> PREMIERA 24 MAJA
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Życzyłbym sobie, abyśmy w obecnym stuleciu potrafili w końcu połączyć wiedzę naukową i techniczną, rozwiniętą jak nigdy dotąd w historii, z umiejętnościami ludzkimi i politycznymi, które, jak na ironię, są najbardziej w historii zacofane. Dysponujemy wszystkimi środkami naukowymi, technicznymi i nawet finansowymi, aby wykorzenić biedę, głód, ciemnotę dotykającą co najmniej połowę mieszkańców naszej planety. Dlaczego tego nie robimy? Dlatego, że brakuje nam politycznej woli, połączenia pragnienia i działania, żeby to zrobić.
Carlos Fuentes (1928-2012), Contra Bush
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Jeszcze o Jezusie |
|
|
Cezary Michalski
|
|
06.04.2010 |
Fajna dyskusja się wywiązała dookoła Wojtyły. Najfajniejszy jest w niej głos Piątka, ale i po jego głosie inne głosy są fajne. Piątek widzi sprzeczność w tym, że ja z jednej strony szydzę z kultu Wojtyły, z pokolenia JP2, z Cichockiego i Karłowicza, którzy uczynili sobie ołtarzyk z laleczką voodoo, którą dla zmylenia nazywają Interreksem, a z drugiej strony - jak całkowicie słusznie zauważa - „w tym samym tekście Michalski opowiada o wielkim, odmieniającym przeżyciu, jakim było dla niego i dla jego pokolenia ujrzenie papieża…”. I podsumowuje: „Czy Michalski zdaje sobie sprawę z tego, co robi, zamieszczając na portalu KP takie stwierdzenia? Co one znaczą dla czytelnika? Ano znaczą tyle, że na KP też jest miejsce na propagowanie «pewnego zasadniczego szacunku dla papieża». Zachwyt dla przeżyć związanych z jego działalnością jako lidera duchowego również jest nie na miejscu, skoro sam Michalski dobrze wie, że właśnie te przeżycia i związany z nimi kult wykastrowały Polaków zarówno duchowo, jak i politycznie. Powinniśmy raczej zwalczać ten kult - tym usilniej, że prawie nikt publicznie tego nie robi”. Piątek jest uczciwy mówiąc, która część mojego felietonu mu się podoba, a która nie. Problem polega na tym, że ja nie miałem prawa napisać tylko połowy, a drugiej zataić. Kłamstwo, które by w ten sposób powstało, nie byłoby nawet politycznie użyteczne. Bo wychowywałoby głupków. Ludzi, którzy o niczym w Polsce nie mają pojęcia. Mógłbym napisać tylko pierwszą połowę mojego wielkanocnego felietonu. O kretyńskim kulcie Wojtyły, który służy do zdejmowania z Polaków resztek ich człowieczeństwa i przenoszenia tych resztek na przebóstwionego Wojtyłę. O dzisiejszym stanie polskiego Kościoła i pokolenia JP2. Mógłbym ukryć to, co widziałem w latach 70. i 80., w czym uczestniczyłem. Felieton byłby bardziej spójny. Tylko że nie byłby prawdą. I wcale by się bardziej nie nadawał „do walki z kultem Wojtyły”, bo w ogóle do niczego by się nie nadawał. Nie odpowiadałby na pewne zupełnie podstawowe pytanie, które powinno trapić ludzi z KP od rana do wieczora, bez przerwy na lunch i na sen. Mianowicie: dlaczego Wojtyła, nawet przerabiany przez Karłowicza i Cichockiego na gówno ze słomy, na mazowieckiego półbożka, jest silniejszy od Krytyki Politycznej? Dlaczego prawica w tym kraju, mimo że głupsza, jest wciąż silniejsza od mądrej lewicy? Formułuję to pytanie prawie bez ironii. Prawie na poważnie.
Wojtyła jest silniejszy, nawet jako bożek voodoo, Kościół jest silniejszy od KP, bo wciąż są przy nim ludzie, bo wciąż uwikłały się w niego niezliczone biografie. Ich fragmenty. Na przykład fragment mojej biografii. To chciałem powiedzieć.
Dlaczego beznadziejny polski antykomunizm (dzisiaj już tylko tępy, rytualny, zakłamany) jest silniejszy od ciekawszej intelektualnie, bardziej uniwersalnej, lewicowości KP? Bo są w nim biografie, całkiem spore ich fragmenty, bo są w nim wydarzenia z udziałem mas, o których mobilizacji, choćby na chwilę, polska lewica przez ponad sto lat, od kiedy istnieje, marzyła. Dlaczego silniejszy jest w dzisiejszej Polsce najbardziej zdziczały neoliberalizm od najbardziej cywilizowanego etatyzmu? Bo miliony ludzi – gdzieś tak od czterdziestki w górę – spędziły sporą część swego życia w gnijącym, rozpadającym się etatyzmie realnego socjalizmu. I nie mogą się od tamtej wizji wyzwolić. Co czyni z nich absolutnie kiepskich dyskutantów. Tamto „wydarzenie” przepaliło im mózgi. Uczyniło z nich neoliberałów nieteoretycznych.
Problem jest poważny. Wojtyła jest silniejszy, bo więcej jest w Polsce uwikłanych w niego biografii, niż biografii uwikłanych w jak najszerzej nawet rozumiane idee lewicy, liberalizmu, świeckości… Po tamtej stronie są ludzie. Nawet ja jestem po tamtej i po tej stronie mopsożelaznego piecyka. Pamiętacie, jak Brzozowski mówił, wył, powtarzał, jąkał się w „Pamiętniku”: „zabrać wszystko do nawrócenia”? Dlaczego nie chciał zabrać „do nawrócenia”, „ocalić”, przeprowadzić przez swoją własną śmierć – tylko swoich słusznych wyborów, a zapomnieć niesłuszne? Dlaczego nie chciał ocalić tylko katolicyzmu, ale także swój marksizm, nietzscheanizm, a nawet swoją młodzieńczą przybyszewszczyznę? Albo na odwrót, dlaczego nie chciał zapamiętać tylko swojej pasji modernizacyjnej, ale wciąż na nowo rozpamiętywał lata zmarnowane z ojcem „przy wiściku”? Dlaczego doszedł do obsesyjnego wniosku, że niczego nie można, przede wszystkim przed sobą, zataić, że każdy element tej potwornej, absurdalnej kakofonii autobiograficznej, należy uczynić tonem jakiejś – pewnie równie wariackiej – harmonii sfer?
Córka Fritzla mówiła, że kochała swojego ojca. I ludzie uczeni doszli do wniosku, że bez zrozumienia tej atrakcyjności Fritzla niczego z Fritzla nie zrozumiemy. Wojtyła nie był Fritzlem, nawet jeśli jego kult, jak słusznie napisał Piątek, „wykastrował Polaków”. Ale wcześniej także ich obudził. Niestety, obie tezy są prawdą. W każdym razie w mojej biografii. Mogę oczywiście udawać, że tamto się nie stało, że od początku Wojtyła to była dla mnie tylko bestia babilońska. Albo że ja po tamtej stronie nie byłem człowiekiem, byłem tylko kukłą, a człowiekiem jestem tylko po tej, kiedy piętnuję kult voodoo z użyciem białej laleczki Wojtyły. Ale to nieprawda. Człowiekiem byłem po tamtej stronie, i chyba też próbuję być nim po tej stronie.
Z odkrycia, że po tamtej stronie także są ludzie, realne biografie, czasem także spore kawałki naszej własnej, wynikają jeszcze inne kłopoty. Trzeba drążyć głębiej i uważniej, trzeba rozprawiczać bardziej boleśnie, żeby dokopać się do źródła „polityczności”. Do genealogii politycznego wyboru.
Bo dla mnie - nie jestem tutaj w niczym oryginalny, mam za sobą klasyków, Nietzschego, Brzozowskiego, genealogicznie a nie systemowo czytanego Marksa – od poglądów ciekawsza jest ich genealogia. Poglądy to są głupie małpy, ja szukam kataryniarza.
Od dzisiejszego polskiego katolicyzmu – który jest, tutaj punkt dla Piątka, wyjątkowo ideologiczny, przerażony, agresywny, tępy… - bardziej interesuje mnie odpowiedź na pytanie: „skąd się taki wziął?”. Od lękowej i rytualnej prawicowości chłopców z „Rzepy”, bardziej mnie interesuje odpowiedź na pytanie, skąd się taka wzięła? Od dzisiejszego zaciśnięcia Wildsteina, bardziej mnie interesuje pytanie, jaka psychologia za tym zaciśnięciem stoi? Sam oferuję w zamian własne opowieści. Może nieprawdziwe, niczego wam nie gwarantuję, ale mnie samemu mające przynajmniej służyć jako pomoce naukowe do odpowiedzi, skąd się taki wziąłem.
Także od waszej lewicowości, mądrej, pełnej przypisów, bardziej interesuje mnie odpowiedź na pytanie, skąd się ona wzięła, dlaczego właściwie została przez was w tym kraju, w tym momencie, wybrana? Zgodnie z innym aforyzmem Nietzschego/Brzozowskiego: „co nie jest biografią, nie jest wcale”, oczekuję biografii dzisiejszej polskiej lewicowości. Nie biografii Kuronia – tę znam już na pamięć - ale biografii Sławomira Sierakowskiego, Juliana Kutyły, Michała Sutowskiego, Pawła Mościckiego, Jakuba Majmurka… To bzdura, że oni są za młodzi, żeby mieć biografię, żeby ich lewicowość mogła już mieć biografię, genealogię. Wszystko co zaistniało, ma genealogię, a oni już zaistnieli. Więc muszą ją mieć. Zaistnieliście bardziej niż wasi rówieśnicy, którzy po swoich konserwatywno-liberalnych profesorach powtarzają konserwatywno-liberalne banały. Więc i wasza genealogia musi być ciekawsza. Kiedy ją od was usłyszę?
Więc nie opowiadajcie mi o tym, że jesteście lewicowcami. Nie opowiadajcie mi, że nie lubicie Wojtyły. Opowiedzcie: dlaczego nimi jesteście, dlaczego go nie lubicie? Jaki za waszą lewicowością stoi wpierdal spuszczony wam przez tatusia, jaki moralny szantaż płaczącej mamusi, kogo puściliście kantem, w jakich okolicznościach lewicowy Duch was nawiedził? To lepsze nawet od ankiety Żiżka.
Mnie nawet katolicyzm nie interesuje (szczególnie dzisiejszy polski, od Tekielego aż po Życińskiego) ale skąd się wziął? Nawet Karłowicz byłby dla mnie ciekawszy, gdyby zamiast pieprzyć bzdury o Wojtyle, powiedział, dlaczego właściwie pieprzy te bzdury? Jaka dziewczyna go zostawiła, jaką on zostawił, jaki kolega go sypnął, jakiego on sypnął i przed kim? Skąd się wziął jego Bóg? Wtedy stałby się ciekawszy, niż kukła, którą jest dzisiaj. On i Cichocki, i cała ich „Teologia Polityczna”. Gdyby Krasnodębski opowiedział, co go wykoleiło z salonu i poniosło do Niemiec, znowu może stałby się człowiekiem, a nie kukłą. Tak samo pieniący się dziś na licealistów Legutko. W kraju, w którym idee nie mają swoich konsekwencji, nie idee są ciekawe, ale to, skąd się wzięły.
Mogę wam tego nie mówić. Ale kto wam to wtedy powie. Joanna Senyszyn? Przykro mi to mówić, ale dla mnie także od jej poglądów ciekawsze by było usłyszeć, skąd się takie wzięły? Co jej zrobili papiści, jej, a może komuś jej bardzo bliskiemu?
Nawet będąc w latach 80. i 90. nudnym i prostym antykomunistą, starałem się jednak dowiedzieć, dlaczego w PZPR też są ludzie, dlaczego po tamtej stronie są ludzie i są ich biografie? Dlaczego jest tam spora część mojej rodziny, najważniejsza dla mnie? O tym też mogę wam opowiedzieć. Na przykład, jak u mnie w domu rozmawiano przy świątecznym stole: „słuchaj Heniek, no popatrz, przecież nasza matka gotowała i sprzątała, przecież ojciec murował, a pradziadek spławiał drewno Wisłą, był flisakiem, a my… ja, pierwszy w rodzinie dyplom wyższych studiów, a ty, pierwszy stopień oficerski… Pamiętasz, jak nasza matka się popłakała, kiedy ją za Bieruta zaproszono do Urzędu Miasta i wręczono order, za sprzątanie i pranie?”
Proste opowieści, banalne, żadne teoretyczne odkrycia, ale stale słuchane wciąż mi utrudniały prostotę mojego antykomunistycznego zaangażowania. A jednak wolałem je słyszeć niż ich nie słyszeć. Wolałem na nich ćwiczyć moją antykomunistyczną dialektykę, niżbym miał udawać, że wywodzę się w kresowego ziemiaństwa albo z wielopokoleniowej profesorskiej rodziny, którym „te wstrętne komuchy wszystko zabrały”. Naprawdę, lepiej jest słyszeć, niż nie słyszeć, widzieć, niż nie widzieć. Niech się Piątek nie boi, zaangażowanie od tego nie znika, czasem staje się nawet jeszcze bardziej zawzięte. Tak jak moja pamięć o moim własnym uwikłaniu w tutejszą historię świętą i nieświętą sprawia, że z jeszcze większą zawziętością odrzucam wiarę w śmierć i zmartwychwstanie Karola Wojtyły, która zastąpiła Polakom chrześcijaństwo.
Na podobny temat
|
|
Felietony Cezarego Michalskiego
|
|
Problem z Hausnerem jest taki, że pró...
"Dysponujemy wszystkimi środkami ...