa Kelusa i spytać „Marku, co robi inteligent w czarnym PR-ze?” (zaznaczam, że adresatem tego pytania nie jest Ryszard Czarnecki, a wyłącznie Palikot i Migalski). Inny argument w formie sylogizmu? Skupiska ludzkie pozostające w stanie natury nie umieją budować państwa, Polacy państwa budować nie umieją, ergo…
Ponieważ na losach Oświecenia i postępu w Polsce naprawdę mi zależy, zatem interesuje mnie wyłącznie to, czy Polacy są w stanie wyjść ze stanu natury. A w odniesieniu do lewicy, interesuje mnie jedynie odpowiedź na pytanie, czy lewica może pomóc Polakom ze stanu natury wyjść. Reakcyjne w swojej istocie zawołania: rynek jest zły, kapitalizm jest do dupy, Amerykanie to rzeźnicy, prawa człowieka to neokolonialna mistyfikacja… - dają wrażenie zaangażowania, bez współodpowiedzialności za własny projekt emancypacyjny, upodmiatawiający kogokolwiek, zastępujący niekontrolowaną przemoc stanu natury kontrolowaną przemocą polityki. A wielu młodych ludzi czyta „Krytykę Polityczną” wyłącznie w poszukiwaniu estetycznej antymieszczańskiej apokalipsy, choć równie dobrze mogliby do tego celu wybrać „Frondę” czy „Kronosa”.
Polska jeszcze się mieszczaństwa, choćby Balzakowskiego, nie dorobiła (Platforma Obywatelska jako partia rządząca jest bardziej partią mieszczańskiej projekcji niż realnego mieszczaństwa). Ważniejsze zatem od obalania nieistniejącej potęgi nieistniejącego mieszczaństwa są tutaj rzadkie konkrety, nieliczne miejsca, w których lewica (lub choćby Oświecenie, zatem także liberałowie czy konserwatyści) potrafi powiedzieć dążącej do totalności logice rynkowej, swoje najcichsze choćby, najbardziej nieśmiałe no passaran. „Nie, my się tutaj bawimy, pracujemy, żyjemy… inaczej, wedle zasad nieco odmiennych od naczelnej rynkowej zasady maksymalizacji krótkoterminowego zysku”. Na przykład, zbieramy dotacje na książki, które będziemy dystrybuować za pół darmo. Wymierzając dyktatowi rynku boleśniejszy policzek, niż facet chodzący po Nowym Świecie z Che Guevarą na koszulce, a nawet niż dziesięciu takich facetów.
Wobec chwilowego braku jakiejś apokaliptycznej rewolucji, jak wystrzał z Aurory brzmią tutaj zawołania w rodzaju: „egzemplarz obowiązkowy dla bibliotek publicznych!”, „większa liczba gratisów z każdego wydania!”. Równie radykalna, co wojna domowa w Hiszpanii, tyle że mniej jałowa i mniej niszczycielska, okazuje się nad Wisłą walka o ocalenie lub zmartwychwstanie bibliotek publicznych, szkolnych i akademickich. Bezwzględna walka o ocalenie i wzmocnienie każdego miejsca, każdego obszaru, gdzie książka będzie traktowana jako coś więcej, coś innego, niż towar…
Zaszczepienie zbiorowisku ludzi znajdujących się wciąż jeszcze w stanie natury zasady rynkowej, jako zasady wyłącznej, także w odniesieniu do książki, oznacza zniszczenie książki jako narzędzia promowania wiedzy. I pozostawienie przy życiu wyłącznie książki jako narzędzia rozrywki. Oczywiście można bawić ucząc, a uczyć bawiąc, ale nie w zbiorowiskach ludzkich ciągle jeszcze znajdujących się w stanie natury. We Francji licealista może się zabawi przy Heglu albo przynajmniej przy Pascalu. W Niemczech zachichoce być może przy Nietzschem. W Polsce dziś na taki cud bym nie liczył (może wśród uczniów mitycznej Bednarskiej, choć także co do tego nie mam pewności). Dlatego książka filozoficzna, socjologiczna, politologiczna, książka z obszaru historii idei… poddana zasadzie rynkowej, zasadzie maksymalizacji krótkoterminowego zysku, w społeczności ludzkiej znajdującej się wciąż jeszcze w stanie natury – zginie.
Rynek książki jako narzędzia promowania wiedzy istnieje może we Francji – kraju obowiązkowej nauki filozofii w liceach – albo w Niemczech, gdzie nawet monstrualny populista Adolf Hitler po dojściu do władzy wydawał klasyków (niektórych) filozofii niemieckiej w milionowych nakładach, dzięki czemu nawet Adolf Eichmann nosił do pracy Krytykę czystego rozumu. We Francji czy Niemczech wiedza – także filozoficzna – była elementem walki o dominację (toczonej przez warstwy społeczne, przez reprezentujące ich partie, przez liderów). Polaków, jak każde społeczeństwo peryferyjne, trzeba do czytania książek ambitniejszych zmuszać. Choćby w sposób najbardziej brutalny, poprzez darmowe rozdawnictwo książek.
