Nowość w sklepie kp

odczarowanie_okladka_m.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Żeby było weselej, napiszę, jak Cię pamiętam. Pochylnia z Sali Śniadeckich, ty lecisz na czele grupy robotników i studentów goniąc bojówkę endecką, która chciała rozbić wieczór poezji różnych narodów. Masz taką minę wilkołaka, jaką umiałeś robić, zęby na wierzchu, oczy wytrzeszczone, w ręku trzymasz szczątki krzesła. I wyjesz.
list M. do Czesława Miłosza, Rok myśliwego
Advertisement
Pietrzak: Avatar i antropologia w służbie imperializmu Drukuj
Jarosław Pietrzak   
08.01.2010

Marta Kołodziejska ma rację, gdy tropi w Avatarze Jamesa Camerona elementy Saidowskiego orientalizmu wyprojektowane na spotkanie Ziemian (czyli w filmie: Amerykanów) ze światem Obcych, mieszkańców planety o nazwie Pandora. Rzeczywiście, ci ostatni są „dzicy”, żyją w lesie, kierują się racjonalnością organicznego związku z przyrodą, na Zachodzie uznawaną za irracjonalizm, są też na tyle bezradni w konfrontacji z przewyższającymi ich technologicznie przybyszami, że bez przewodnictwa „nawróconego” na ich „ekologiczną” kulturę jednego z Ziemian nie udałoby się im stawić czoła agresji przybyszów. Moralne przewodnictwo Amerykanina okazuje się niezbędne dla przetrwania „dużych dzieci”, jakimi przy wszystkich swoich uroczych zaletach okazują się Na’vi. Nie ma wątpliwości, że ten wątek filmu reprodukuje strukturę ideologii dominacji kolonialnej i neokolonialnej. Wyliczając wszystko, co jej się w filmie nie podobało, Kołodziejska przegapiła jednak równoległy krytyczny wątek filmu.


Może go przegapiła, bo irytowało ją podobieństwo Na’vi do ludzi. Otóż to podobieństwo jest kluczowe, to właśnie konfrontacja Ziemian z Na’vi ma być jedynie kostiumem, w który przebrane są konfrontacje ekspansywnego kapitalistycznego Zachodu z kulturami i społeczeństwami, które padają jego ofiarą.


W znakomitym eseju pośwęconym kinu science-fiction (Hegel and the Impossibility of the Future in Science Fiction Cinema) Todd McGowan analizuje ten gatunek jako „krytyczną krawędź” popularnego hollywoodzkiego kina gatunków. Wskazuje też ograniczenia jego zdolności krytycznych. McGowan twierdzi, że istotą science-fiction jest eksploracja ideologii pogranicza, które rodzą się jako „alternatywne” lub podważające logikę porządku dominującego. Albo za takie się podają lub są jako takie odbierane. Choć czasem (jak w przypadku Opowieści podręcznej Volkera Schlöndorffa) przedmiotem zainteresowania kina science-fiction są pączkujące na obrzeżach ideologie reakcyjne, fundamentalistyczne, to jednak głównym zadaniem, jakie stawia sobie ten gatunek, jest eksploracja niebezpieczeństw nowych ideologii „postępowych”. I tak np. Wyspa Michaela Baya ujawnia m. in., jak troska o własne ciało (np. ochrona przed junk food, jakim nas karmi kapitalizm i „aktywny tryb życia”) otwiera drogę do uczynienia ludzkiego ciała (i poszczególnych organów) towarem ostatecznym. W konsekwencji nie tylko nie stawia oporu siłom Kapitału, ale może się nawet okazać, że posuwa niszczycielskie kapitalistyczne procesy utowarowienia i urynkowienia dosłownie wszystkiego jeszcze dalej naprzód.

  


Avatar
eksploruje – i to jest moim zdaniem najważniejszy wątek filmu – co najmniej jedną z takich „postępowych” ideologii obrzeży systemu.

Rozwój kierunków akademickich poświęconych „komunikacji międzykulturowej”, eksplozja różnego rodzaju cultural studies, nowych wariacji na temat antropologii, relatywizm kulturowy (nakazujący m.in. dążenie do opisu obcych kultur poprzez odtwarzanie ich własnego sposobu myślenia) jako swego rodzaju standard w naukach społecznych i humanistycznych – wszystko to i temu podobne zjawiska przedstawiają się jako próby przełamania barier między społeczeństwami, szukania porozumienia między kulturami, itd. Mają prowadzić do zbudowania międzykulturowej harmonii, świata bez konfliktów między społeczeństwami. Problem w tym, że wojny, podboje, eksploatacja kolonialna, nie wynikają wcale z problemów komunikacyjnych między kulturami, a z logiki systemu opartego na akumulacji kapitału, który potrzebuje podbijać coraz to nowe rynki, grabić słabszym militarnie i ekonomicznie społeczeństwom surowce (potrzebne zachodniemu przemysłowi, a występujące akurat tam), czy też obracać rzesze ludzi żyjących dotychczas np. z tradycyjnego rolnictwa w masę niemal darmowej przemysłowej czy przemysłowo-rolnej siły roboczej. Prawdą nowoczesnych wojen, jakie kapitalistyczne potęgi prowadzą z resztą świata (nie przypadkiem film rozpięty jest na jawnych aluzjach do agresji na Irak), jest dominacja ekonomiczna, wyzysk i logika akumulacji kapitału, a nie trudności porozumienia między kulturami.

