Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Prawybory i cywilizacja |
|
|
Cezary Michalski
|
|
22.03.2010 |
(mój pierwszy felieton szczerze genderowy)
W Polsce, póki co, nie ma jeszcze lewicy ani prawicy. Jest cywilizacja, albo jej nie ma. W kontekście prawyborów w PO oznacza to, że mniej ważne jest, kto w nich zwycięży, ale czy wszyscy uczestnicy tej gry przeżyją: Sikorski, Komorowski, Palikot, Schetyna, a nawet Tusk.
Oczekiwania dziennikarzy, konkurentów politycznych PO i samych uczestników gry są następujące: po prawyborach Tusk dorżnie Sikorskiego, podpuszczany do tego dodatkowo przez Komorowskiego i Palikota. Albo: Tusk dorżnie Komorowskiego, mianując na jego miejsce – jako marszałka Sejmu – Schetynę, którego dorżnie odrobinę później. Albo: Sikorski jako zwycięzca dorżnie najpierw Palikota, a następnie zacznie gromadzić wokół siebie ludzi, którzy będą go namawiali, żeby dorżnął Tuska. Albo: Komorowski jako zwycięzca najpierw dorżnie Sikorskiego, a następnie zacznie gromadzić wokół siebie ludzi, którzy będą go namawiali, żeby nie tylko nie zgodził się na wyjęcie mu z rąk prezydenckich prerogatyw przez Tuska, ale żeby sam zaczął się przygotowywać do jego dorżnięcia (jak wyżej). Są jeszcze zgłaszane liczne inne scenariusze na dorżnięcie przez Tuska Schetyny, Palikota i Sikorskiego, albo na obalenie Tuska przez Schetynę lub/i Palikota lub/i Sikorskiego.
Problemem jest nie to, że autorzy tych wszystkich scenariuszy są jakoś nadzwyczajnie zdziczali czy raczej, wyrażając rzecz całą subtelnym językiem filozofii politycznej, „pozostają w stanie natury”. Oni zgłaszają te scenariusze nauczeni obserwacją stanu natury rzeczywiście panującego do tej pory w polskiej polityce. Weźmy choćby zabicie siebie nawzajem i swojej formacji (nazwane złośliwie przez Rokitę „polonizacją” SLD) przez Aleksandra Kwaśniewskiego i Leszka Millera. Przypomnijmy sobie prewencyjną likwidację przez braci Kaczyńskich Marcinkiewicza i Sikorskiego (choć obaj ci politycy wcale nie zabierali się jeszcze za obalanie Kaczyńskich), a potem szybki bój spotkaniowy Kaczyńskiego z Markiem Jurkiem, którego Jurek nie przeżył. Także lista politycznych trupów na szlaku bojowym PO jest imponująca: Zyta Gilowska, Paweł Piskorski, Jan Maria Rokita, Płażyński i Olechowski (ten ostatni ciągle się rusza, ale moim zdaniem jest to życie po życiu).
Gdyby jednak Sikorski, Palikot, Komorowski i Tusk grę w prawybory solidarnie przeżyli, oznaczałoby to, że Donald Tusk i jego formacja zachowują większą zdolność do kooperacji niż wszyscy ich dzisiejsi konkurenci. Byłby to postęp cywilizacyjny na ziemiach polskich, na miarę wynalezienia koła lub wykrzesania pierwszej iskry i przechowywania jej pod postacią żarzącego się mchu w najbardziej mrocznej i wilgotnej jaskini. O istnieniu lub nieistnieniu cywilizacji przesądza bowiem właśnie zdolność do kooperacji. Najtrudniejsza w polityce (gdzie gromadzą się samce alfa, zainteresowane samą tylko dominacją) i jednocześnie w polityce najbardziej potrzebna.
