> PREMIERA 24 MAJA

Berman_okladka_300px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Życzyłbym sobie, abyśmy w obecnym stuleciu potrafili w końcu połączyć wiedzę naukową i techniczną, rozwiniętą jak nigdy dotąd w historii, z umiejętnościami ludzkimi i politycznymi, które, jak na ironię, są najbardziej w historii zacofane. Dysponujemy wszystkimi środkami naukowymi, technicznymi i nawet finansowymi, aby wykorzenić biedę, głód, ciemnotę dotykającą co najmniej połowę mieszkańców naszej planety. Dlaczego tego nie robimy? Dlatego, że brakuje nam politycznej woli, połączenia pragnienia i działania, żeby to zrobić.

Carlos Fuentes (1928-2012), Contra Bush

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Miłkowski: Telenowela w pełnym metrażu Drukuj
Marcin Miłkowski   
12.11.2008

Widz mieszczański wie, że nie uchodzi oglądać seriali i telenowel, ale głęboko tęskni za prostym schematem, w którym Dolores umiera na raka, Pedrowi pęka serce z rozpaczy, a zbuntowana Isaura rzuca nieobecnego Jose (znowu wyjechał do Sao Paulo!) dla zawsze wiernego Juana. Wystarczy trochę nieostro to sfilmować, zrobić z Dolores wziętą pisarkę (choćby kryminałów), z Pedra reżysera i byłego działacza opozycji, z Isaury artystkę, a wszystko okrasić nowoczesną muzyką. W rezultacie dostajemy tabloidową papkę, która udaje wielką Sztukę. Papka nazywa się 33 sceny z życia (reż. Małgorzata Szumowska).

Banał pozostaje jednak banałem i głębię ma tylko pozorną – niczego nowego widz się nie dowiaduje. Śmierć na raka oczywiście jest smutna, męcząca i daleko jej do wzniosłości. Tylko dlaczego mamy się przejąć śmiercią matki głównej bohaterki, o której praktycznie nic nie wiemy? Doświadczenie śmierci okazuje się – jak w setkach innych filmideł – ciężką próbą dla rodziny, ale akurat w tym filmie kompletnie nic z niej dla bohaterów nie wynika. Jako przedstawiciele wolnych zawodów mają dużo czasu na cierpienie, lecz pozostają puści jak celofanowe postaci z latynoskich seriali. Być może jest to w pewnej mierze skutkiem ubóstwa środków aktorskich – oto wcielający się w rolę Adriana Peter Gantzler zachowuje twarz bez wyrazu godną samego Stevena Seagala. Mierną rolę pogrąża niewyraźny dubbing. Julia Jentsch, wcielająca się w postać głównej bohaterki (też Julii), dzielnie wtóruje Gantzlerowi, trzymając się jednej histerycznej pozy przez dwie trzecie filmu - ale przynajmniej jej dubbing słychać. Każdy z aktorów ma przy tym do odegrania całkowicie papierowy schemat: oto (odrobinę) zbuntowana córka z trudem znosi śmierć skłóconej z ojcem matki (Hajewska-Krzysztofik); ojciec (Andrzej Hudziak) okazuje się bezradnym alkoholikiem, a matka sfrustrowaną i niedocenioną pisarką. Mąż Julii, Piotr (w tej roli Maciej Stuhr) to zafiksowany na sobie, wrażliwy egotysta, który na czas umierania teściów znika na zagranicznych próbach. Jedyny moment, kiedy film wykracza odrobinę poza telenowelowy schemat, to scena namaszczenia umierających przez byłego księdza (w tej roli najlepszy w filmie Rafał Maćkowiak). Jej tragikomizm pozostaje jednak bez związku ze sztampową fabułą i jest tylko marginalnym ornamentem, choć zapewne wiele można by snuć refleksji na temat postsekularnego rytuału w Polsce. Sceny z życia pozostają statycznymi scenkami, które nie pokazują przekonująco cierpienia.

Jak zauważył Żiżek, w hollywoodzkich filmach katastroficznych i sensacyjnych dominuje schemat rozbitej rodziny, która z trudem znowu się schodzi. Film obyczajowy nie musi jednak podążać tą drogą: w ostatecznym rozrachunku na tym polega jego realizm, że czyni postaci filmowe (albo widza) bohaterami pewnej opowieści rozwojowej, która mówi coś nowego. Gdy jest jednak statycznym obrazem, w którym wydarzenia w istocie nie zmieniają bohaterów, staje się namiastką filmu obyczajowego, w której wykorzystano kilka oklepanych sztuczek. Widz boi się śmierci na raka i współczuje umierającym – dobrze, pokażmy więc takiego bohatera. Widz spodziewa się, że krakowski reżyser po śmierci żony się zapije – dobrze, pokażmy zapijanie się. Widz oczekuje tragedii z wyższych sfer – zróbmy bohaterów artystami. Niech reżyser zapija się, obcując z duchowością Zachodu – niech czyta Hessego, a nie rozwiązuje krzyżówki. Nic dziwnego, że bohaterka nie jest kasjerką w supermarkecie, a mąż akwizytorem – tragedia w Biedronce nie jest aż tak wzniosła, gdyż kasjerka nie ma własnego atelier i musi myśleć o  utrzymaniu rodziny. I tak oto arystokracja z telenoweli latynoskiej zostaje wiernie skopiowana w postaci polskiej, krakowskiej arystokracji duchowej. Każde stereotypowe oczekiwanie zostaje tu zaspokojone.

Nic dziwnego więc, że tu i ówdzie ktoś w kinie nerwowo się zaśmieje; że słychać ulgę, gdy pojawiają się napisy. Tragedia Isaury z Krakowa nie porusza, bo nie jest żadną tragedią. Jest po prostu nużącą opowiastką o tym, że śmierć na raka jest niedobra, ale trzeba się z nią oswoić, chociaż młodzi o niej nie pamiętają, oj, nie pamiętają… Litości.

Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 12.11.2008 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.79611 Seconds