Akademickie poszukiwania sposobów komunikacji między kulturami, ślepe na problemy nagiej siły i wyzysku, zostaną (już są) przechwycone przez tę nagą siłę tak samo funkcjonalnie, jak wcześniej (bądź równolegle) wykorzystywała ona wytwarzanie braku porozumienia między kulturami (kreowanie obrazów i mitów „arabskiej dziczy”, nieprzystawalnego do „naszego sposobu myślenia” „azjatyckiego systemu wartości”, rzekomej strukturalnej niezdolności islamu do demokratyzacji itp.). Dążenie do „rozumienia” obcych kultur może służyć ich pokonaniu, podbiciu i zniszczeniu. Pentagon nie od dzisiaj korzysta z usług sprzedajnych antropologów czy specjalistów od poszczególnych kultur, by „zrozumieć” społeczeństwa, których zasoby Imperium Dolara pragnie zapisać w rubryce „ma” na własnej balance sheet. Bohaterka Sigourney Weaver reprezentuje nauki próbujące zrozumieć obce społeczeństwa, przechwycone przez Imperium Dolara i jego bezlitosny wzór P – T – P’ (Marksowski „wzór ogólny kapitału”).

Avatar ponosi częściową krytyczną porażkę – właśnie tam, gdzie Kołodziejska słusznie wykrywa Saidowski orientalizm. Napotyka też na strukturalną barierę krytycznych możliwości samego gatunku, do którego przynależy. Nieufne wobec ideologii (Lacanowskiego „wielkiego Innego”) kino science-fiction nie potrafi przekroczyć mechanizmu paranoi, która w odpowiedzi na tę nieufność konstruuje blokujący dalsze myślenie krytyczne, wyobrażony, wcielony w kogoś osobowo konkretnego podmiot, który „za tym wszystkim stoi” i „pociąga za sznurki” (a zwany „Innym Innego”). W filmie Camerona jest to tych kilku „złych wojskowych” stojących na samym szczycie struktury operacyjnej (i ewentualnie w domyśle korporacja, która finansuje całą operację). Paranoja uniemożliwia kolejny krok myślenia krytycznego, które mogłoby następnie poddać analizie złożoność stosunków władzy oraz praktyki reprodukujące ideologię, w które swoim codziennym działaniem uwikłany jest każdy podmiot żyjący w społeczeństwie. I zgodnie z logiką paranoi „Innemu Innego”, który „za tym wszystkim stoi”, biegunowo przeciwstawiony jest pozbawiony moralnej skazy (choć obarczony maskującym to nieco, ale pełniącym właśnie jedynie zwodniczą funkcję maskującą, defektem fizycznym w postaci kalectwa) „szlachetny wojownik”, który mocą swej determinacji stawi czoła złu.

Tak to już jest, że jeśli film tyle kosztuje, to nie może wyważyć wszystkich drzwi. Nie przegapmy jednak tego kluczowego wątku, w którym Avatar jest naprawdę ciekawy, który czyni ten film czymś więcej niż kaskadą technologicznych cudów i który odsłania problem wciąż zbyt rzadko poddawany krytycznej refleksji – nie tylko w popularnym kinie gatunków, ale nawet w dyskursie akademickim.

Komentarze
mhnatiuk   |24.01.2010 10:45:03
"Prawdą nowoczesnych wojen, jakie kapitalistyczne potęgi prowadzą z resztą
świata (nie przypadkiem film rozpięty jest na jawnych aluzjach do agresji na
Irak), jest dominacja ekonomiczna, wyzysk i logika akumulacji kapitału, a nie
trudności porozumienia między kulturami."
Jednak sprowadzając przyczyny
wojen tylko do ekonomii, a pomijając kwestię kultury lądujemy na starych
deterministycznych śmieciach, podobnie kończymy, kiedy redukujemy wszystko do
"cultural studies". Trzeba zatem wrócić nie do samego Lacano-Zizka, co
do Laclau i Mouffe.
Eponymus   |07.04.2010 02:42:36
Zdanie, że logika akumulacji kapitału jest podstawowym stosunkiem społecznym i
leży u podstaw wojen imperialistycznych, nie jest żadnym ekonomizmem, jak chcą
kulturalistyczni postmoderniści. Ekonomizm to marksistowska etykieta, która
służyła na oznaczenie 2-międzynarodówkowej tendencji postrzegania walk klasowych
jako wyniku niedostosowania stosunków społecznych (nadbudowy) do rozwoju sił
wytwórczych oraz innych kretyńskich uproszczeń w stylu: wszystko zależy od
interesów ekonomicznych (jak pieprzyli liberystyczni ekonomiści nierozumiejący
Marksa).

Biadolenie o ekonomizmie ma dzisiaj na lewicy odegnać nieprzyjemne
tematy wyzysku i walki o prawa pracownicze, które są postrzegane jako temat
zastępczy dla "wojen kultrowych". Problem w tym, że dla radykalnej
lewicy nie jest problemem dołożenie kilku postulatów obyczajowych, a dla lewicy
kulturowej postawienie jasnego postulatu obrony pracy przed kapitałem -
tak.

A Laclau i Mouffe wycofali się z postmarksizmu po tym jak zostali
złajani przez marksistów z NLR, jak się ostatnio dowiedziałem. Nie ma więc do
czego "wracać".
Eponymus   |07.04.2010 02:51:41
W ogóle podział na "kulturę" i "ekonomię" jest podziałem wtórnym
wobec tego, na czym jest oparty porządek społeczeństw klasowych. Ten podział
legitymizuje lewicowe postmodernistyczne bzdury a w konsekwencji powoduje
odejście od konsekwentnego internacjonalizmu.
Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą pisać komentarze!

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 22.01.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »