Karol Marks przed ponad półtora wiekiem zachwycał się rewolucją kapitalistyczną, dzięki której „wszystko, co stałe, wyparowuje, a wszystko, co święte, ulega profanacji”. Chciał tę rewolucję ujeździć, osiodłać, nadać jej humanistyczne oblicze, ale nie marzył o powrocie do zacisznej, „ujutnej” przeszłości europejskiego feudalizmu. Patrząc na pokolenie dzisiejszych dwudziesto- i trzydziestolatków, mam ochotę wrzasnąć, czemu się nie przebudzicie do życia? Czemu zamiast ćwiczyć teoretyczne dyskursy lewicy i prawicy, czemu zamiast koncentrować się na czystych ideach w kraju, w którym idee nie mają żadnych konsekwencji, nie uderzycie w realny fundament polskiej zachowawczości? Czemu konsekwentnie i radykalnie nie sprofanujecie nostalgii i wartości waszych rodziców?
Dlaczego – jeśli pochodzicie z „czerwonych”, PZPR-owskich rodzin - nie sprofanujecie nostalgii waszych rodziców za Gierkiem? A jeśli pochodzicie z rodzin katolickich, „czarnych”, dlaczego nie sprofanujecie nostalgii za JP2? Co z was za lewica (albo rzekomo odważna w swojej rozliczeniowej pasji prawica), co z was za radykałowie?
Nie ma wiele do stracenia, niewielkie jest ryzyko pokoleniowego buntu w Polsce. Wasze możliwości zbudowania tutaj totalitaryzmu, po paru słowach niezgody na czerwoną i czarną nostalgię waszych rodziców, nie doprowadzą do stworzenia GUŁAG-u, Auschwitzu, do nowych procesów moskiewskich, ani nawet do skazania Czesława Kiszczaka.
Trupi spokój panujący w Polsce jest w ogromnym stopniu konsekwencją całkowitego braku w naszym kraju, szerzej, w całej naszej tradycji – prawdziwego buntu pokoleń.
Tym był w istocie Maj ‘68, za którym podobno tęsknicie. Tym były wszystkie rewolucje, a nawet tylko realne reformy. Wszystkie one były konsekwencją radykalnego buntu dzieci przeciwko rodzicom. Żeby normalnie pogadać o seksie, pouczyć go w szkole, wywalczyć sobie choćby prawo do pigułki… pokolenie dzieciaków z Sorbony musiało złamać pokolenie gaullistowsko-petainowskich ojców, zachwyconych swoim wkładem w „wyzwolenie Francji od Hitlera” albo w „zachowanie francuskiej substancji pomimo Hitlera”. Żeby znieść getto ławkowe w autobusach i tramwajach na amerykańskim Południu, pokolenie młodych protestanckich pastorów wspierających Martina Luthera Kinga musiało złamać pokolenie swoich ojców, protestanckich pastorów uważających, że to sam Bóg stworzył białych do panowania, a czarnych do służenia…
Na Zachodzie, w latach sześćdziesiątych, dzieciom łatwiej było się buntować przeciwko rodzicom, niż polskim dzieciom dzisiaj, bo rodzice byli tam… silni. Tak, jawnie i otwarcie dominacyjni. Rozpędzona burżuazja francuska, rozpędzone anglosaskie mieszczaństwo, były wtedy u szczytu swojej potęgi. Buntować się przeciwko takim rodzicom to było coś naprawdę fantastycznego, coś takiego, jak tłuc się na globalnym ringu z Mohamedem Alim, w oślepiającym blasku reflektorów i przy wyciu tłumów. Walka z polskim rodzicem bardziej przypomina pojedynek z Gołotą, on może ugryźć w ucho, ale najczęściej obślini, i wszyscy będą zawstydzeni. Polski rodzic – obojętnie, „czerwony” czy „czarny” - jest „silny” wyłącznie siłą świetnie opisaną przez Dorotę Masłowską na przykładzie mamy, z którą jedna z opisanych przez nią prowincjonalnych dziewcząt „wreszcie się zaprzyjaźniła”. Owa mama, która miała „ciężkie życie” (pewnie miała je naprawdę, nie o to tu chodzi) nauczyła swoją córkę mądrości, że „tutaj w Polsce się nie wolno wychylać, w żadnej sprawie”, no bo się oberwie. Polscy rodzice, zmieleni przez historię, paraliżują was ,wymuszając litość dla siebie, dla swego zmarnowanego życia, dla krwawicy… którą was wykarmili. Wiecie, że mają trochę racji, więc dopada was litość. Ale na litości dzieci wobec rodziców, litości wykorzystywanej przez rodziców, mniej lub bardziej świadomie, jako narzędzie kontroli, nie da się zbudować realnego zerwania. Będącego fundamentem nie tylko rewolucji, ale nawet jakiejkolwiek odważniejszej reformy.
