|
Wiatr sondaży nad Wisłą zmienił właśnie kierunek. Wygląda na to, że kiedy fala żałoby opada, spłukiwana do morza falą powodziową, Polacy okazują się bardziej racjonalni, niż obawiał się tego Andrzej Wajda (a nawet niż obawialiśmy się tego ABR i ja). Więcej ludzi w Polsce boi się polityki, niż chce w nią inwestować. Przez dwadzieścia lat, a zwłaszcza w okresach swoich „przebudzeń”, czyli wojen na górze, polityka polska prowadzona była w sposób jawnie irracjonalny, jawnie destrukcyjny. Zatem żadnego jej „przebudzenia” zwyczajnie nie chcemy. Ponownie na wyraźne, bezpieczne prowadzenie wysuwają się: antypolityczny kandydat (Komorowski) i antypolityczna partia (PO). „Bez barbarzyńców, cóż poczniemy teraz, ci ludzie byli jakimś rozwiązaniem”. Bartoszewski i Wajda nie zdołają się w przyszłości zmobilizować przeciwko dwuprocentowemu Lepperowi. Powrócą do pióra, do kamery i do innych zajęć. Rozumiem smutek wielu – po prawicy i po lewicy – którzy się chcieli zabawić. Ja takiej zabawy nie chciałem, a więc nie narzekam.Problem polega jednak na tym, że zupełnie słuszne (po krótkim czasie żałoby, czyli karnawału) zniechęcenie Polaków do polityki irracjonalnej, nie zwalnia nas od poszukiwania racjonalnej formuły prowadzenia polityki w Polsce. Świadomie unikam pojęcia „polityki polskiej”, tak jak zamiast polityki, która przez wszystkie przypadki odmienia „interesy Polaków”, „interesy Polski”, wolę politykę, która jako swój cel definiuje „interesy ludzi w Polsce”. To wcale nie wymusza porzucenia pojęcia narodu albo państwa narodowego – jeśli te pojęcia mają jeszcze w Polsce jakąś pracę do wykonania (a obawiam się, że mają, dlatego nie warto oddawać ich skinom, kibolom i zwyczajnym politycznym idiotom). Może brak barbarzyńców także i lewicę zmusi do bardziej uporządkowanej refleksji nad własnym udziałem w tutejszej polityce. Może zmusi ją do rozstrzygnięcia, czy zamiast zadowalać się małpim grymasem („Kaczor upokorzy przynajmniej tych wstrętnych liberałów z PO, coś im zawetuje”), lewica nie powinna powrócić do tego, co szło jej tutaj najlepiej. Do definiowania polskiej polityki europejskiej. Bo szczyty polityki lewicowej w Polsce to dla mnie nadal Leszek Miller poświęcający wszystkie swoje talenty politycznego kilera do bezszmerowego przeprowadzenia referendum akcesyjnego. To także słynny apel Krytyki Politycznej przeciwko „umieraniu za Niceę”, sformułowany w imię bardziej asertywnej polityki europejskiej. Ja byłem wówczas po drugiej stronie barykady, bo miałem wiarę w „politykę polską”, której dziś już nie mam. Zatem bijąc się w piersi, zadaję sobie pytanie, czy dziś polska lewica, młoda i stara, zielona i różowa… ma pomysł na lewicową politykę w Europie? Czy może stać ją tylko na małpie alterglobalistyczne grymasy z wykorzystaniem najbardziej radykalnego dyskursu filozoficznego? Globalny rynek wymknął się polityce. Kryzys nie zmienił tej reguły, przeciwnie, jeszcze ją pogłębił. Osłabił działania regulacyjne, osłabił ponadnarodowe struktury polityczne. Wystraszone narody skupiły się na sobie, podczas gdy ponadnarodowe korporacje i instytucje finansowe z jeszcze większą determinacją wyruszyły na podbój świata. Mimo całego cyrku, z jakim politycy starali się przekonać obywateli, że nad wszystkim panują, było oczywiste, że nie panują nad niczym. W tej sytuacji można albo politykę rozmontować do końca i wyrzucić za okno (mając przy okazji nadzieję, że jakaś globalna wirtual-rewolucja w XXII wieku do powrotu polityki doprowadzi), albo trzeba wrócić do ciężkiej i niedostarczającej żadnego „funu” orki przy budowie globalnych instytucji politycznych. Globalnych lub choćby ponadnarodowych, od nieszczęsnej Unii Europejskiej począwszy. Przykro to powiedzieć – bo człowiek zabrzmi jak Leszek Miller, a dzisiaj brzmieć jak Leszek Miller nie jest trendy – ale lewica po raz ostatni na poważnie próbowała myśleć o globalizacji w czasach „trzeciej drogi”. Blair i Schroeder, przy wszystkich swoich wadach, chcieli zainwestować w projekt europejski. I inwestowali, dopóki Blaira nie zatrudnił Bush, a Schoroedera Gazprom. Jeszcze Gordon Brown chciał wprowadzić Wielką Brytanię głębiej do Europy, może nawet aż do strefy euro. Własnie dlatego, że Unii bronił (a nie dlatego, że był zbyt mało lewicowy, jak twierdzą nasi sympatyczni neotrockiści) został wygłosowany na rzecz konserwatystów. Cameron sprawnie nauczył się wywijać populistyczną pałką, oksfordzkie wykształcenie mu w tym nie przeszkadza. Ze swoją nagonką na Brukselę i na emigrantów Cameron jest w walce o władzę sprawniejszy niż Lepper i Korwin-Mikke, którzy Oksfordu nigdy nie kończyli i to po nich widać. Tak czy inaczej, dobijanie „proeuropejskiej lewicy” jest dzisiaj jednym z najlepszych populistycznych wzmacniaczy. Cameron to jednak Cameron, nie o niego się troszczę. Zastanawiam się raczej – bycie współpracownikiem KP do tego zobowiązuje – czy w Polsce może powstać proeuropejska lewica, która zamiast zabaw z Kaczyńskim (obojętnie, czy będą to zabawy w strach przed Kaczyńskim, czy w fascynację Kaczyńskim, a nawet w głosowanie na Kaczyńskiego, żeby zrobić na złość PO) wyśle paru sensownych polskich socjaldemokratów do Brukseli lub na Wschodnie Wybrzeże? Każdy młody socjaldemokrata wysłany tam przez polską lewicę będzie wzmacniał ginące plemię polityków. Przygniata je wszechpotężny globalny rynek, którego jestem entuzjastą, ale nie aż takim, żeby nie marzyć o zrównoważeniu go globalną polityką.Czy teraz Unia Europejska jest jeszcze dla Polskiej lewicy wystarczająco ponętna? Powinna, bo jeśli projekt europejski upadnie, na placu boju pozostanie już tylko zderegulowany kapitalizm anglosaski. Także Ameryka nie pozwoli już sobie wtedy na żadne „europejskie eksperymenty”. Jeśli globalny rynek zmiecie Unię Europejską, zmiecie także Obamę z jego reformą ubezpieczeń zdrowotnych. Polska albo będzie miała swoje zadanie do wykonania, w budowaniu polityki europejskiej i polityki globalnej, albo w ogóle do niczego już nie będzie potrzebna. W wypadku rozpadu Unii i powrotu Polaków do autarkicznej, peryferyjnej „ujutności”, Moskwa, Berlin, Waszyngton, a nawet Watykan – będą potrafiły tą ujutnością zarządzać lepiej niż sami Polacy. Użyją do tego polskich katolików, polskich patriotów, a nawet polskich neoliberalnych czy neokonserwatywnych publicystów. Przeciętna liczba ludzi zaangażowanych w Polsce w politykę jest dzisiaj taka, że te cztery ambasady będą miały mniej problemów w zarządzaniu Polską, niż trzy ambasady w czasach saskich. Wolałbym bardziej podmiotową Polskę budującą UE, wolałbym lewicę (jak i zresztą prawicę) zaangażowaną w taki narodowo-ponadnarodowy projekt. Brak barbarzyńców by w tym nie przeszkadzał. Można nawet powiedzieć, że wręcz przeciwnie. Nieistniejący, pokonani, wypchnięci na margines barbarzyńcy nie odwracaliby naszej uwagi od tego ostatniego racjonalnego politycznego projektu w Polsce.
Na podobny temat
|
"Czekam, aż szambo-bomba (bomba w...
Pani Kingo, powiem Pani szczerą prawd...