Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Nowa partia władzy |
|
|
Cezary Michalski
|
|
23.02.2010 |
W Polsce znów wyłania się partia władzy, sięgająca coraz dalej w prawo i w lewo. Z sympatią (odwzajemnianą) zerkają już na nią dzisiaj ludzie od Giertycha po Cimoszewicza. Ta partia to Platforma Obywatelska.
Zasada partii władzy ani mnie nie oburza, ani nie wydaje mi się, aby w procesie modernizacji peryferiów miała ona wyłącznie wady. Ma również zalety. Po pierwsze, nieliberalna demokracja – ze swoim autentycznie przeżywanym trójpodziałem na prawicę, lewicę i centrum - modernizuje peryferia. Liberalna demokracja to luksus, na który może sobie pozwolić zachodnie centrum, ale nie zawsze jego peryferia. Piotr Pierwszy, który ścinał brody bojarom i politycznie ograniczał Cerkiew; Aleksandrowie i Mikołajowie, którzy wyhodowali w Rosji liberalną inteligencję, żeby mieć urzędników państwowych, a później ta liberalna inteligencja pod postacią „Ziemi i Woli” wrzucała im bomby do karet; Atatürk budujący w Turcji świeckie państwo narodowe; „rada mędrców” zarządzająca modernizacją epoki Meiji – to wszystko w ogóle nie było „liberalno-demokratyczne”. Nie było też „lewicowe”, „prawicowe” ani nawet nie „centrystyczne”. Rada mędrców epoki Meiji legitymizację dla modernizacji czerpała z „boskiej władzy cesarskiej”, twardo imitowała wiele zachodnich instytucji i norm – konserwatywnych czy postępowych, bez różnicy. A system parlamentarny (długa dyskusja, czy pozwolić na istnienie dwóch czy trzech partii w parlamencie, który i tak pełnił wyłącznie funkcje doradcze) wprowadzany był w Japonii z trzeźwością, z jaką dzisiaj „technologowie władzy” umocowani pod Miedwiediewem zastanawiają się, czy w Rosji powinno istnieć siedem partii czy dwadzieścia. I ile spośród tych partii kontrolować ma Kreml (wszystkie czy tylko większość), żeby autorytarna modernizacja Rosji znów „nie wypadła z kolein”.
Między innymi z tych właśnie powodów nie oburza mnie, że także i Polska zawsze szuka sobie „partii władzy”. Że taka partia władzy w naturalny sposób kształtowała się kiedyś wokół Leszka Millera, marzył o niej Jarosław Kaczyński, a dziś – de facto – zbudował ją Tusk.
Zaleta partii władzy? Możliwość stworzenia na peryferiach podmiotu zdolnego do sprawowania suwerennej władzy politycznej, bez którego modernizacja peryferiów będzie zwyczajnym neokolonializmem – obojętnie, czy mamy do czynienia z Rosją, Japonią, Nigerią czy Polską. Koszt partii władzy? Ryzyko autorytaryzmu, obniżenie standardów - partii władzy nikt nie jest w stanie kontrolować, opozycja jest symboliczna (jak PiS dzisiaj albo resztki po AWS-ie w pierwszym okresie rządów Leszka Millera), media i biznes coraz bardziej spolegliwe, gdyż z partią władzy nie sposób robić interesów z pozycji siły. Trzeba z nią dealować z pozycji co najmniej udawanej pokory.
Także PO jako partia władzy ma zalety i wady. Zacznijmy od zalet: okcydentalizm, uważanie Zachodu za źródło nie tylko pieniędzy, ale także norm (no chyba, że chodzi o zbyt drogie antygrypowe szczepionki), a w przyszłości w ogóle polityki czy państwa. PO uwewnętrzniło lekcję „realistów”, „stańczyków” i wszystkich innych zgorzkniałych polskich „państwowców”, że Polacy potrafią się czasami samoorganizować na poziomie „rodziny na swoim”, małego biznesu, a nieraz nawet wspólnoty lokalnej, ale nie umieją budować państwa. Zatem jedynym elementem państwowym niech będzie tutaj Bruksela, unijne normy, prawa, instytucje… Polityka na poziomie państwa i prawa – stamtąd niech emanuje. PO będzie zarządzać polityką na poziomie polskiego stanu natury, w takim sensie, w jakim polityką jest tutaj dominacja Tuska nad członkami swojego dworu i dominacja dworu Tuska nad dworem Kaczyńskiego. PO będzie też jako partia władzy sprzyjać indywidualnemu, rodzinnemu i lokalnemu bogaceniu się Polaków, będzie udzielać swego przyzwolenia i aktywnego błogosławieństwa czemuś, co Paweł Śpiewak – trochę ironicznie, a trochę poważnie, ale tak czy inaczej bardzo precyzyjnie – nazwał kiedyś „oddolną okcydentalizacją” Polaków, ich oddolną modernizacją i oddolnym bogaceniem się - zachodzącym w pustce politycznej i pustce państwowej.
Ja się z diagnozą o niezdolności Polaków do budowania państwa, do wychodzenia ze stanu natury w najbardziej wymagającym wymiarze władzy centralnej, zgadzam. Nie przeraża mnie także perspektywa, w której jedyna emanacja władzy państwowej będzie tutaj docierała z Brukseli. Jedyne, co mnie niepokoi, to fakt, że Bruksela jest słaba i pewnych funkcji polskiego państwa pełnić po prostu nie może. W tej sytuacji, pomiędzy desinteressement Platformy dla państwa a słabą ciągle jeszcze polityką i słabym „państwem brukselskim”, pojawia się gigantyczna polityczna i państwowa pustka, w której modernizujące się i „urynkawiane” społeczeństwo polskie może się rozpaść, może powrócić do stanu natury. Bo przecież dawni KLD-owcy roli państwa w procesie modernizacji peryferiów nie rozumieją w ogóle. Oni naprawdę – nauczeni tego przez lata osiemdziesiąte, przez katastrofę ówczesnego etatyzmu - mówią o państwie wyłącznie jako o złej „biurokracji”, którą należy wymijać, outsoursując możliwie wszystkie jej ważne funkcje do spółek zadaniowych, o własności mieszanej, finansowanych także z budżetu mieszanego prywatno-państwowo-samorządowego, gdzie będzie można wreszcie zatrudnić menedżerów z prywatnego biznesu za korporacyjne pensje. Tymczasem ministerstwa i urzędy centralne zamieni się w umieralnie dla możliwie nisko opłacanych urzędników państwowych w wieku przedemerytalnym albo dla skrajnych już partyjnych nieudaczników, których zbyt ryzykownie byłoby posłać nawet do rad nadzorczych spółek z udziałem skarbu państwa.
Inny problem PO jako partii władzy, która miałaby odpowiadać za modernizację peryferiów nie tylko w zakresie infrastruktury, ale także struktury społecznej i obyczajówki - to jej skrajna światopoglądowa zachowawczość. Kiedyś miałem zaszczyt pokłócić się ze Zbigniewem Krasnodębskim, który uważał, że twierdzenie, jakoby rozwój przemysłu i infrastruktury pociągał za sobą w sposób konieczny zmiany społeczne i obyczajowe, to jedynie wulgaryzacja zupełnie fałszywej – jego zdaniem – marksowskiej tezy o powiązaniu bazy z nadbudową. Nie, Krzemową Dolinę i sieć autostrad mogą jego zdaniem zbudować także Sarmaci w pięknych kontuszach, mający po swojej stronie, jako modernizatora, o. Rydzyka machiawelicznie uczącego ich, jak „wyszarpnąć” dotacje unijne na sanktuarium w Licheniu. To nie jest propozycja aż tak banalna, aby nie brać jej pod uwagę w ogóle, w pewnym stopniu zafascynował się nią także Ludwik Dorn. Ja jednak nie uznaję aż takiej dezynwoltury, aż tak arbitralnego zastawiania, brikolowania, pastiszowania… wygodnych dla siebie elementów bazy i nadbudowy, tradycji i nowoczesności. Kapitalizm zmienił nawet oblicze suwerennego chińskiego komunizmu. Nowy ustrój w Pekinie, budujący z globalnym rozmachem fordowskie taśmy i wielopoziomowe autostrady, planujący uczynienie z Chin czołowego kapitalistycznego mocarstwa mającego wytwarzać za jakiś czas czterdzieści procent światowego PKB, to już jednak nie jest ten sam stary, zgrzebny maoizm, który posyłał miliony chłopów na ideologiczną wojnę z wróblami i szarańczą.
Skrajna ideowa zachowawczość PO-wiackiej elity może sprawić, że partia ta przestanie być optymalną partią władzy w modernizującym się peryferyjnym społeczeństwie. Świadomie używam tu określenia „zachowawczość”, a nie np. „konserwatyzm”. Konserwatyzm to pojęcie zakładające pewien proces abstrakcji, pochodzące jednak z bardzo nowoczesnego porządku idei, z porządku zbyt nowoczesnego, jak na dzisiejszą „naturalną”, „instynktowną” zachowawczość PO.
