|
Na początku projekcji O bogach i ludziach Xaviera Beauvois wydawało mi się, że będzie to typowy religijny film o męczeństwie. Trochę jak polski Popiełuszko, choć bez przaśnej bogoojczyźnianej parafialności. Wszyscy wiemy, co czeka księdza Popiełuszkę w filmie Rafała Wieczyńskiego. Podobnie, z prasowych zapowiedzi zdecydowana większość widzów wiedziała, jak skończy się oparty na faktach film otwarcia dziesiątych Nowych Horyzontów. Francuscy mnisi w pokolonialnej Algierii w połowie lat dziewięćdziesiątych decydują się – mimo trwającej wojny domowej - pozostać w swym klasztorze w górach Atlasu, nie korzystać z ochrony wojska i trwać przy miejscowej ludności muzułmańskiej. Uprowadzeni jako zakładnicy, giną. Fabuła rozwija się zgodnie z hagiograficznym wzorcem – widzimy cnotliwe życie zakonników, doskonale zintegrowanych z lokalną społecznością i szanujących jej przekonania. Mimo ostrzeżeń władz i coraz większej eskalacji terroru religijnych ekstremistów – dotykającego Algierczyków bardziej nawet, niż przyjezdnych – bracia trwają na posterunku, przezwyciężają kryzys, wreszcie umierają.
Jednak trudno określić O bogach i ludziach po prostu jako film religijny. Etyka mnichów Beauvois jest w zasadzie świecka. Brat Luc, stary klasztorny lekarz, jest niczym dr Rieux z Dżumy Alberta Camus. Nie chce opuścić ludzi skazanych na tragiczny los, niesie im pomoc mimo nieuchronności klęski. Motywacje innych zakonników - choć początkowo nie wszyscy zgadzają się z heroiczną decyzją i uporem przełożonego - również nie wynikają z porządku religijnego, z jakiejś katolickiej wizji połączenia swojego męczeństwa z pasją Chrystusa. Jest w nich trochę wspomnianej Camusowskiej etyki odpowiedzialności, nieco równie świeckiej konsekwencji, sporo zwyczajnego braku możliwości powrotu do innego życia czy pomysłu na nie. Jeśli ktoś miał znajomego zakonnika lub zakonnicę, który po wielu latach opuścił klasztor i nie umiał odnaleźć się „w świecie” - wie, o co chodzi.
Nie zmieniają tego, przeplatające akcję sceny śpiewanych modlitw wspólnoty zakonnej - kolejne godziny liturgii brewiarzowej, nadające filmowi swoisty rytm. Drażnią natomiast „pobożne” monologi z offu - modlitwy, listy, przemyślenia braci. Zwłaszcza, że początkowe sekwencje O bogach i ludziach przypominają dokumentalną Wielką ciszę Philipa Gröninga – „kontemplacyjne”, wydłużone ujęcia, uważne przyglądanie się twarzom mnichów i celebrowanie monastycznej codzienności. Egzaltowane wynurzenia nie pomagają ani formalnej stronie filmu, ani jego przesłaniu. Taki komentarz sprawia wrażenie nadawania na siłę działaniom bohaterów religijnych motywacji.
O kicz ocierają się nie tylko solilokwia spoza kadru czy dość banalna scena, w której śpiew wspólnoty konfrontowany jest z hałasem nadlatującego wojskowego helikoptera. Zaskakująca jest jedna z sekwencji bezpośrednio poprzedzających porwanie mnichów. Stary zakonnik nalewa siedzącym w refektarzu współbraciom czerwone wino, włącza stary kasetowy magnetofon i rozbrzmiewa… muzyka z Jeziora łabędziego Czajkowskiego. Słuchając dźwięków romantycznego baletu i opróżniając kieliszki, mnisi płaczą ze wzruszenia, przytulając się do siebie. Oczywiście, scena ta jest sentymentalna, wręcz kiczowata. Nie sposób odmówić jej jednak intymnego charakteru, może nawet – jakiegoś nieświadomie homoerotycznego podtekstu. Twarze mnichów pokazywane są w tak długich zbliżeniach, ich wzruszenie łączy się z tak patetyczną muzyką, że nie można oprzeć się wrażeniu pewnego „przegięcia”. Ludzkie uczucia w nazbyt wydestylowanej postaci zawsze są kiczowate. Tutaj jednak ważne jest, że są właśnie – ludzkie. Bliżej tym paru minutom filmu Xaviera Beauvois do pozostającej w swej emocjonalności na granicy kiczu twórczości Almodovara, niż do często trafiających na nasze ekrany przejawów kinowego „sacrokiczu”.
Na podobny temat
|
Problem z Hausnerem jest taki, że pró...
"Dysponujemy wszystkimi środkami ...