|
Marta Kołodziejska ma rację, gdy
tropi w Avatarze Jamesa Camerona elementy Saidowskiego
orientalizmu wyprojektowane na spotkanie Ziemian (czyli w filmie: Amerykanów) ze światem Obcych, mieszkańców
planety o nazwie Pandora. Rzeczywiście, ci ostatni są „dzicy”,
żyją w lesie, kierują się racjonalnością organicznego związku
z przyrodą, na Zachodzie uznawaną za irracjonalizm, są też na
tyle bezradni w konfrontacji z przewyższającymi ich technologicznie
przybyszami, że bez przewodnictwa „nawróconego” na ich
„ekologiczną” kulturę jednego z Ziemian nie udałoby się im stawić czoła agresji przybyszów. Moralne przewodnictwo Amerykanina
okazuje się niezbędne dla przetrwania „dużych dzieci”,
jakimi przy wszystkich swoich uroczych zaletach okazują się Na’vi. Nie ma wątpliwości, że ten wątek filmu
reprodukuje strukturę ideologii dominacji kolonialnej i
neokolonialnej. Wyliczając wszystko, co jej się w filmie nie
podobało, Kołodziejska przegapiła jednak równoległy krytyczny
wątek filmu.
Może go przegapiła, bo irytowało ją podobieństwo Na’vi do ludzi. Otóż
to podobieństwo jest kluczowe, to właśnie konfrontacja Ziemian
z Na’vi ma być jedynie kostiumem, w który przebrane są
konfrontacje ekspansywnego kapitalistycznego Zachodu z kulturami i
społeczeństwami, które padają jego ofiarą.
W znakomitym eseju pośwęconym
kinu science-fiction (Hegel
and the Impossibility of the Future in Science Fiction Cinema)
Todd McGowan analizuje ten gatunek jako „krytyczną krawędź”
popularnego hollywoodzkiego kina gatunków. Wskazuje
też ograniczenia jego zdolności krytycznych. McGowan twierdzi, że
istotą science-fiction jest eksploracja ideologii pogranicza, które
rodzą się jako „alternatywne” lub podważające logikę
porządku dominującego. Albo za takie się podają lub są
jako takie odbierane. Choć czasem (jak w przypadku Opowieści podręcznej
Volkera Schlöndorffa) przedmiotem zainteresowania kina
science-fiction są pączkujące na obrzeżach ideologie reakcyjne,
fundamentalistyczne, to jednak głównym zadaniem, jakie stawia sobie ten
gatunek, jest eksploracja niebezpieczeństw nowych ideologii
„postępowych”. I tak np. Wyspa Michaela Baya ujawnia m.
in., jak troska o własne ciało (np. ochrona przed junk food, jakim nas karmi kapitalizm i „aktywny
tryb życia”) otwiera drogę do uczynienia ludzkiego ciała (i poszczególnych organów) towarem ostatecznym. W
konsekwencji nie tylko nie stawia oporu siłom Kapitału, ale może
się nawet okazać, że posuwa niszczycielskie kapitalistyczne
procesy utowarowienia i urynkowienia dosłownie wszystkiego jeszcze
dalej naprzód.
Avatar eksploruje – i to jest
moim zdaniem najważniejszy wątek filmu – co najmniej jedną z
takich „postępowych” ideologii obrzeży systemu.
Rozwój kierunków akademickich
poświęconych „komunikacji międzykulturowej”, eksplozja różnego
rodzaju cultural studies, nowych wariacji na temat
antropologii, relatywizm kulturowy (nakazujący m.in. dążenie do
opisu obcych kultur poprzez odtwarzanie ich własnego sposobu
myślenia) jako swego rodzaju standard w naukach społecznych i
humanistycznych – wszystko to i temu podobne zjawiska przedstawiają
się jako próby przełamania barier między społeczeństwami,
szukania porozumienia między kulturami, itd. Mają prowadzić do
zbudowania międzykulturowej harmonii, świata bez
konfliktów między społeczeństwami. Problem w tym, że wojny, podboje,
eksploatacja kolonialna, nie wynikają wcale z problemów
komunikacyjnych między kulturami, a z logiki systemu opartego na
akumulacji kapitału, który potrzebuje podbijać coraz to nowe
rynki, grabić słabszym militarnie i ekonomicznie społeczeństwom
surowce (potrzebne zachodniemu przemysłowi, a występujące akurat
tam), czy też obracać rzesze ludzi żyjących dotychczas np. z
tradycyjnego rolnictwa w masę niemal darmowej przemysłowej czy
przemysłowo-rolnej siły roboczej. Prawdą nowoczesnych wojen, jakie
kapitalistyczne potęgi prowadzą z resztą świata (nie przypadkiem
film rozpięty jest na jawnych aluzjach do agresji na Irak), jest
dominacja ekonomiczna, wyzysk i logika akumulacji kapitału, a nie
trudności porozumienia między kulturami.
Akademickie poszukiwania sposobów
komunikacji między kulturami, ślepe na problemy nagiej siły i
wyzysku, zostaną (już są) przechwycone przez tę nagą siłę tak
samo funkcjonalnie, jak wcześniej (bądź równolegle)
wykorzystywała ona wytwarzanie braku porozumienia między kulturami
(kreowanie obrazów i mitów „arabskiej dziczy”,
nieprzystawalnego do „naszego sposobu myślenia” „azjatyckiego
systemu wartości”, rzekomej strukturalnej niezdolności islamu do
demokratyzacji itp.). Dążenie do „rozumienia” obcych kultur
może służyć ich pokonaniu, podbiciu i
zniszczeniu. Pentagon nie od dzisiaj korzysta z usług sprzedajnych
antropologów czy specjalistów od poszczególnych kultur, by
„zrozumieć” społeczeństwa, których zasoby Imperium Dolara
pragnie zapisać w rubryce „ma” na własnej balance sheet.
Bohaterka Sigourney Weaver reprezentuje nauki próbujące zrozumieć
obce społeczeństwa, przechwycone przez Imperium Dolara i jego
bezlitosny wzór P – T – P’ (Marksowski „wzór ogólny
kapitału”).
Avatar ponosi
częściową krytyczną porażkę – właśnie tam, gdzie
Kołodziejska słusznie wykrywa Saidowski orientalizm. Napotyka też
na strukturalną barierę krytycznych możliwości samego gatunku, do
którego przynależy. Nieufne wobec ideologii (Lacanowskiego
„wielkiego Innego”) kino science-fiction nie potrafi przekroczyć
mechanizmu paranoi, która w odpowiedzi na tę nieufność konstruuje
blokujący dalsze myślenie krytyczne, wyobrażony, wcielony w kogoś
osobowo konkretnego podmiot, który „za tym wszystkim stoi” i
„pociąga za sznurki” (a zwany „Innym Innego”). W filmie
Camerona jest to tych kilku „złych wojskowych” stojących na
samym szczycie struktury operacyjnej (i ewentualnie w domyśle
korporacja, która finansuje całą operację). Paranoja uniemożliwia
kolejny krok myślenia krytycznego, które mogłoby następnie poddać
analizie złożoność stosunków władzy oraz praktyki reprodukujące
ideologię, w które swoim codziennym działaniem uwikłany jest
każdy podmiot żyjący w społeczeństwie. I zgodnie z logiką
paranoi „Innemu Innego”, który „za tym wszystkim stoi”,
biegunowo przeciwstawiony jest pozbawiony moralnej skazy (choć
obarczony maskującym to nieco, ale pełniącym właśnie jedynie
zwodniczą funkcję maskującą, defektem fizycznym w postaci
kalectwa) „szlachetny wojownik”, który mocą swej determinacji
stawi czoła złu.
Tak to już jest, że jeśli film tyle kosztuje, to nie może wyważyć wszystkich drzwi. Nie przegapmy jednak tego kluczowego wątku, w którym Avatar
jest naprawdę ciekawy, który czyni ten film czymś więcej niż
kaskadą technologicznych cudów i który odsłania problem
wciąż zbyt rzadko poddawany krytycznej refleksji – nie tylko w
popularnym kinie gatunków, ale nawet w dyskursie akademickim.
Na podobny temat
|
No fajny ten artykuł, bo jest jakiś r...
Greckie pojęcie symbol oznacza akt z...
"Są gry komputerowe, które mogą&n...