Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Gdzie jest lewica w Afganistanie? Drukuj
Cezary Michalski   
10.02.2010
W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku Kennedy i Johnson uruchomili i przez ładnych parę lat prowadzili w Indochinach bardzo ambitny projekt emancypacyjny, w którym idealizm mieszał się z imperializmem. Konserwatysta Nixon ten optymistyczny projekt zakończył, pozostawiając południowowietnamskich, kambodżańskich, laotańskich sojuszników amerykańskiego projektu na łaskę lokalnych sił postępu, które im łaski nie okazały.

Ów indochiński projekt emancypacyjny prowadzony był przy użyciu narzędzi, jakie dzisiaj znamy z Afganistanu, Iraku… krajów bombardowanych przez inteligentne bomby i dyskurs emancypacyjny. Mało kto wie, że także chłopcy generała MacArthura, po zbombardowaniu Hiroszimy i Nagasaki atomówkami, jako okupacyjna administracja Japonii oceniali przedkładane pod ich cenzurę japońskie powieści i scenariusze filmowe, kwalifikując do produkcji albo wydania wyłącznie te, w których pojawiał się motyw emancypacji kobiet. Zupełnie słusznie uważali tradycyjny japoński patriarchat za jedno z kluczowych źródeł japońskiego autorytaryzmu, militaryzmu itp. Paul Berman – szczery lewicowy liberał, który w młodości jeździł do Meksyku z Allanem Ginsbergiem, a dzisiaj zawsze głosuje na Partię Demokratyczną - jeszcze niedawno zachęcał do bombardowania islamistów dyskursem feministycznym w połączeniu z inteligentnymi bombami. Uważał (z pragmatycznego punktu widzenia najzupełniej słusznie), że Bush jest idiotą, stosując wyłącznie jeden rodzaj broni. A właściwie jeszcze gorzej, łącząc inteligentne bomby z zupełnie nieinteligentnym neokońskim dyskursem „wojny cywilizacji”.

Piszę o tym złośliwie, dla czytelników równie złośliwych jak ja, których idealizm „wojny cywilizacji” nie przekonuje. I słusznie. Ale zamiast szybkiej lewicowej pointy (antyamerykańskiej, antyzachodniej…) muszę przyznać, że mając do wyboru wyłącznie talibów albo bomby rozpryskowe w służbie emancypacji, naprawdę nie wiem, co bym wybrał jako wielkomiejski Afgańczyk albo Afganka. Co bym wybrał rozdarty pomiędzy perspektywą miękkiej kolonizacji (z użyciem inteligentnych bomb i inteligentnego dyskursu emancypacyjnego) a perspektywą biczowania (w przypadkach granicznych nawet ukamienowania) za „publiczne zgorszenie” polegające na zrzuceniu burki czy wyrażeniu chociażby marzenia o pracy w jednym z licznych zawodów zarezerwowanych dla mężczyzn. Podobne wątpliwości mam jako wielkomiejski Polak, rozdarty pomiędzy Tuskiem a o. Rydzykiem czy abp. Michalikiem.

W przypadku Afganistanu trzecia droga – kobiety afgańskie obalające talibański patriarchat w bezkrwawej rewolucji goździków, po czym zakładające wraz z wpływowym lewicowym związkiem zawodowym wielkoprzemysłowych robotników Heratu partię socjaldemokratyczną, która następnie obejmuje władzę w wyborach powszechnych – to czysta fantazja intelektualistów z postępowych dzielnic Berlina, Paryża, Londynu czy Nowego Jorku. Peryferia - obojętnie, arabskie czy słowiańskie - rzadko mogą sobie pozwolić na luksus trzeciej drogi. Pozostaje albo liberalna imitacja (gwałcenie przez rynek, dające jako jeden z produktów ubocznych także nowoczesność i czasami nawet formalny potencjał do emancypacji), albo duma peryferiów, przekładająca się zawsze na autorytarne mordownie (czasem pod czerwoną, czasem pod brunatną flagą, ale z kulturową lewicą paryską czy nawet z dzielną związkową lewicą przemysłowej Anglii nie ma to wiele wspólnego). Zatem, NATO-wskie bomby czy talibska duma? A w naszej słowiańskiej wersji soft: Tusk czy Michalik i Rydzyk? Może mała ankietka na temat tego, czy z dwugłowego żółwia globalnej TINY (znów odwołam się do klasyki, czyli do felietonu Piątka o Olechowskim), zawierającego zarówno neoliberalną modernizację, jak też reakcyjny antyliberalny bunt, wybieramy „głowę z przodu” czy też „głowę umieszczoną w dupie”?

Mój problem z trzecią drogą jest taki, że jej nie ma. Mój problem z lewicą jest taki, że nie ma jej w Afganistanie. I chwilowo nie bardzo istnieje też w Polsce. Problem z radykalnym, poprawnym lewicowym dyskursem jest taki, iż na peryferiach jest on dzisiaj wyłącznie mistyfikacją polityczną, społeczną, w najlepszym razie dystynktywnym dyskursem Bourdieu, za pomocą którego część raczkującego na peryferiach mieszczaństwa przekonuje samą siebie, że już zamieszkała w kamienicy przy Blvd. Saint-Germain, gdzieś na wysokości Cafe Flora. Mimo że w istocie żyje w kraju, w którym każdy szanujący się premier ukorzy się przed każdym lokalnym biskupem. Albo jeszcze gorzej, w kraju, gdzie każda władza mułłów zmiata lewicę tak, jak wymiotła „mudżahedinów ludowych” po rewolucji islamskiej w Iranie. Kiedyś nawet byli lewicą, z potencjałem rozwoju zarówno w stronę bolszewizmu jak też socjaldemokracji. Jednak nie mieliśmy okazji sprawdzić, w którą stronę mudżahedini ludowi by się rozwinęli, bo w wojnie pomiędzy liberalną imitacją szacha a fundamentalistyczną dumą peryferiów ajjatollachów, mudżahedini w ogóle się nie zmieścili. Poszli do więzień, zostali wymordowani. Wegetują jako terrorystyczne podziemie, czasami podrzuci im trochę kasy CIA, czasami Mossad, czasami bohatersko zginą w jakimś samobójczym zamachu na mułłę czy pułkownika Gwardii Rewolucyjnej. Chavez z nimi nie rozmawia. On rozmawia wyłącznie z Ahmadinedżadem, który ich morduje i torturuje. Oto, co dzieje się z autentyczną lewicą na dumnych, antyliberalnych peryferiach.

Póki co, nie jesteśmy w Iranie. My jesteśmy w Polsce. Właśnie dlatego, że jesteśmy bliższymi peryferiami zachodniego świata, tu możliwy jest ograniczony sojusz pomiędzy emancypacyjnymi elementami liberalizmu i lewicy. Dyskryminacja pozytywna – społeczno-ekonomiczna, genderowa… to broń, którą zachodnia lewica i liberalizm (przynajmniej jedna z jego odmian) mają wspólną. Tymczasem Chavez w swoim naftowym komunizmie już dotarł do wyłączeń prądu. Jeśli posunie się do kartek na żywność, skończy jak Gierek czy Breżniew. Pozostawiając po sobie całe młode pokolenie Wenezuelczyków ślepo wierzące wyłącznie  w thatcheryzm albo Amerykę. To nie jest wieszcza wizja tylko analogia. Podobne wychowanie dało podobne rezultaty w Polsce.

Wielu czytelników moich felietonów w KP tak dialektyczne pointy nie zadowalają, wręcz wkurzają, co dają do zrozumienia w polemicznych wpisach pod moimi tekstami („podobnie jak w większości tekstów AB-R mamy 97 proc. umysłowych rozważań i zwrot na ostatnim zakręcie, kiedy podmiot autorski stwierdza, że zlewa to, co napisał przed chwilą”). Ci, którzy oburzają się, że współpracuję z Krytyką, a lewicowcem się nie stałem, podobnie jak ci, którzy oburzają się na to, że współpracując z Krytyką, lewicowcem się stałem, walczą ze swoimi projekcjami na mój temat, ale nie ze mną. Mnie nie kręci kibolska wojna lewicy z prawicą. Żałuję tych momentów mojego życia, kiedy taka wojna mnie po kibolsku kręciła. Nie sądzę, aby przedmiot tej wojny był dzisiaj realny. Stosunek do rynku zarówno lewica, jak i prawica mają czasem zmistyfikowany. Lewica czasami udaje, że rynek jej w niczym nie pomaga. Moim zdaniem, biorąc po uwagę tradycjonalistyczny potencjał lokalnego status quo, gdyby nie globalny rynek przyswajający nas dzisiaj do nieco bardziej liberalnej Europy i Zachodu, feministki chodziłyby tutaj w czarczafach, za seks pozamałżeński by biczowano (choćby symbolicznie, jako że „my Słowianie lubim sielanki”, w przeciwieństwie do twardych chłopców ze świętego miasta Kum), a za uwolnienie gejów od grzechu modlono by się publicznie w senacie i w sejmie, a nie tylko w klubach inteligencji katolickiej animowanych przez „Frondę”. Nawet Axel Springer czy Murdoch, żeby móc się na polskim rynku rozwijać swobodnie, potrzebują choćby odrobiny emancypacji. Puszczanie w Telewizji Puls czy TVN Religia wyłącznie kazań abp. Michalika to śmierć dla tych stacji, po prostu nikt by ich nie oglądał. Stacja nadająca wyłącznie kazania abp. Michalika mogłaby przetrwać jedynie tam, gdzie administracyjnie zniszczono by wszelką konkurencję. Dopóki jest konkurencja na rynku medialnym, z Jolą Rutowicz abp. Michalik zawsze rynkowo przegra, trzeba go w ofercie katolickich stacji uzupełniać przynajmniej Szymonem Hołownią. I to jest nasza szansa (choć jednocześnie zagrożenie, gdyż z Jolą Rutowicz walkę o widownię może także przegrać najnowszy program Krytyki Politycznej).

Tak samo, jak lewica udaje, że rynek w niczym jej nie pomaga na tradycjonalistycznych, a czasem autorytarnych peryferiach, tak samo prawica udaje, że rynek jej w niczym nie przeszkadza (o projektowaniu przez prawicę jej własnych antyrynkowych lęków na „złych lewaków” pisałem w poprzednim felietonie ). A skoro wobec głównych tematów nowoczesności, rewolucji kapitalistycznej i rynku, lewica i prawica zajmują często pozycje zmistyfikowane, dlaczego ja mam obie formacje traktować poważnie? Czasami chciałoby się krzyknąć, jak to kiedyś zrobił Mussolini na łamach dziennika włoskiej Partii Socjalistycznej „Avanti”, którego był wtedy redaktorem naczelnym: „Heretycy wszystkich kościołów przyjdźcie do mnie!”. Ale zaraz i te radosne - i formalnie wyzwolicielskie - słowa także więzną w gardle, choćby z uwagi na to, kto je wypowiedział przede mną. Skoro jednak „wszystko jest niebezpieczne” (jak mawiał Foucault w chwilach wieszczych wizji), wobec tego ja pozostanę przy swoim. Przy mojej drażniącej dialektyczności, przy oksymoronie konserwatywnej modernizacji, przy Froncie Ludowym na rzecz liberalnej modernizacji Polski… – jako maksimum tego, co tu można zrobić i w czym ja chciałbym uczestniczyć.

Bliska mi jest lewica, która wraz z liberalizmem prowadzi walkę emancypacyjną (w Polsce taki sojusz jest konieczny i ewidentny wobec realnej siły tutejszego antymodernizacyjnego status quo). Bliscy mi są ci nieliczni konserwatyści (fakt, że jakoś w tej chwili żaden nie przychodzi mi do głowy), którzy zachowali krytyczną refleksję na temat rynku i stają się sojusznikami lewicowej walki o zhumanizowanie urynkowionej nowoczesności, aby nie pozostała wyłącznie rozpędzającą się maszyną pochłaniającą wszystko i wszystkich. Ale kolesie, którzy zamiast pytać o jakość diagnozy, pytają wyłącznie o to, czy jest to diagnoza lewicowa czy prawicowa, to dla mnie tylko ideologiczni kibole.

Nie ukrywałem przed nikim, że takie właśnie są moje poglądy. Nie udawałem wobec nikogo, że będę mówił czy pisał coś innego, także na łamach KP. Piszący tutaj wcześniej, częściej i bardziej dla KP reprezentatywni ode mnie Kinga Dunin czy Tomasz Piątek doskonale to wiedzą. W swoich „obronach” mojej tutaj obecności, napisali, że traktują mnie jako ewentualnego sojusznika, kogoś – być może – przydatnego, ale nie jako nowonawróconego, „new born”, lewicowca. Nosiłem kiedyś znaczek z Che Guevarą na studenckim strajku w 1981 roku, a rok wcześniej fotografowałem się z wyciętymi z ilustrowanego czasopisma zdjęciami Ulrike i Andreasa po ich „samobójstwach” w więzieniu w Stammheim. Ale wtedy byłem dzieckiem. Teraz nie potrafię już nawet dziecka udawać. Jeśli akceptujecie mnie takiego, jakim się stałem, choćby jako worek treningowy do polemicznych sparingów, będę naprawdę szczęśliwy, będę się czuł przydatny dla społeczeństwa. Jeśli nie, będzie mi naprawdę smutno. Jestem zwierzęciem społecznym, jeśli społeczeństwo mnie wypluje, pozostanę wyłącznie zwierzęciem, bez humanistycznych przymiotników, a tego bym nie chciał. Ale nie udawajcie przed samymi sobą, że jestem kimś zupełnie innym, a potem nie rozliczajcie mnie z tego, że jak na waszą projekcję zachowuję się nieco dziwacznie.
Komentarze
Dodaj nowy
kot   |09.02.2010 23:25:57
Jak tu nie kochać Cezarego
Spokojny   |10.02.2010 02:45:42
>>gdyby nie globalny rynek przyswajający nas dzisiaj do nieco bardziej
liberalnej Europy i Zachodu, feministki chodziłyby tutaj w czarczafach

w
ogole by ich nie bylo. Zeby zobaczyc trwalosc feministycznej koncepcji wystarczy
pojechac na trzy dni mieszana grupa pod namiot. Wystarczy ze na moment zabraknie
stalego dostepu do pradu, trzeba przyniesc drewno na ognisko, rozbic namiot na
nieco twardszym gruncie i odkrecic sloik i "feministki" znikaja jakby
ich nigdy nie bylo, a grupa slicznie odtwarza pierwotny schemat. Wszelkie
odstepstwa od niego sa jedynie produktem wielkiego przemyslu i nie istnieja poza
nim.
ragazzodelleuropa   |10.02.2010 04:31:16
Peryferia…blabla, mitteleuropa…blabla…

Czemu oddalacie was z
"postepowych dzielnic Zachodu"? Skad ten chec bycie
peryferia?

Jedzcie do Paryza czy Berlina! Tam jest mnostwo mlodych ludzi
ktore maja te same problemy jak wy i walcza z tymi samymi klopotami. Juz nie w
stereotypowych miejscowsciach opisanych w tekscie. To chyba pedagogiczno-kiepsko
brzmi, ale w czasach UE ta stylizacja jako peryferia nie ma dla mnie sensu.
maciej   |10.02.2010 06:23:27
Mały plus za Che Guevarę.
I może już starczy tego użalania się na sobą?
jkl   |10.02.2010 07:02:01
Ach cóż za nie-prawicowy, nie-lewicowy pieszczoszek! Cóż za autoprezentacyjne
popisy neutralności, erudycji, autentyzmu i dialektyki (wciąż
ani-Heglowej-ani-Marksowej)! No, ładnie, ładnie Waść piszesz, ale czekamy na
mniejsze zaabsorbowanie Waszeci samym sobą. Czekamy na seks, dosyć tej
masturbacji.
kot   |10.02.2010 07:23:07
Dotyczy części nieosobistej.

To co wczoraj na spotkaniu było nieprzetworzone,
nieuładzone,niespuentowane, tu już jest i jest to ciekawe.
Panmik   |10.02.2010 07:58:55
Bardzo Pan to panie Cezary uprościł jeśli chodzi o rynek. Sprowadził Pan
wszystko do kwestii obyczajowych, pomijając ekonomiczne.
Dla mnie stosunek do
rynku jest główną osią podziałów politycznych, a nie uważam się za kibola (no
chyba że chodzi o RTS Widzew  ale to już inna bajka :-). Czy ludziom w Łapach
(jeden z ostatnich przykładów skutków neoliberalnej polityki) powie Pan, że
sorry guys, ale musicie cierpieć, bo rynek musi być wolny i swawolny, bo to
wspomaga emancypację ? Tak naprawdę to nie jestem też do tej emancypacyjnej roli
rynku przekonany. Pewne rzeczy faktycznie dzieją się przy okazji, ale jak widać
na przykładzie Szwecji, swawolny rynek nie jest tu elementem niezbędnym.
Pomysł
Frontu Ludowego jest może z pewnej perspektywy ciekawy, ale będzie tylko inną
odmianą tego, co lewica zrobiła po 89  przymierza z kościołem i neoliberałami
na rzecz modernizacji. Efekty są co najmniej dyskusyjne, a dla lewicy skończyło
się to jak widać  czyli, że jej nie widać.
Ma Pan niestety rację co do
dyskursu lewicowego na peryferiach  tylko, że nie mogę się zgodzić z
rozwiązaniem tylko dlatego, że chwilowo nie widać innego.
vibhisana   |12.02.2010 03:47:59
"Ale kolesie, którzy zamiast pytać o jakość diagnozy, pytają wyłącznie o to,
czy jest to diagnoza lewicowa czy prawicowa, to dla mnie tylko ideologiczni
kibole. "
Słusznie Panie Cezary! Widziałem Pana w Telewizji parę razy i już
wtedy miałem wrazenie, ze jest Pan inny niż Pana koledzy mocno zaangazowani w
projekt IVRP. Na szczęscie Pan poszedł dalej, a Oni wciąż miotają się w
Bogoojczyźnianej matni.
jah  - Jaka lewica, jaki Michalski   |15.02.2010 04:31:19
Tekst winien nosić tytuł "Gdzie jest Michalski i gdzie jest lewica". Daj
spokój z tłumaczenia się, co i jak dlaczego. Szkoda talentu i erudycji na
usprawiedliwianie się. Było, minęło. Trzeba iść do przodu, choć bez gwarancji,
że w słusznym kierunku. Ale nie dziś odkryto, że człowiek ułomny jest i błądzi.
Serdeczności
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 13.02.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.92076 Seconds