Dowodem na taką właśnie bezrefleksyjną, „instynktowną” zachowawczość PO jest sprawa parytetów. W sporze o parytety Tusk okazuje się skrajnie refleksyjnym i skrajnie „nowoczesnym” skrzydłem formacji, którą stworzył i którą zarządza. Pierwszy bunt przeciwko „lewactwu” Tuska, bunt, który może się okazać skuteczny, przeprowadzają właśnie czołowe kobiety z elity PO. „Jestem przeciwko parytetom, bo będzie się brało panie z łapanki” (cytat z minister zdrowia Kopacz, prawiącej te mądrości nieco zdumionej red. Paradowskiej w TOK FM), „jestem przeciwko parytetom, bo i bez nich jako kobieta świetnie się czuję w PO i bardzo dobrze jestem przez Tuska traktowana” (Julia Pitera, minister ds. ścigania korupcji poza rządem Platformy, rozmawiająca z Michałem Karnowskim w radiowej Trójce), „ja się z parytetami zgodzę, ale kiedyś, bo na razie my kobiety jeszcze do parytetów nie dojrzałyśmy” (pełnomocnik d.s. równego traktowania Radziszewska, kiedy po raz pierwszy dziennikarze powiedzieli jej o propozycji Tuska), „parytety to zamach na świętość demokracji, której naczelną zasadą jest świętość indywiduum i świętość jednostki…” (Liliana Sonik w dyskusji z Kazimierą Szczuką na TVN24, u Rymanowskiego).
Mam wątpliwości co do parytetów wyłącznie genderowych. Uważam, że aby nie stały się one w oczach zwykłych ludzi jedynie dystynktywną zabawą warszawsko-krakowskiego mieszczaństwa (dzieci Magdaleny Środy, Marka Jurka, Tomasza Lisa, Jana Pospieszalskiego, Marcina Króla czy nawet moje - bez względu na to, czy są dziewczynkami, czy chłopcami - zawsze będą miały odrobinę łatwiejszy start życiowy niż robotnicze dziecko, obojętnie, dziewczynka czy chłopiec, z Grudziądza czy Tczewa, wystarczy, że przejdą przez Bednarską albo przez Szkołę Przymierza Rodzin) trzeba je dopełnić punktami za pochodzenie. W wersji socjaldemokratycznej, a nie stalinowskiej, czyli władowaniem wszystkich dostępnych w Polsce pieniędzy w system stypendialny wyrównujący szanse edukacyjnego startu nie tylko dla dzieci z rodzin o niższych dochodach, ale także dla tych spoza paru dzielnic Warszawy, Krakowa czy Sopotu. Pozytywną dyskryminację genderową należy w Polsce zawsze dopełniać pozytywną dyskryminacją społeczno-ekonomiczną. Bo w społeczeństwie o naturalnej skłonności do feudalizmu rozwarstwienia społeczne bardzo szybko się radykalizują i stają dziedziczne.
Ale moje wątpliwości nie mają nic wspólnego z wątpliwościami liderek PO. W dyskusji o parytetach kobiety z naszej partii władzy użyły języka odrzucającego wszelkie odmiany dyskryminacji pozytywnej. Bo nikt naszym instynktownie zachowawczym paniom z politycznej reprezentacji polskiego mieszczaństwa nie powiedział, że liberalna demokracja od wieków stosuje zasadę dyskryminacji pozytywnej, począwszy od zasady redystrybucji na minimalnym choćby poziomie. Przyjęcie w liberalnej demokracji bliskiej Lilianie Sonik (najlepiej spośród osób tu cytowanych wykształconej, ponieważ w Krakowie przysłuchiwała się wykładom i pogadankom Ryszarda Legutki) zasady „świętości indywiduum i świętości jednostki” oznacza koniec redystrybucji i koniec wspólnoty w ogóle. Dlaczego silniejsi i bogatsi mają płacić na państwo, żeby państwo „trwoniło” te pieniądze na biedniejszych i słabszych?
Dwa wieki rozwoju liberalizmu, od Milla do Rawlsa, ulatniają się w Polsce bez śladu. Także w naszej nowej, naiwnie zachowawczej, partii władzy.
Na podobny temat
|
|
Felietony Cezarego Michalskiego
|
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...