Personal Jesus to fajna piosenka, szczególnie, kiedy wykonuje ją Johnny Cash. Nadaje się też świetnie do wielkanocnych medytacji nad specyficzną lokalną odmianą chrześcijaństwa, której wyznawcy obchodzą właśnie śmierć i zmartwychwstanie Karola Wojtyły. Domyślam się, jak to polskie „ugięcie” chrześcijaństwa musi denerwować Tomasza Piątka, poczciwego „lutra”, ale niestety, nie ma co wierzgać przeciw ościeniowi, nawet data się zgadza. Jan Paweł II ze swoim niebywałym wyczuciem spektaklu trafił tak dokładnie, że Wielkanoc, jakby nie było ruchome święto, może się oddalić od daty jego śmierci co najwyżej o dwa tygodnie w jedną albo w drugą stronę. A jako że w tym roku data śmierci i data święta znowu się zeszły, każdy, obojętnie w TVN czy w Radiu Maryja, na PiS-owskiej Jedynce czy na SLD-owskiej Dwójce, bez trudu odnajduje w śmierci papieża misteryjną formę
Wpadł na to nawet Donald Tusk, wygłaszając swoje świąteczne, utrzymane w duchu polskiej religii obywatelskiej, orędzie: „W te Święta szczególnie głęboko wierzymy w to, że dobro jest silniejsze od zła, że śmierć nie jest ostateczna. Ta wiara towarzyszyć nam będzie wtedy, kiedy wspominać będziemy śmierć naszego papieża”. Antyklerykałowie zapewne się oburzą na to mieszanie porządków. Nic nie rozumieją. Władca chcący pokoju musi deklarować, że jest współwyznawcą wiary swego ludu. A wiara tego ludu oparta jest o śmierć i zmartwychwstanie (Santo Subito!) Karola Wojtyły.
W państwie, w którym Wojtyła zastąpił Chrystusa, zastąpił on niestety także polską politykę. Najbardziej precyzyjnie wyrazili tę myśl redaktorzy „Teologii Politycznej”. Mają oni filozoficzno-teologiczne wykształcenie, więc kodyfikację polskiej religii obywatelskiej uznali za swój obowiązek. Już jakiś czas temu Marek Cichocki i Dariusz Karłowicz ogłosili tezę, że w polskiej demokracji, która jest tylko chaosem - żadnego władcy jak dotąd nie wyłoniła, żadnej władzy skutecznie nie legitymizuje - Jan Paweł II pełni funkcję Interreksa. To na nim po śmierci ostatniego legalnego króla (jak rozumiem Gierka) i przed pojawieniem się nowego króla, równie powszechnie uznanego, opiera się polski polityczny porządek. Bo demokracja, szczególnie liberalna, w kraju Polaków żadnej władzy wyłonić nie zdoła.
Przed piątymi z kolei obchodami śmierci i zmartwychwstania Karola Wojtyły, Dariusz Karłowicz swoje dogmaty postanowił utwardzić, ogłaszając tym razem, że gdyby Jan Paweł II żył, nie doszłoby do konfliktu pomiędzy PO i PiS-em, bo politycy obu partii by się go „wstydzili”. Nie jest to prawda nawet empiryczna. Pierwsza wojna na górze, równie mało racjonalna co wojna PO-PiS-u, wojna między Mazowieckim i Wałęsą, między solidarnościowym „ciemnogrodem” i solidarnościowymi „łże-elitami”, toczyła się za życia Wojtyły, który widać Interreksem był kiepskim, skoro jej zapobiec nie zdołał. Ale nie o empiryczną prawdę tu chodzi. Poczciwy Feuerbach mówił o projektowaniu swoich najlepszych cech przez ludzkość na Boga, nie podejrzewał, że Polacy swoje najlepsze cechy wyprojektują na jednego człowieka. Ja po prostu nie wierzę, że naród, który wszystkie swoje polityczne zdolności wydeleguje na jednego człowieka, zdoła kiedykolwiek wydobyć się z „samozawinionej niedojrzałości”. Karłowicz w ogóle w takie „oświeceniowe utopie” nie wierzy, więc go moje zastrzeżenia raczej nie poruszą. Czasami mam nawet wrażenie, że nad Wisłą w „oświeceniowe utopie” nie wierzy nie tylko prawica, ale nawet lewica. A Oświecenie w ogóle przejawia się tutaj już wyłącznie poprzez niemieckie hipermarkety.
