Nowość w sklepie KP

kp20_przod_100px.jpg
1proc-male-1proc.png

Komentarze

Ssaki Ciernistych Krzewów
 -step (23 komentarzy)
Piesek Lulu sika na orientalizm
 -tribute (1 komentarz)
Dzieci lubią misie...
 -maciej (2 komentarze)

Przegląd prasy

CYTAT DNIA

Wyobrażałam sobie człowieka, który po wielogodzinnej podróży z Kijowa wysiada z pociągu o 6.50 rano, przechodzi przez brudne podziemia Dworca Centralnego i idzie w stronę Nowego Światu. Nagle przeciera oczy. Widzi palmę.

Albo człowieka, który codziennie jeździ do pracy tramwajem przez rondo de Gaulle’a – wsiada w tramwaj na Pradze, mija most Poniatowskiego i nagle, nieco zaspany, widzi przez okno tramwaju dziwny pień, potem podnosi oczy do góry i widzi tropiki albo Bliski Wschód, albo Meksyk, widzi coś, co nie przynależy do Warszawy, ale przecież jest tutaj. Palma miała działać jak film, miała mieć taką samą zdolność tworzenia iluzji.

Moment, w którym trzeba wymyślić, jak z kimś być, jest momentem, w którym zaczyna się wszelka polityka.

Joanna Rajkowska
Advertisement
Majmurek: Wymazywanie Drukuj
Jakub Majmurek   
08.04.2009
Zgadzam się w zupełności z Joanną Ostrowską, że Lektor Stephena Daldry’ego rozczarowuje; to rzeczywiście film miałki i grzęznący w stereotypach. Historia związku Michaela (nastolatka z mieszczańskiego domu) i Hanny, dorosłej kobiety, którą po latach Michael spotka jako student prawa na procesie przeciw strażniczkom w obozach zagłady, nie przekonuje. Bez wątpienia jest to nieudana próba filmu rozliczeniowego. Z tym, że stawką rozliczenia nie są tu tylko narodowy socjalizm i Zagłada, ale również, a nawet przede wszystkim problem niemieckiego roku ’68. Oczywiście, roku ’68 na ekranie nie widać, a sam główny bohater Michael urodził się o cztery, pięć lat za wcześnie by w 1968 roku okupować sale wykładowe i ścierać się na ulicach z policją. Ale mimo to (a nawet powiedziałbym, że przez to jeszcze silniej) film mówi przede wszystkim o doświadczeniu pokolenia ’68 roku. Film Daldry’ego poniósł całkowitą intelektualną i artystyczną porażkę. Jednak nie tylko ze względu na to, jak bardzo sztampowo podchodzi do problemów, które podejmuje. Prawdziwym problemem są bowiem założenia, jakie stoją za tym filmem, zadania, jakie sobie wyznacza. Stawką Lektora jest bowiem, moim zdaniem, próba rozgrzeszenie kultury.

Po tragedii holocaustu cały świat zadawał sobie pytanie: jak mogło dojść do tej tragedii? Zwłaszcza w Niemczech, ojczyźnie poetów i filozofów, kraju Kanta, Beethovena i Goethego? Wśród odpowiedzi dają się wyodrębnić trzy podstawowe stanowiska; pierwsze widzi w nazizmie i wydarzeniu Zagłady eksplozję irracjonalnego barbarzyństwa, zaprzeczenie wartości europejskiej kultury. Drugie w nazizmie widzi wyraz, czy raczej wypaczenie pewnych prądów europejskiej (a zwłaszcza niemieckiej) kultury, obecnego w niej od zawsze irracjonalnego pierwiastka, utożsamianego z tradycją romantyczną, nacjonalizmem etc. Trzecie stanowisko, które swój najpełniejszy wyraz znalazło w Dialektyce oświecenia Horkheimera i Adorna, szło najdalej: obozy zagłady to nie zaprzeczenie, ale konsekwencja pewnych tropów, postaw, sposobów myślenia i postępowania, zupełnie fundamentalnych dla kultury Zachodu. W ich ujęciu wielka, wysoka, zachodnia kultura była współwinna Zagłady, a przynajmniej miała dobre powody do tego, by po Holocauście nie czuć się zbyt komfortowo i by się tłumaczyć.

Lektor staje całkowicie po stronie pierwszego z tych trzech stanowisk, stara się uniewinnić kulturę, przeciąć jakikolwiek jej związek, z tym, co Niemcy zrobili z Żydami w okresie wojny. Osobą, poprzez którą film dokonuje rozrachunku z nazizmem, jest Hanna, niepiśmienna, prosta kobieta, zupełnie wykluczona z porządku kultury. Swoją drogą sposób konstruowania kobiecości przez film Daldry’ego jest niezwykle mizoginiczny i stereotypowy. Kobieta jest tu istotą biologiczno-seksualną, wykluczoną z porządku symbolicznego, niezdolną do ukonstytuowania siebie jako wolny, racjonalny podmiot, do uwewnętrznienia i zrozumienia etycznych norm, jak w najbardziej konserwatywnych interpretacjach psychoanalizy. Gdy Hanna w końcu uczy się czytać, gdy wchodzi w porządek kultury symbolicznej, to popełnia samobójstwo. Nie chodzi tylko o to, że kobieta zrozumiała ciężar swojej winy. Jej samobójstwo w ramach filmowego tekstu mówi tak naprawdę coś zupełnie innego: w porządku symbolicznym, porządku prawa, litery, kultury, etyki nie ma miejsca dla kobiety, kobieta nigdy nie może w pełni wejść w ten porządek, jego bramy są przed nią zamknięte. Gdyby film Daldry’ego przedstawił to jako problem, gdyby użył tego do oskarżenia kultury, mógłby powiedzieć coś ciekawego. Tak się jednak nie dzieje.

Tworząc postać nazistowskiej zbrodniarki wykluczonej z kultury, film Daldry’ego jednocześnie uniewinnia kulturę ze współudziału w jej zbrodniach, a pośrednio w zbrodniach nazizmu w ogóle. Nie wiem, na ile jest kwestią przypadku, że Michael czyta Hannie Odyseję, tekst, który dla Horkheimera i Adorno jest punktem wyjścia dialektyki oświecenia (a której punktem dojścia są obozy koncentracyjne). Ale Michael czyta wielki poemat Homera w taki sposób, jakby pytania postawione temu tekstowi i europejskiej kulturze przez tych filozofów (i ich następców) nigdy nie padły, tak jakby można było niewinnie i naiwnie czytać wielką europejską literaturę w powojennych Niemczech. Po tym, co stało się w Oświęcimiu, czytanie wielkich tekstów jest w filmie nabożnym rytuałem, nie ma żadnego momentu krytycznej refleksji nad wieloznacznymi znaczeniami, jakie niosą. W filmie doświadczenie nazizmu przedstawione jest jako negatyw kultury, jej całkowite zaprzeczenie. Nie bez przyczyny w ostatniej scenie filmu Michael i kobieta ocalona z Zagłady (niedoszła ofiara Hanny) przeznaczają pieniądze kobiety na „walkę z analfabetyzmem”. W domyśle: tak jakby alfabetyzacja miała nas w przyszłości uchronić przed tragediami podobnymi do Holocaustu.

Trudno o bardziej zużyty filmowy obraz niż grany przez przystojnego aktora nadzwyczaj wyrafinowany nazista, słuchający w przerwach między torturowaniem swoich kolejnych ofiar, oper Wagnera i kwartetów Schuberta. Ale Lektor przeciwstawia tej kliszy obraz tak samo stereotypowy, naiwny i miałki. Obrona kultury, którą film podejmuje, tak naprawdę niszczy – poprzez formę, w jakiej na ekranie opowiedziana została historia – to, czego próbuje bronić. Nie umiem znaleźć żadnych racji poza handlowymi, dla nakręcenia tego filmu po angielsku z angielską obsadą. W efekcie, tego, co widać na ekranie, nijak nie da się odnieść do żadnej rzeczywistości, poza rzeczywistością spektaklu. Widmowa, bo nieistniejąca poza produkcją telewizyjną i filmową angielszczyzna filmu razi i nie pasuje do wagi tematu, nadaje słowom wypowiadanym przez bohaterów fałszywe brzmienie. Kate Winslet (nigdy nie umiałem zrozumieć zachwytów nad tą aktorką) mówiąca po angielsku z akcentem bardziej wytwornym niż przeciętny użytkownik tego języka, ale nie na tyle wytwornym, by stanowiło to barierę dla średnio znającego ten język międzynarodowego widza, jest zupełnie nieprzekonująca w roli niepiśmiennej, prostej, niemieckiej kobiety. Hiperrealistycznie odtworzone krajobrazy powojennych Niemiec nabierają w wyniku tego wszystkiego swoiście widmowej jakości. W swoje własne widma zmieniają się też wielkie teksty kultury, które próbuje bronić film, bowiem istnieją one w nim tylko w takim stopniu, w jakim mogą być zasymilowane przez współczesny spektakl, przez głównie obrazkowy przemysł kulturowy.  