Uciekacie do wielkich miast, uciekacie na emigrację… przed małomiasteczkowym panowaniem waszych rodziców, waszych proboszczów i politycznych emerytów PRL pogrążonych w wielokierunkowych nostalgiach za przeszłością. Zamiast stawić jej czoło, uciekacie przed sytuacją opisaną kiedyś przez zbuntowanego młodego punka z Częstochowy, Muńka Staszczyka, w piosence „King”.
…Pamiętam z podstawówki
Jak całował się z papieżem
Przyjeżdżał też sekretarz
Gdy przecinano wstęgę…
Uważaj na sąsiadów swych
Bo lubią dawać cynk
Ty wiesz kto rządzi w mieście
To biskup z komisarzem King!…
Mam dosyć tego miasta
Czerwono-czarnej mafii
Czy mnie rozumiesz Lolo?
Czy wiesz co mnie trapi ?…
Tymczasem blada Ewa
Wytłumaczyć pragnie wszystko
Bo komisarz wszedł przez okno
A spod łóżka wyszedł biskup…
Piosenka stara, ale jara. Lubię ją cytować do spadu. Tak jak opisywała rzeczywistość mojego przedłużonego w wieczność dzieciństwa lat osiemdziesiątych, tak samo opisuje waszą. Bo tu nic się nie zmienia. Jedni wasi rodzice pracowali, z większym lub mniejszym entuzjazmem, dla czerwonych. Inni przeżyli swoje życie w pokornym szacunku dla czarnych. Oba zbiory miały ogromną część wspólną, wielu z nas miało rodziców należących do partii i zapisujących nas na religię, robiących karierę dzięki subtelnemu wsparciu Podstawowej Organizacji Partyjnej i jednocześnie „gadających na komunę” przy rodzinnym obiedzie.
Ucieczki się nie udają. Powracamy do przekonań i do nostalgii naszych rodziców, według biblijnego wzorca „synów i cór marnotrawnych”, złamani egzystencjalno-psychologicznym przykazaniem „czcij ojca swego i matkę swoją”. Nawet Muniek zaczyna na stare lata śpiewać o jakimś Bogu, którego chciałby mieć za kumpla. I jego dopada całkiem zrozumiała starcza tęsknota za wielkim pogodzeniu. Ale czy wy macie prawo do pogodzenia z waszymi rodzicami? Nie ma pogodzenia tam, gdzie nie było buntu, gdzie nie było jawnego, radykalnego zerwania. Wtedy, zamiast dumnego pogodzenia, jest jedynie kapitulacja. Dzieci korzą się przed rodzicami, przed ich nostalgiami za „szynką jak za Gierka” i „moralnym porządkiem, jak za Jana Pawła II”. A że za późnego Gierka nie było szynki ani nawet kiełbasy zwyczajnej? A za Jana Pawła II nie było w Polsce żadnego moralnego porządku? Że była tylko gospodarka niedoboru i nihilizm społeczeństwa miotającego się pomiędzy nieskutecznym buntem a codziennym oportunizmem? A kogo obchodzi to, że każda taka nostalgia jest kłamstwem, jeśli pozwala ono waszym rodzicom żyć i umrzeć w spokoju. Ale to, co pozwala żyć rodzicom, zabija ich dzieci. Albo się zbuntujecie, albo będziecie na zawsze martwi, kryjąc się w akademickich szparach pod podłogą, nosząc teczki za waszymi profesorami w nadziei litościwej promocji, wysyłając klasycyzujące eseje do „Zeszytów Literackich” w nadziei zobaczenia ich pomiędzy późnym Zagajewskim a środkowym Czapskim. Albo z kolei odkryjecie, w ślad za „wujkiem Kaczorem” i ojcem Rydzykiem, że „przecież ci Niemcy są naprawdę tacy straszni, jak nam mówili rodzice, są tacy jak w Stirlitzu i Czterech Pancernych”.