Choć polityczna idolatria wydaje mi się pozbawiona sensu, żal by mi było wylewać Wojtyłę z kąpielą głupoty. Ja w każdym razie wylać go nie umiem, bo zobaczyłem go raz w telewizorze, kiedy byłem dzieckiem, i było to doświadczenie dość wyzwalające. Pamiętam rzucone przez niego zaklęcie o „Duchu, który odmieni oblicze tej Ziemi”. Duch faktycznie przybył i przybrał ciało związku zawodowego, choć ludzie dotąd się spierają, i spierają uczenie, czy rolę Świętego Józefa pełnił tam Macierewicz czy Kuroń, Michnik czy Wałęsa, a Maryją była Anna Walentynowicz czy Helena Łuczywo. Wszyscy mają rolę w tym społecznym misterium, i naprawdę nie była to rola najgorsza. Pamiętam też z pierwszej pielgrzymki papieża do Polski – jako chłopak, który w czasie jej trwania zaledwie raz czy drugi przysiadł na podłodze przed telewizorem - strach kamerzystów kadrujących tak, żeby nie było widać tłumów, i strach komentatorów, którzy udawali, że ze swej kabiny nie widzą tego, co mogą zobaczyć wszyscy „telewidzowie”. Nawet dziecko umiało zauważyć strach władzy. Nawet dziecko niewierzące, niechodzące na religię, zmartwychwstania oczekujące wyłącznie po odkryciach genetyki. Bo to zupełnie fajne objawienie – nawet jeśli jego konsekwencje, jak to z objawieniami bywa, miały ten naród w latach 80. ostatecznie rozszarpać i zniszczyć - nie było objawieniem religijnym, ale społeczno-politycznym, lokowało się w tym samym rzędzie objawień co, dajmy na to, rewolucja 1905 roku.
Drugi raz zobaczyłem Karola Wojtyłę w mitycznym (bo wielokrotnie od tamtego czasu zmitologizowanym, zapacykowanym świętym werniksem) oknie na Franciszkańskiej, w 1987 roku. Milionowy tłum rozszedł się potulnie po mszy na krakowskich Błoniach, jakąś setkę radykałów spałowano przy moście na Dębnikach. A wieczorem parę tysięcy studentów i licealistów pokłóciło się pod tym oknem z Wojtyłą, bo zamiast „zostań z nami”, rytualnie wołanego przy wcześniejszych pielgrzymkach, zaczęło chóralnie wrzeszczeć do papieża, a potem nawet na papieża: „weź nas z sobą!”, mimo jego ojcowskich pouczeń, które miały u tej młodzieży wytworzyć szczątkowe choćby poczucie winy. Niestety, mimo papieskich pouczeń, zamiast zostać i pielęgnować substancję, zamiast stać się ujutnymi Polakami, obojętnie, prawicowymi czy lewicowymi, postsolidarnościowymi czy postkomunistycznymi, większość z nas wolała wówczas stać się Sikorskim i Applebaum (choć jeszcze nawet o nich nie słyszeliśmy). Pewnie większość wkurzonych dzieciaków stojących wtedy pod oknem na Franciszkańskiej nie wyjechała, a większość z tych, co wyjechali nigdy nawet nie zawadziła o Oxford. To jednak był symptom, który może trochę tłumaczy skomplikowane uczucia pewnego pokolenia wobec kraju, którego to pokolenie nie potrafiło ani zmienić, ani przynajmniej zniszczyć.
We wszystkich tych momentach „objawień” Wojtyła był jednak zwyczajnie godnym szacunku człowiekiem. Pamiętając o tym – no, kto jeszcze o tym pamięta, z całego „Pokolenia JP2”? – trudno mi się dziś cieszyć, że ten człowiek jest już tylko bożkiem.
Na podobny temat
|
A jakie to ma znaczenie, czy dane dzi...
Postaram się. To będzie wymagało chwi...