Kiedyś Jacek Kuroń powiedział swoje słynne: „Nie palcie komitetów, zakładajcie własne”. Chciałbym sparafrazować tamto piękne i mądre hasło polityczne, aby je zastosować do sytuacji, w której wychodzi książka Friszkego i książka Domosławskiego, a szykują się kolejne książki Gontarczyka, Cenckiewicza i innych. Ta parafraza „kopernikańskiego” zawołania Jacka Kuronia brzmiałaby: nie palcie dokumentów zgromadzonych w IPN (nie betonujcie, nie topcie…), tylko je interpretujcie. Nie wyjdzie z tej interpretacji ani wersja Wildsteina, ani Oleksego. Wyjdzie coś w rodzaju wielogłosowej, sprzecznej, skonfliktowanej wewnętrznie prawdy o PRL.
IPN, roznamiętniony właśnie próbą zmiany sposobu powoływania i odwoływania jego kierownictwa, wyrzuca dziś na rynek wciąż nowe papiery. Dowiedzieliśmy się właśnie, że Jaruzelski został prawdopodobnie zwerbowany ostatecznie do wojskowych służb w 1952 roku. Wcześniej jego ojciec zmarł na sowieckiej zsyłce, a on sam, po nieudanej próbie wydostania się ze zsyłki do armii Andersa, trafił ostatecznie do Ludowego Wojska Polskiego. Jak się dowiadujemy z dokumentów znajdujących się w IPN, w momencie werbunku ten oficer niewłaściwego ziemiańskiego pochodzenia był namierzony przez partię i służby, które są wtedy w apogeum stalinowskiego czyszczenia swoich własnych szeregów. Parę razy uszedł cudem czystce, za cenę złamania, za cenę wymuszonej okolicznościami zmiany „wiary” i „tożsamości klasowej ojców”.
Dowiadujemy się zarówno tego, że Jaruzelski nie był potworem (wbrew intencjom radykalnych lustratorów i dekomunizatorów), ale dowiadujemy się także (wbrew intencjom ofiar historycznej nostalgii), że PRL nie była krajem suwerennym, budowanym przez suwerennych ludzi. Była krajem ludzi złamanych, skoro człowiek złamany został nawet w pewnym momencie jej przywódcą. Czasem złamani wybijali się na opór, czasem złamani robili fajne rzeczy, co sprawiło, że PRL miała czasem coś w rodzaju cywilizacji, kultury – zanim nie nastąpiło mordobicie lat osiemdziesiątych, po którym zostały już tylko zgliszcza.
A niezłamanych na wejściu, takich jak Niesiołowskiego, Michnika, Macierewicza… a nawet o wiele młodszych od nich, próbowano łamać, zmuszano do zeznań, których wcale nie chcieli złożyć (a które teraz będą narzędziem w walce z nimi, tyle że jedni pokażą zeznania Niesiołowskiego, próbując ukryć świadectwa łamania ludzi własnego dzisiejszego politycznego obozu, drudzy wedle tej samej logiki pokażą zeznania Macierewicza, trzeci zeznania Michnika). A wszyscy w doraźnej walce, żeby ubić tych drugich i na tle umazanych w błocie proroków wiary przeciwnej obwieszczać tryumf wiary własnej.
W tej wojnie wszyscy wszystkich będą próbowali unurzać za pomocą zupełnie prawdziwych dokumentów, tyle że wyciąganych z historycznego i biograficznego kontekstu. Stąd znów pojawi się słynna fraza „spalić, zabetonować, utopić…”. I zwolennicy tego rozwiązania będą mieli sporo całkiem dobrych nowych argumentów. Wierny Kantowskiemu zaufaniu do człowieka, którego nie należy prewencyjnie instrumentalizować, pozbawiać wiedzy, traktować jak dziecko, powtórzę jednak, że zamiast spalić, zabetonować, utopić, lepiej te wszystkie dokumenty mądrze interpretować, wejść w najbardziej choćby burzliwy interpretacyjny spór.
Jeśli bowiem nieco uczciwiej i mądrzej interpretować rzucane nam dzisiaj pod nogi zeznania, okaże się, że także w ich świetle i Niesiołowski, i Macierewicz, i Michnik pozostają realnymi bohaterami. Przyciskanymi do ściany, tarzanymi w błocie, ale właśnie dlatego ich bohaterstwo było prawdziwsze niż to z lustracyjnych czytanek pisanych „ku pokrzepieniu polskich serc”. Nawet ich zeznania nie były obrazem miękkości („większej niż u dziewczynek na gestapo”), ale przeciwnie, były ceną i elementem ich bohaterstwa. Łamanie tych ludzi, próby ich złamania, były jedną z najwyższych, a może najwyższą ceną za ich sprzeciw.
Tak jak złamanie Wałęsy na komendzie w Gdańsku, po wydarzeniach grudniowych, a potem jego wyrywanie się z zależności. Bo nawet te momenty w jego życiu – a nie wyłącznie malownicze sceny z sierpnia 1980 – były bardziej heroiczne niż codzienne życie wielu „dobrych ludzi”. Czy zatem lepiej spalić papiery „Bolka”, udawać, że ich nie ma, że ktoś je sfałszował, czy może lepiej nad nimi rozpocząć poważną dyskusję o PRL-u? Przy całej jednak świadomości, że w tej dyskusji wolność spojrzenia za siebie będzie także wykorzystywana wrednie, jako miecz o dwóch ostrzach, jednym - do ścięcia głowy wrogom, drugim - do załatwienia własnych interesów. Znam niestety nawet członków PZPR, którzy zachowali legitymację aż do dnia wyprowadzenia sztandaru (nie dlatego, że tak długo wierzyli, ale dlatego, że tak długo byli ostrożni), którzy nienawidzili Wałęsy w latach osiemdziesiątych na sposób oportunistyczny, a dzisiaj nienawidzą go na sposób rewolucyjny, PiS-owski. Taki skok przez barykadę pozwala im wytrzeć ich własne wątpliwości, dotyczące ich własnych biografii. Tak czy owak, w pierwszym czy drugim rozdaniu, wszelkich ich problemów winny jest „ten robol z Gdańska”. Wówczas jako „wichrzyciel”, dzisiaj jako „Bolek”. To nie surrealizm, to prawda zaświadczona moimi własnymi badaniami społecznymi, mikrosondami w najbliższym możliwym otoczeniu społecznym, jakie jest mi dostępne.
Na podobny temat
|
A jakie to ma znaczenie, czy dane dzi...
Postaram się. To będzie wymagało chwi...