Polscy rodzice rzadko krzyczą, oni głównie jęczą, ale tym jęczeniem wiążą swoje dzieci skuteczniej niż metalowym łańcuchem. Do wrzasku, groźby wydziedziczenia, do rękoczynów – wbrew literackiemu świadectwu Kuczoka - posuwają się rzadko, tylko przyparci do muru. Ale wy do muru ich nie przypieracie. Nawet mając do wyboru Komorowskiego i Sikorskiego, grzecznie pochwalicie „komora”, bo „komora” chwalą przy was wasi ojcowie i wasi wujowie. Sikorski jest dla nich zbyt ryzykowny, nie dlatego, że jest zbyt thatcherowski, należy do zbyt zdziczałego pokolenia… (to są moje wątpliwości, ale nie wątpliwości waszych „ojców” i „wujów”), ale dlatego, że „on jest zbyt młody i przez to zbyt nieprzewidywalny”. Jeśli wy także uznacie, że w tym kraju człowiek przed pięćdziesiątką jest zbyt młody, to co dopiero Sierakowski, albo co dopiero wy sami. Kiedy potraficie się przeciwstawić waszym „ojcom” i „wujom”? Jak będziecie mieli po pięćdziesiąt lat? Nie, jak będziecie mieli pięćdziesiąt lat, będzie już za późno. Ten kraj będzie nadal krajem feudalnych nostalgii i feudalnej praktyki. Zarówno po prawej, jak i po lewej stronie. A wy sami będziecie już waszymi „ojcami” i „wujami”, może z nadzieją na łagodną śmierć i zmartwychwstanie, ale bez nadziei na życie. Tłumaczącymi kolejnemu pokoleniu trzydziestoletnich „dzieci”, że „Sierakowski jest za młody, żeby przewodzić polskiej lewicy, przecież dopiero niedawno ukończył pięćdziesiąt lat, co innego Oleksy, panie dziejaszku, ten to dopiero przeżywa swoją trzecią młodość, a w dodatku to jego doświadczenie… panie dziejaszku…”.
A konieczny szacunek, jaki warto oddać naszym realnym i symbolicznym rodzicom? Bo faktycznie, czasem dostarczyli nam idei, które powinniśmy twórczo parafrazować, a nawet „wykarmili nas swoją krwawicą”, osłonili nas swoją kolaboracją, a swoim awansem społecznym zrobili z nas „urodzonych inteligentów”. Do tego szacunku, nawet do szacunku dla Jacka Kuronia i Jana Pawła II, będziecie mieli prawo dopiero po przeprowadzeniu konsekwentnego buntu, radykalnego agonu, także przeciwko nim. To nawet nie Harold Bloom i jego teoria „lęku przed wpływem”, to po prostu prawda.
Na podobny temat
|
Weiniger opowiada seksizmy, a feminis...
"Czekam, aż szambo-bomba (bomba w...