Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Kiedy prawica spotyka prawicę |
|
|
Cezary Michalski
|
|
10.03.2010 |
Trwające w Polsce od roku 2005 rządy PO-PiS-u to okres przyspieszonego rozkładu polskiej demokracji. Stracono wiarę w fetysze, nie odzyskano wiary w idee, choćby najmniej radykalne, choćby najbardziej nieśmiało reformistyczne.
Zacznijmy od fetyszy, których niespecjalnie mi żal. Żarliwy antyfaszyzm przebudzony obecnością Romana Giertycha i LPR w koalicji z PiS-em (łącznie z rządowymi stanowiskami dla chłopców zamawiającymi piwo znanym gestem czy goniącymi „dewiantów” pod Wawelem) znacznie ostygł dzisiaj, kiedy Roman Giertych zdradza liberalnym mediom coraz to nowe „porażające” tajemnice PiS-owskiego autorytaryzmu, a niedobitki LPR-u pomagają Majchrowskiemu i Gowinowi spokojnie zarządzać konserwatywnym Krakowem. Trudno nawet mieć o to pretensje do Jarosława Gowina, skoro już wcześniej, latem 2007 roku, Roman Giertych był typowany przez najwybitniejszych liberalnych publicystów na człowieka, wraz z którym PO powinno utworzyć rząd tymczasowy i bronić przed Kaczyńskimi resztek demokracji. Później LPR świetnie nadawał się do dożynania PiS-owskiej watahy w mediach publicznych. Tym bardziej, że jak LPR stamtąd odszedł, to PiS tam powrócił. Dlaczego zatem Gowin miałby się okazać najbardziej radykalnym antyfaszystą w Polsce PO-PiS-u, gdzie Giertych i LPR nadają się już do wszystkiego i każdemu wolno ich użyć?
Antykomunizm od dawna jest traktowany przez Jarosława Kaczyńskiego czysto pragmatycznie, co zresztą dwadzieścia lat po upadku Muru nie kompromituje Kaczyńskiego jakoś nadzwyczajnie. Zmuszony czy też popchnięty do antykomunizmu przez moje pokolenie, Kaczyński żarliwość antykomunistycznego języka świadomie symulował. Nie pozwalając jednocześnie, by ewentualne antykomunistyczne czystki dosięgły Karskiego, Jasińskiego, Kryżego czy też Wassermanna. Dzisiaj jednak antykomunizm to w PiS-owskim języku doktryna wyłącznie antyplatformerska. Dla liderów PiS antykomunistyczne jest już nawet SLD, jeśli tylko pomoże odsunąć Platformę od władzy.
Upadek w PO-PiS-owej Polsce fetyszów antyfaszyzmu i antykomunizmu mnie akurat cieszy. Antyfaszyzm i antykomunizm to postawy, języki, bardzo radykalne, a jednocześnie sytuacyjne, zadaniowe. To postawy i języki stanu wyjątkowego, potrzebne wówczas, kiedy jakiemuś krajowi, społeczeństwu, rzeczywiście zagraża prawicowy lub lewicowy totalitaryzm. W Polsce PO-PiS-u, gdzie lewicowy ani prawicowy totalitaryzm nie pukają do drzwi, kompletne zrelatywizowanie, skompromitowanie i uwiąd zarówno antyfaszyzmu jak i antykomunizmu nie musi oznaczać katastrofy. Mnie razi raczej nadużywanie tych imion w doraźnych PO-PiS-owych bijatykach. Nadużywanie języków stanu wyjątkowego do cementowania doraźnych koalicji i łatania wielkich dziur w partyjnych sztandarach. Jeśli jednak kiedyś jakiś totalitaryzm Polsce rzeczywiście zacznie zagrażać, warto będzie sobie przypomnieć, że antyfaszyzm to nie jest wyłącznie język służący ostrzeganiu Polaków przed nieudolnością Lecha Kaczyńskiego, a antykomunizm to nie jest jedynie sposób na zniechęcanie Polaków do Niesiołowskiego.