W polskiej polityce po roku 1989 stan natury jest stanem zwyczajnym. Pogrobowcy rewolty Kaczyńskich, nauczeni wyrywkową lekturą im do snu Carla Schmitta przez Marka Cichockiego oraz oglądaniem – często bez rozumienia głosu lektora – telewizyjnych relacji z amerykańskich, brytyjskich czy francuskich debat politycznych, twierdzą, że stan natury to stan wzorcowy całej współczesnej światowej polityki, że tylko „czułe serduszka”, „naiwniacy” i inne „liberałki” mogą wierzyć, że polityka może kiedykolwiek ze stanu natury wyjść. Ci sarmaccy mądrale rytuał zachodnich sporów politycznych mylą z „ujutną” swojską rzezią. Jednak bardzo się mylą. Nie było od dawna brudniejszych i brutalniejszych prawyborów w USA niż te, które przeciwstawiły sobie Baraka Obamę i Hillary Clinton, a jednak po zakończeniu tego pełnego przemocy politycznego spektaklu Obama nie dorżnął Clinton, a ona pomogła mu stworzyć w miarę zwartą ekipę prezydencką i zjednoczyć partię. Nie było dwóch polityków jednej partii, którzy bardziej wrednie podstawialiby sobie nogę niż Tony Blair i Gordon Brown, a jednak sukcesja między nimi odbyła się z pełnym poszanowaniem interesu ich partii oraz zachowaniem ciągłości polityki państwowej – bo tak się złożyło, że ich partia była akurat partią władzy. Zatem, wbrew temu co sądzą nasze sarmackie mądrale, odgrywanie przez zachodnich polityków zwierząt na potrzeby mediów i masowej publiczności nie oznacza ich realnego zezwierzęcenia. W Polsce dystans pomiędzy graniem roli zwierzęcia, a zezwierzęceniem autentycznym bywa znacznie mniejszy (przepraszam w tym miejscu zwierzęta za moją nieco anachroniczną metaforę, bo w istocie bliżej mi do Tomaszowego rozróżnienia pomiędzy tygrysem, który nie torturuje swoich ofiar bez potrzeby, a człowiekiem, który robi to często).
Innym kryterium cywilizacji jest zdolność przygotowania i przeprowadzenia uporządkowanej sukcesji. Jeśli Tusk pozwoli przeżyć najbardziej energicznym w jego partii czterdziestolatkom – Schetynie, Palikotowi i Sikorskiemu - jeśli będzie ich na siebie napuszczał, tak, żeby nie zagryźli jego, ale nie każe, ani nawet im nie pozwoli (bo należą do pokolenia, którego lata osiemdziesiąte nie nauczyły żadnej kooperacji) zagryźć się wzajemnie, znowu będzie to oznaczało postęp cywilizacyjny zarówno w stosunku do braci Kaczyńskich, jak też do SLD (liderzy Sojuszu, co prawda nie zagryzali młodych, ale kastrowali ich na wejściu i wychowali na „noszących za nimi teczki”, przez co teraz Sojuszowi trudno wyciągnąć z kapelusza jakieś znaczące grono młodych charyzmatycznych liderów).
Silna lewica polityczna, która kiedyś musi się w Polsce pojawić, pojawi się w pewnej sytuacji, która albo będzie stanem natury, albo cywilizacją – lub przynajmniej jej początkami. Jeśli PO dokona minimalnego choćby wyjścia ze stanu natury, przyszłej lewicy będzie łatwiej pójść dalej. Jeśli PO z PiS-em jeszcze głębiej polską politykę w stan natury wepchną, wszelka przyszła polska lewica od głębokiego stanu natury będzie startowała. Co także i ją uczyni bardziej patologiczną, niż by tego chciała.
Dlatego właśnie jestem za parytetami. Bo to polscy faceci uczynili z polityki tak żałośnie bezrefleksyjny stan naturalny. Polskie kobiety także mają w sobie pokusę stanu natury, małą skłonność do kooperacji, małą wzajemną lojalność, braki w solidarności, nawet tej genderowej… Ale chamstwu, brutalności, testosteronowemu debilizmowi samców alfa, którzy zmonopolizowali polską politykę, kobiety przeciwstawią być może nieco inne zainteresowania i nieco inne hormony, a w związku z tym także nieco inną logikę hormonalnych burz. Zderzenie dwóch genderowych logik, rozbicie bezwzględnej i bezrefleksyjnej logiki męskiego stanu natury przez potrzeby i pasje kobiece, już będzie minimalną szansą na to, żeby polska polityka mogła ze stanu natury zacząć się choćby wyczołgiwać - w stronę kantowskiego prawa powszechnego, imperatywu kategorycznego, wszystkiego, co nas odróżnia od codziennego zachowania polskich mężczyzn w polityce. Czego i państwu, i sobie życzę w tych dniach hucznie obchodzonych prawyborów w PO.
Na podobny temat
|
|
Felietony Cezarego Michalskiego
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...