W filmie Daldry’ego mamy do czynienia z ruchem potrójnego wymazywania. Po pierwsze wymazuje on całą debatę o odpowiedzialności kultury za tragedię Zagłady, próbuje wymazać wszelkie pytania i wątpliwości na ten temat. Po drugie, film wymazuje tą samą kulturę, którą próbuje bronić. Czytani przez Michaela Czechow i Homer odsyłają najwyżej do swoich telewizyjnych adaptacji, nie do rzeczywistych tekstów i znaczeń, jakie te ze sobą niosą.

I wreszcie, po trzecie, film próbuje wymazywać dziedzictwo roku ’68. Film mówi bowiem tak naprawdę o ’68 roku – ale nie po to, by, pomóc zrozumieć, o co wtedy tak naprawdę chodziło, ale po to, by pomóc o tym zapomnieć. Film zbudowany jest głównie z retrospekcji, większość tego, co widzimy na ekranie to wspomnienia dorosłego Micheala z okresu, gdy był nastolatkiem w Niemczech późnych lat pięćdziesiątych. Dorosły Michael w latach dziewięćdziesiątych; zamożny prawnik, człowiek sukcesu, mieszkaniec pięknego mieszkania pełnego książek, symbolizuje współczesność pokolenia ’68, które płynnie weszło w establishment i pojednało się z rzeczywistością, którą niegdyś gwałtownie kontestowało. Michael mierzy się z własną przeszłością, ale w tej przeszłości brakuje w filmie jednego niezwykle ważnego momentu: nie wiemy, co Michael robił na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, co robili wtedy jego starsi koledzy. Raczej nie rzucał w policje kamieni, ale może, przeczytawszy frankfutczyków, nie był już dłużej w stanie czytać niewinnie Homera? Wiemy, że miał konflikt z ojcem, dowiadujemy się, że nie było go na jego pogrzebie, ale to wszystko. Dojrzały Michael (z lat ’90) jedna się z nawiedzającym go widem własnego, młodszego „ja” (co symbolizuje scena, gdy razem z córką odwiedza grób Hanny). Ale ten proces dokonuję się za cenę wyparcia przez Michaela tej części jego doświadczenia biograficznego, którą reprezentuje rok ’68, za cenę wyparcia pamięci o dawnej kontestacji, buncie, sprzeciwie wobec wartości, których wyrazem jest to życie, jakie sam Michael prowadzi w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. I to właśnie film Daldry’ego mówi pokoleniu ’68: „zapomnijcie”. Zapomnijcie, o co kiedyś walczyliście, zapomnijcie wasz bunt i gniew. Zapomnijcie niewygodne pytania, jakie stawialiście waszej kulturze, kultura jest niewinna. A jednocześnie jedyna kultura, jaka ostaje się w uniwersum tego filmu, to ta wytwarzana przez przemysł kulturowy.

Sam film Daldry’ego jest doskonale sformatowany produktem tego przemysłu. Zawsze w kinie istnieli reżyserzy, którzy specjalizowali się w obsługiwaniu publiczności, która ma ambicję zobaczyć jakiś „wartościowy film”, ale nie chce się przy tym zbyt zmęczyć, nie chce by jej przyzwyczajenie odbiorcze, wartości i przekonania były szczególnie drażnione w trakcie seansu. Nie umniejszam wagi takiego kina, kino, które w sposób dla widza bezpieczny i przyjemny zaspokaja jego potrzebę „obcowania ze sztuką filmową” (której to potrzeby w ten sposób na pewno nie zaspokoją np. Michael Haneke i Catherine Breillat) ma na pewno swoje racje bytu. Do tej pory mistrzem takiego kina w Europie był Giuseppe Tornatore, po Lektorze (choć już Godziny, a nawet jeszcze bardziej Billy Elliot na to wskazywały) widać, że Daldry przejmuje od niego mistrzowski pas w tej konkurencji.

Czytaj też: Zła miłość - recenzja Joanny Ostrowskiej.

Na podobny temat




  Skomentuj

Tylko zarejestrowani użytkownicy mogą komentować artykuły.
Zaloguj się lub zarejestruj.

Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.3
Polska adaptacja - JoomlaPL.com Team

Aktualizacja    ( 18.04.2009 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »