|
Gdy minęła okrągła, 40. rocznica wydarzeń roku ’68 na świecie, dało się słyszeć głosy, że już najwyższa pora na nową rewolucję, bo sytuacja na globalnej wiosce jest podobna do ówczesnej. Nie ma Wietnamu, jest za to Irak; konflikt izraelsko-palestyński pozostaje ten sam, ale właśnie się nasila; fala brutalnego korporacjonizmu zalewa świat, a rytm życia ludzi wyznacza nabywanie dóbr i ich konsumpcja, itd. Tymczasem właśnie leci 41. roczek od pamiętnego ’68, a rewolucji nadal ni widu, ni słychu. Są tylko filmy o wolnościowych rewoltach, co jest chyba jakimś symptomem zapotrzebowania na przewrót, czy choćby obraz przewrotu na ekranie. Mieliśmy niedawno Obywatel Milk Gusa Van Santa, od jakiegoś czasu możemy oglądać Che Stevena Soderbergha i Der Baader – Meinhof Komplex Uliego Edela (celowo pozostaję przy
oryginalnym tytule, bo moim zdaniem, nastawiona na zysk polska polityka
tłumaczeń tytułów filmowych jest dla widza po prostu krzywdząca – z
góry zmienia bowiem jego perspektywę patrzenia na dzieło), którego to
filmu tekst ten będzie dotyczył.
W kinie podczas seansu Der Baader – Meinhof Komplex towarzyszyły mi jeszcze – jedynie – trzy osoby, a szkoda, bo tegoroczne nominacje filmu do Oscara, Złotego Globu i nagrody BAFTA w kategorii „najlepszy film nieanglojęzyczny” są jak najbardziej zasłużone. (Przeczuwam, że będzie to jedna z lepszych premier 2009 roku, mimo opinii takich jak Michała Sutowskiego – że „film nie zachwyca”). Ale chodzi nie tylko o to, że ekranizacja ta jest „dobrze skrojona” – z fenomenalnymi zdjęciami, zgrabnym montażem. Profesjonalnie zagrana, utrzymująca uwagę widza przez dwie i pół godziny, itd. Chodzi o całą masę jej kontekstów interpretacyjnych, tych zamierzonych przez twórców filmu i tych całkiem przypadkowych – a taką wielowarstwowość odbioru cenię sobie w kinie najbardziej.
Ustanawianie (i obalenie) uniwersalizmu
Zacznijmy od pewnego zbiegu okoliczności. Przed filmem w kinie raczono nas trailerami różnych najświeższych ekranizacji, w tym wspomnianego Che, gdzie padły z ekranu znamienne słowa, że każda rewolucja rodzi się z miłości. Również z miłości, do zgnębionych i uciskanych, zrodził się w filmie Uliego Edela RAF. Z tego powodu sympatią darzymy tu raczej „tych złych”. Dlatego też obraz wzbudził jeszcze przed swą oficjalną premierą wiele kontrowersji – we Włoszech na przykład przetoczyła się cała fala protestów przeciwko dystrybucji filmu.
Powody atmosfery skandalu są następujące. Scenariusz nie tylko został tak skonstruowany, aby widz był raczej po stronie Andreasa Baadera (po Cząstkach elementarnych Oskara Röhlera Moritz Bleibtreu chyba już na zawsze pozostanie w szufladce: „grający niezrównoważonych typów”) i jego ludzi. Film miejscami jest wręcz gloryfikacją ich frakcji. Po zamachu dokonanym przez ultraprawicowca Josefa Erwina Bachmanna na lewicowym aktywiście Rudim Dutschkem – zamachu symbolicznie zrównanym tu z atakami na JFK i Martina Luthera Kinga – bunt lewicujących młodych intelektualistów eskaluje. Powstaje RAF. Po ataku na siedzibę koncernu Axela Springera, w którym uczestniczy też młoda Ulrike Meinhof (iście zjawiskowa Martina Gedeck), Uli Edel przedstawia ciąg archiwalnych zdjęć pokazujących w elegijnym tonie najważniejsze wydarzenia roku ’68, między innymi zbrojenia w USA i wojnę w Wietnamie, wspomniane zamachy na Kinga i JFK oraz hippisowską rewoltę. Wszystko to oprawione jest monumentalnym utworem „Child in Time” Deep Purple. Oprócz tego słyszymy tu też między innymi „My Generation” The Who czy otwierający film słynny „Mercedes Benz” Janis Joplin, kultowe utwory kojarzące się z buntem lat sześćdziesiątych. Dzięki temu bohaterowie są mocno osadzeni w kontekście ówczesnej obyczajowości i atmosferze buntu.
Krytycznie myślący, lewicujący młodzi ludzie zmieniają się w filmie niemieckiego reżysera w męczenników. Hippis krzyczący po ataku na wydawnictwo Springera: „Wietnam! Wietnam!” albo zmarły w więzieniu w Stuttgarcie po wycieńczającym strajku głodowym Holger Meins (Stipe Erceg) – obaj przypominają wyglądem Jezusa (sic!). Taki ruch miał być za pewne próbą spojrzenia na członków RAF-u jak na tragiczne postaci – samozwańczych zbawicieli, którzy mieli przecież dobre ideały i intencje, lecz w zderzeniu ze ścianą rzeczywistości uległy one wypaczeniu i wszystko wymknęło się spod kontroli.
Początkowo łagodne działania RAF-u były walką (na słowa) z partykularyzmami lat sześćdziesiątych i początku siedemdziesiątych. Mówiąc Badiou – nową próbą ustanowienia uniwersalizmu. Nieuniknionym paradoksem jest jednak, że zarówno RAF, jak i film Edela bardzo szybko zostały zawłaszczone przez plastikową kulturę popularną, z czego (słusznie?) czyni zarzut Michał Sutowski swej recenzji „Prada-Meinhof”. Symbol RAF-u, podobnie jak twarz Che, trafił na młodzieżowe koszulki, a Der Baader – Meinhof Komplex wyświetla się multipleksach. Ale o tym, że kapitalizm błyskawicznie zawłaszcza wszelkie przejawy kultury alternatywnej, wiemy co najmniej od czasu wydania No Logo Naomi Klein. Nie oznacza to jednak, że na film Edela winno się patrzeć jedynie z przymrużeniem oka. Wszelkie działania alternatywne są – w swym zalążku przynajmniej – po stokroć wartościowsze niżeli postawa afirmatywna wobec zastanej rzeczywistości. W tym sensie możemy uznać, że Edel wziął całkiem na poważnie temat „tandemu” Baader – Meinhof, ich motywacje, chęci, ich przekonanie o roli zbawców „ślepego” społeczeństwa kapitalistycznego.
Ulrike Maria Stuart
Największą męczennicą, postacią, której autentycznie w filmie Edela żałujemy – z czym w pełni zgadzam się z Michałem – jest Ulrike Meinhof. Podobnie jak w sztuce Elfriede Jelinek Ulrike Maria Stuart – bo mimo że ta z jednej strony rozprawia się z mitem RAF-u w sposób prześmiewczy, to jednak nazywa Meinhof Marią Stuart, wskazując tym samym na tragizm tej postaci. Ulrike, zostawia wszystko i wszystkich, również własne dzieci, i z lewicowej, powszechnie znanej i szanowanej dziennikarki „Konkretu” zmienia się w dysydentkę i, było nie było, terrorystkę-kryminalistkę. Najbardziej obrazowo ujął to Steve Sem-Sandberg w Teresie – zestawiając ze sobą dwie „listy zakupów” autorstwa Ulrike, jedną sporządzoną przed przystąpieniem do RAF-u, drugą po tym fakcie. Na pierwszej znalazły się takie produkty jak: chleb, masło, dżem, kawa Nescafé, płatki owsiane, ravioli, pomidory, owoce, natka pietruszki, krem orzechowy, pasta do zębów i regale. Na drugiej: 20 g czerwonego fosforu, 250 g siarki, 250 g chloranu potasu, 500 g zanieczyszczonego węgla, 4 baterie, taśma maskująca, gaza, kable elektryczne, zegarek.
Ulrike, zdradzona przez męża, upokorzona, rzuca się w ramiona Rewolucji, która wszystkie (swe) dzieci kocha, lecz na koniec i tak je pożera. W filmie Edela, w ostatecznym rozrachunku, również ta nowa terrorystyczna „rodzina” Ulrike uznaje ją za czarną owcę, wymierzając weń ostrze palącego ostracyzmu. Meinhof nie jest w stanie znieść tej sytuacji i w więzieniu popełnia samobójstwo. Co ciekawe, w tym właśnie miejscu stronniczość twórców filmu znacznie maleje – mogli bowiem pokazać, że Ulrike została po prostu „zlikwidowana”, wszak okoliczności śmierci Meinhof po dziś dzień nie są jasne.