„Krytyka Polityczna” jest dla mnie bez porównania bardziej rewolucyjna w swojej działalności wydawniczej niż wiele środowisk jałowo szlifujących nostalgie lewicy totalitarnej (ja się tych nostalgii nie boję, gdyż nie mają żadnych następstw w polskim niechlujnie zachowawczym „świecie realnym”, one są tylko absurdalnym trwonieniem energii, którą należałoby użyć do krzewienia Oświecenia w Polsce). Dla mnie rozstrzygająca o lewicowej polityczności KP jest zdolność zebrania przez nią (czasem od obsadzonych przez prawicę urzędów państwowych) pieniędzy na działalność wydawniczą umożliwiających wydawanie książek promujących wiedzę, które na rynku by się „nie zwróciły”. Dotacje umożliwiają w dodatku KP bezpłatną dystrybucję nawet do kilkuset egzemplarzy każdego wydania. Wiem, że rekiny polskiego rynku wydawniczego potrafią za to nienawidzić KP. Same konsumują dotacje, ale widać sądzą, że Brzozowski, Žižek czy Kryzys. Przewodnik podstawią nogę Grocholi czy nawet Daviesowi wydawanemu przez Znak. Jeśli w dodatku sto, dwieście czy – o zgrozo - pięćset egzemplarzy każdej takiej książki trafi za darmo do bibliotek, do szkół, do inteligentów, którzy to przeczytają, a czasem nawet jeszcze coś o tym napiszą.
Do ważnych dla mnie osobiście rewolucyjnych wystąpień KP przeciwko wolnemu rynkowi należy Zemsta Boga Gillesa Kepela. Zemsta Boga powinna być wciskana do ręki każdemu uczniowi katolickiego seminarium, każdemu czytelnikowi „Frondy” czy „Teologii Politycznej”. Więcej, każdemu czytelnikowi „Rzeczpospolitej”. Jeśli przynajmniej co tysięczny z nich, otarłszy się choćby o książkę Kepela, zacznie myśleć nieco bardziej refleksyjnie o własnej strategii nadużywania Boga do mobilizowania prawicowej polityczności – walka KP będzie miała sens. Oświecenie (a z nim także potencjał na rozwój w tym kraju lewicy) posunie się choćby o milimetr do przodu.
Zbieranie dotacji, które pozwolą sfinansować pięćset czy nawet tysiąc gratisów, to jednak jeszcze nie rewolucja, na którą obiecałem przepis. Chciałbym, żeby na Brzozowskiego, Kepela i innych… „Krytyka Polityczna” zebrała taką kasę dotacyjną, od polskiego ministerstwa kultury, od niemieckich komunistów, od holenderskiej rodziny królewskiej, od amerykańskich liberałów ze Wschodniego Wybrzeża… żeby mogła te książki wydać w nakładzie stu tysięcy egzemplarzy i w nakładzie stu tysięcy egzemplarzy rozdać. Chciałbym, żeby Universitas wył i płakał, żeby wył i płakał Znak, żeby używając języka Ziemkiewicza, Balcerowicza, Gadomskiego… przeklinali „Krytykę Polityczną” za psucie wolnego rynku. A jakby się „Fronda” chciała z „Krytyką Polityczną” pościgać, to niech zbierze pieniądze (od bułgarskich neofaszystów, od peruwiańskiej rodziny królewskiej, od neokonów z Luizjany…) i podobnie, w stu tysiącach nakładu, wyda i rozda pisma Kardynała Newmana, filozoficzną eseistykę Zygmunta Krasińskiego… Niech się te książki dystrybuuje za darmo, wciska ambitnym licealistom, podrzuca na ławkach, zasypuje biblioteki szkolne, niech to sprzedają potem ciecie i cieciowe w przejściu podziemnym na Dworcu Wschodnim w Warszawie, za złoty pięćdziesiąt od sztuki. Aby niszczyć wolny rynek. Aby poprowadzić rewolucję zwycięską.
Niech zasada rynkowa w przypadku książki promującej wiedzę w Polsce zostanie upokorzona, złamana, niech w dziedzinie książki filozoficznej, z historii idei, zapanuje pieprzony etatyzm, kolektywizm, nacjonalbolszewizm itp. itd.
Polaków trzeba wyrwać ze stanu natury – w dziedzinie kształcenia filozoficznego, w dziedzinie promowania w tym kraju myśli nieco ambitniejszej. Jeśli rynek będzie Polaków w stan natury wpychał, a etatyzm, kolektywizm, własność mieszana czy mieszany ustrój będą ich ze stanu natury wyrywać, wybiorę etatyzm, kolektywizm, dotacje – przeciwko rynkowi.
Takie oto proponuję konkretne rewolucyjne ćwiczenie. Drodzy polscy lewacy, drodzy polscy prawacy, zamiast pieprzyć jałowo o antymieszczańskiej apokalipsie, obalcie definitywnie rynkową zasadę maksymalizacji krótkoterminowego zysku w przypadku książki filozoficznej, socjologicznej, politologicznej, historii idei… Nie chodzi mi o zbieranie dotacji i wydanie minimalnego nakładu, żeby na dotacji zarobić, to nie jest żadna rewolucja, to jest zaledwie dotychczasowa codzienna praktyka NGOS-ów i prywatnych wydawnictw. Ale zebranie takiej dotacji, żeby wydać i rozdać książki w nakładach porównywalnych do nakładów z epoki Adolfa Hitlera czy Jerzego Borejszy – to będzie rewolucja zwycięska. Tyle że warto by w ten sposób wydać i rozdawać książki będące, przez swą różnorodność, zaprzeczeniem totalitaryzmu. Od Marksa po Maksa Webera, od Hanny Arendt po Žižka, od Kepela po kardynała Newmana. Niech rozkwita tysiąc dotowanych kwiatów. W stutysięcznych nakładach. Rzucających wolny rynek na kolana, tarzających go w przydrożnym pyle… W tym jednym, wybranym obszarze - książki jako narzędzia promocji wiedzy, narzędzia, które pomoże wyprowadzić Polaków ze stanu natury.
Na podobny temat
|
|
Felietony Cezarego Michalskiego
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...