Kolejny fetysz, który został skutecznie uśmiercony w Polsce PO-PiS-u to fetysz polityki historycznej. Skompromitowany ostatecznie przez postsolidarnościowych prawicowców nadużywających dokumentów z IPN-u w doraźnym walkom przeciwko sobie nawzajem, a nie przeciwko jakimś „hitlerowcom”, „moskalom” czy „komuchom”, przeciwko którym pierwotnie polityka historyczna miała być skierowana, jako Wunderwaffe. Śmierć tego fetyszu także mnie nie martwi. Pamięć historyczna jako Wunderwaffe nigdy się nie sprawdza. Polityka historyczna, która miała nam pomóc odzyskać sarmackie imperium, ostatecznie poróżniła nas nawet z Ukraińcami. W polityce wewnętrznej polityka historyczna od dawna służyła obozowi solidarnościowemu za alibi dla każdej politycznej nieudolności. Trochę podobnie jak Juszczence i Tymoszenko antykomunizm i antyrosyjskość posłużyły za świetne alibi dla całkowitego zmarnowania społecznego potencjału „pomarańczowej rewolucji”. W bratobójczej wojnie, równie nieudolnej, niszczącej, rytualnej i nie przynoszącej Ukrainie korzyści, jak Polsce nie przyniosła korzyści pierwsza (Wałęsa-Mazowiecki) i druga (PO-PiS) postsolidarnościowa „wojna na górze”. A obie wojny prowadzili przecież wyłącznie bohaterowie opozycji demokratycznej i solidarnościowego podziemia. Innym ważnym tematem polityki historycznej, co najmniej tak samo istotnym jak wzajemne wykańczanie się liderów pierwszej „Solidarności”, był w Polsce PO-PiS-u kult Powstania Warszawskiego. Także on wydawał się prawdziwą polityczną Wunderwaffe, szczególnie od momentu, kiedy budowa Muzeum Powstania otwarła Lechowi Kaczyńskiemu drogę do prezydentury. Później jednak skojarzenie kultu Powstania z ewidentną nieudolnością prezydentury Lecha Kaczyńskiego doprowadziło do znacznego osłabienia powstańczego kultu. Także to mnie nie martwi. Kult zbiorowego samobójstwa, masakry, kult fatalizmu i zachwyt własnym brakiem zdolności do dokonywania politycznych wyborów - nawet w bardzo wąskiej przestrzeni, w jakiej Polacy pod koniec ostatniej wojny mogli takich wyborów dokonywać - nie jest kultem w jakikolwiek sposób dla narodu cennym. I świetnie, że Lech Kaczyński ten kult osobiście kompromituje.
Tam jednak, gdzie PO-PiS uśmiercił fetysze, nie narodziły się żadne idee. Solidaryzm PiS-u był takim samym PR-owym zagraniem, jak liberalizm PO. Zyta obniżała podatki, a Rostowski I Bielecki głosili i głoszą kult ekonomicznego fatalizmu. Także obrona przez Jarosława Kaczyńskiego przynajmniej pewnych elementów świeckiego państwa przed Markiem Jurkiem (przy okazji sporu o wpisanie do konstytucji nowych gwarancji dla „życia poczętego”) skończyła się wraz z politycznym końcem Marka Jurka. Bóg Marka Jurka powrócił w projekcie konstytucji Jarosława Kaczyńskiego, a z kolei próba wprowadzenia odrobinę choćby świeckiego prawa w takich dziedzinach jak np. in vitro ugrzęzła w sejmowej zamrażarce PO. Szczególnie od czasu, kiedy Kościół – od abp. Michalika po „Tygodnik Powszechny” – ogłosił, że in vitro to grzech, a grzech, jak wiadomo, przyjemniej praktykować na dziko i w ukryciu, niż w przestrzeni jakkolwiek uregulowanej prawem.
Zarówno zatem idea świeckiego państwa jak i polityczny katolicyzm zostały w Polsce PO-PiS-u tak samo zużyte i zrelatywizowane jak antyfaszyzm czy antykomunizm. Podobny los spotkał idee społeczne, gospodarcze, a nawet koncepcje polskiej polityki zagranicznej. Zresztą, dlaczego dwie polskie prawice, mocno zmaltretowane przez życie, miałyby się specjalizować w jakimś poważniejszym programowym sporze. Wystarczy poprowadzony brawurowo przez Michała Kamińskiego i Julię Piterę spór o to, czy Polacy powinni – jak im to obiecał Jarosław Kaczyński - wypoczywać masowo na plażach Egiptu i Tunezji, czy raczej dygotać z zimna na równie czasami drogich plażach nad polskim Bałtykiem. Żeby nie było wątpliwości, przedstawicielka Platformy zdefiniowała się tutaj jako gospodarcza nacjonalistka, a polityk PiS-u okazał się plażowym internacjonalistą.
Czy naród może żyć bez polityki? Wiele narodów tak żyje i wcale się nie martwią. Dobrze, że chociaż Niemcy uprawiają w Europie jakąś politykę gospodarczą. Może przynajmniej Schaeuble Polskę do strefy euro wprowadzi, może znajdzie dla nas jakieś miejsce w europejskim podziale pracy.
Na podobny temat
|
|
|
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...