Różnica i powtórzenie
Być może Edel znał sztukę Jelinek, istotnie czyniąc z Meinhof w swym filmie Marię Stuart, wciąż szykanowaną przez choleryczną Gudrun Ensslin (Johanna Wokalek) i Andreasa Baadera. Ale na pewno nie mógł przewidzieć pewnej sytuacji, jaka miała miejsce u nas, w Polsce, kilka tygodni temu.
Ale najpierw jedna scena z fimu. Pokojowa demonstracja lewicowych aktywistów przeciwko obecności w Berlinie irańskiej pary książęcej zamienia się w krwawe zamieszki. Powód? Policja nie staje w obronie manifestujących swe prowolnościowe poglądy Niemców, a w zasadzie popiera atakujących ich niespodziewanie Irańczyków ze służb bezpieczeństwa – porządnych facetów w garniturach, przeciwstawionych hippisowskim obszarpańcom. Efekt? Był to początek rewolucji, narodziny ruchu „Baader – Meinhof” (potem RAF), który później po tysiąckroć zrewanżował się uprawiającym tego typu politykę. Politykę państwa policyjnego. Polska, Białystok, początek marca 2009. Młode małżeństwo wybrało się do centrum handlowego Galeria Biała na zakupy. Kobieta była czarnoskóra, co najwyraźniej nie spodobało się trzem wyrostkom, którzy zaczęli wyzywać ją i wykrzykiwać hasła w stylu „white power”. W pewnym momencie, bez jakiegokolwiek ostrzeżenia, jeden z nich uderzył dziewczynę w twarz. Jak relacjonuje białostocka „Gazeta Wyborcza”: „Całe wydarzenie rozegrało się w godzinach popołudniowych w jednej z największych galerii w Białymstoku. Codziennie przepływa przez nią tłum osób. W chwili incydentu żaden z przechodzących obok ludzi nie zareagował na krzywdę dręczonego małżeństwa. Nie interweniowała też ochrona”. Ten artykuł przypomniałam sobie oglądając Der Baader – Meinhof Komplex. Co prawda w Polsce za sprawą białostockich rasistów nie wybuchła rewolta, bo – całe szczęście – ochrona nie przyłączyła się do złoczyńców, ale jednak stała i przyglądała się zajściu, miast interweniować, co do jej obowiązków należy. Sytuacja zatem, do pewnego stopnia, powtórzyła się, wszak niemiecka policja też wtedy nie interweniowała, co może być dowodem na to, że faktycznie co 40 lat historia zatacza koło.
Białystok to oczywiście przypadek nieodosobniony, po prostu jedna z najnowszych tego typu sytuacji świadczących o tym, że być może od rewolucji oddziela nas już tylko cienka linia. A co na przykład z brutalną pacyfikacją pierwszego poznańskiego Marszu Równości w 2004 roku? Po czyjej stronie powinna być wtedy policja? Kolega gej, zakuty w kajdanki i wrzucony do policyjnej „suki”, dostał karę grzywny (na szczęście umorzoną) za zakłócanie porządku publicznego, podczas gdy kontrmanifestanci, rzucający wcześniej w niego kamieniami i butelkami, odeszli dziarsko napić się piwa w geście triumfu (relacja znajomych). Jak długo będziemy czekać na polskiego odpowiednika Benno Ohnesorga (ofiara śmiertelna pacyfikacji wspomnianej wyżej demonstracji)?
Niezaprzeczalną prawdą jest, że mamy dziś na świecie podobne jak na początku lat 70. nastroje – nastroje rozczarowania, wyczerpania i buntu. I mimo że rewolucja w praktyce nadal nie nadeszła, to na kinowym ekranie mamy dziś liczne jej obrazy, będące wizualizacjami naszego pragnienia zmian. Obrazy jakościowo lepsze i gorsze… Der Baader – Meinhof Komplex moim zdaniem należy zdecydowanie do tych pierwszych.
Czytaj też: Prada-Meinhof - recenzja Michała Sutowskiego
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...