Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Czarnacka: Wielka feministyczna ściema Drukuj
Agata Czarnacka   
14.03.2010

agora_s.jpgZapowiedzi były bardzo piękne. Rachel Weisz, aktorka piękna, choć o „trudnej” urodzie (mało hollywoodzkie zdecydowane brwi i wąskie usta) dawała szumne wywiady o zaangażowaniu w alternatywne, ambitne projekty. Wszyscy pamiętam przejmującego „Wiernego ogrodnika” z jej oskarową rolą. Wywiady na temat fabuły filmu też dobrze rokowały: bohaterką obrazu jest matematyczka Hypatia - „ikona feministek”, postać, „która istniała naprawdę”, i, co aktorka podkreślała z uśmieszkiem, „dziewica”.

Okazuje się, że w IV wieku w Aleksandrii, podporządkowanej Rzymowi grecko-egipskiej portowej metropolii, zachowanie dziewictwa było koniecznością dla kobiet, które chciały rozmawiać jak równe z równym z mężczyznami. By funkcjonować na tytułowej agorze, to znaczy - wspierać radą najpierw ojca, wysokiego urzędnika, a następnie zaprzyjaźnionego prefekta w rozgrywkach z mało rozgarniętym „rządem” (chyba senatem?) miasta - Hypatia poświęciła swoją cielesność, do której wedle twórców filmu czuła niejakie obrzydzenie (w jednej z mocniejszych scen prezentuje wielbicielowi zakrwawioną chustkę - krew menstruacyjna ma dowodzić według niej „braku harmonii”, jakiej zamiast w ciele kobiet - powinien szukać w astronomii). W momentach krytycznych i tak jej nikt nie słucha, przez co na miasto spadają kolejne katastrofy.  

Mimo swojego autorytetu -  Hypatia jest szanowaną nauczycielką akademicką, a przez jej zajęcia przewinęła się co najmniej połowa lokalnych decydentów - a za to jak przystało na potwierdzający regułę wyjątek, bohaterka nie robi ani jednego gestu w stronę innych kobiet. Nie szuka żadnej zdolnej następczyni, nie interesuje się też ukaranymi niewolnicami, choć do wybatożonego niewolnika przychodzi nocą, żeby opatrzyć mu plecy. Nie jest zresztą pewne, czy w Aleksandrii istniały jeszcze jakieś inne Rzymianki. Na filmie poza Hypatią widzimy jedynie kilka płaczących Żydówek w scenie wypędzenia i parę nawróconych na chrześcijaństwo niewolnic, ale nie słyszymy, co mają do powiedzenia.  

Hypatia z arogancją i obojętnością traktuje nie tylko kobiety. Twórcy filmu przynajmniej w jednym dochowali wierności historycznej prawdzie - rzymscy obywatele nie uznawali niewolników za ludzi i nasza bohaterka nie była tu wyjątkiem. W roztargnieniu doprowadza służącego do seksualnej pasji, z zaskoczeniem raczy zauważyć, że czegokolwiek się nauczył, podnosząc na jej zajęciach chusteczkę - rekwizyt służący do prezentowania zasad grawitacji… Innego niewolnika, krzepkiego sześćdziesięciolatka zatrudnionego jako pomoc laboratoryjna bez wahania wysyła z ciężkim ładunkiem na maszt łodzi, żeby przeprowadzić eksperyment, i bez wahania korzysta z jego wiedzy i opinii w badaniach, do których, jak wiemy,  zachowa - mówiąc językiem współczesnym - pełne prawa własności intelektualnej.

Film Amenabara mógłby stać  się interesującą analizą kolonialnej arogancji tradycyjnie pogańskich Rzymian jako czynnika, który napędzał rozwój chrześcijaństwa w IV w. n.e., gdyby chociaż w większym stopniu skupiony był wokół wątku równości. Ale po tym, jak Hypatia każe się pojednać chrześcijaninowi i poganinowi, przywołując Euklidesa (jeśli A=B i B=C to A=C, w tym wypadku C to Hypatia), sama burzy precyzyjnie zbudowany układ równań, na chusteczce udowadniając własną niedoskonałość.  

Z początku wydawało się,  że podziały religijne idą w poprzek podziałów klasowych -  nawracają się wszyscy: obok aleksandrujskich niewolników studenci Hypatii, senatorowie, a nawet sam cesarz (co interesujące, wśród wielu dłużyzn nie znalazło się miejsce na najmniejszą nawet wzmiankę o soborze w Nicei). Ale już niebawem wdzięczny widz o wyczulonym uchu ze zdumieniem musiał skonstatować, że niemal jak jeden mąż wszystkim chrześcijanom fatalnie zepsuł się akcent, wskazując na „zamorskie” pochodzenie, Afrykę Północną (czemu nie?) albo wręcz okolice Zatoki Perskiej. Senatorowie zaś, bez względu na kolor skóry, mówią, jakby pokończyli Oksford. Wrażenie pogłębiają kostiumy i charakteryzacja: niemal wszyscy chrześcijanie są smagli, niedogoleni, kolebią się na boki, noszą turbany lub kaptury i coś w rodzaju hidżabów, podczas gdy wyprostowani i szczupli Rzymianie mają dystyngowane pociągłe twarze Ojców Założycieli, dystyngowanych pastorów czy wiktoriańskich lordów, a do ikonicznego wyglądu Juliusza Cezara brak im jedynie wieńca laurowego na siwej skroni.  

Przesłaniem filmu ma być  potępienie fanatyzmu w imię demokracji, która jako jedyna potrafi sama siebie kwestionować. Scena, w której Hypatia mimo zagrożenia życia odmawia nawrócenia się na chrześcijaństwo, gdyż musiałaby się wówczas wyrzec wolności myśli i krytycznej swobody, jest naprawdę przejmująca. Klasycy liberalizmu: Karl Popper od „społeczeństwa otwartego”, John Rawls promujący „dialog rozumnych rozległych doktryn” czy Jürgen Habermas ze swoim „rozumem komunikacyjnym” - na pewno popłakaliby się ze wzruszenia. Oto istota filozofii od czasów Sokratesa! Już wiemy: demokracja liberalna jest filozofią, filozofia jest demokracją liberalną, jedno w całości zawiera się w drugim (czy nam to czegoś nie przypomina?). W imię tak pojętych ideałów demokratycznych nie zawahamy się ruszyć zbrojnie na religijnych fanatyków. Co prawda, niby są to chrześcijanie, ale wyglądają jak islamiści, mówią jak islamiści, tak jak islamscy fanatycy w Afganistanie niszczą bezcenne dzieła sztuki, posągi i książki, a i cytowane przez nich fragmenty Pisma brzmią raczej jak wyjęte z Koranu.  

Przez bite dwie godziny miałam nadzieję, że ten historyczny fresk okaże się choć  odrobinę ironiczny, choć w jednym miejscu mrugnie okiem do widza, pozwalając na nieco mniej czarno-białą interpretację. Z niedowierzaniem czytałam recenzje chwalące go jako film feministyczny i antychrześcijański. Wygląda na to, że żyjemy już w epoce nie tylko feministycznego backlashu, w której walka o prawa i pozycję kobiet sprowadziła się do promowania ich udziału w gremiach rządzących, ale i w erze post-postkolonialnej. Temat dominacji na tle etniczno-religijnej mamy już tak dobrze przerobiony, że nikomu nie przeszkadza otwarta pochwała „starego porządku”, w którym tylko część ludzi miała status człowieka, ale za to świeciło słońce i kwitła wymiana handlowa z korzyścią dla imperium.


 — -
Polecamy również:

Bożena Keff: Hypatia z Hollywood

W czasie jej życia świat, do którego należała Hypatia zaczął odchodzić, i wreszcie zniknął, a powstał nowy. Na ile jednak ten nowy świat był odpowiedzią, więc i kontynuacją, swojej starożytnej przeszłości? Na wiele, trzeba powiedzieć, bo jakie reżimy takie rewolucje, a czasu przeskoczyć nie można. Chrześcijański świat kontynuował jakiś czas wszystko, co w starożytności było okrutne, łącznie z niewolnictwem. Ale nie to, co reprezentowała Hypatia, nie naukę, wiedzę, kulturę.

W czasie ugruntowywania się tego nowego na gruzach starego, kiedy zwalono już wszystkie pomniki Buddy, Lenina czy Izydy, filozofka Hypatia stała się solą w oku biskupa, jako kobieta, która żyje wbrew postanowieniom boga, gdyż biskup Cyryl je znał, podobnie jak dziś biskupi znają upodobania boga w sprawie in vitro, aborcji, prezerwatyw. (Jakoś zjechali na ciało, na jego dolną połowę)
- Bożena Keff o filmie Agora na witrynie ha.art.pl.

Komentarze
Dodaj nowy
step  - Yes yes yes   |14.03.2010 14:06:30
Mimo wysiłków filozofów różnych szkół, którzy próbowali uwznioślić pogaństwo,
pogaństwo było częściej amoralne niż moralne, egoistyczne niż altruistyczne,
bezmyślne niż myślące. Marmurowe świątynie były dla elity - dla ogromnej
większości pogan pogaństwo oznaczało tępą magię.
Spokojny   |15.03.2010 03:10:55
Stepie drogi, czy mógłbyś mnie poganinowi wyjaśnić czym się różni magia tępa od
nietępej?
Drugie pytanie jakie miałbym do ciebie - mówisz, że pogaństwo
częściej amoralne a chrześcijaństwo jak rozumiem częściej moralne i w związku z
tym chrześcijaństwo lepsze. Czyli moralne lepsze niż niemoralne. Ale czy
uznanie, że moralne jest lepsze niż niemoralne pochodzi z samego chrześcijaństwa
czy z czegoś innego? Bo jeśli tylko z chrześcijaństwa, to dlaczego taka
argumentacja miałaby do mnie jako poganina trafiać? Czyżbyś zakładał, że poganin
jest podświadomym chrześcijaninem i do tej podświadomej chrześcijańskiej
osobowości poganina się w tej argumentacji odwołujesz? Czy też może
przedkładanie moralnosci nad niemoralność (czymkolwiek by były :) jest
niezależne od bycia-niebycia chrześcijaninem? No ale jeśli tak, to jakiż pożytek
z przypisywaniu moralności chrześcijaństwu właśnie?
Zamorano   |15.03.2010 05:56:07
@Ale czy uznanie, że moralne jest lepsze niż niemoralne pochodzi z samego
chrześcijaństwa czy z czegoś innego? Bo jeśli tylko z chrześcijaństwa, to
dlaczego taka argumentacja miałaby do mnie jako poganina trafiać?

Akurat to
założenie jest starsze niż chrześcijaństwo. Na przykład myśl stoicka, albo
irański zaratusztrianizmem, z jego aksjologią dobrych i złych uczynków.
Oczywiście wizja pogaństwa by step jest strasznie uproszczona. W poście pana
Tomasza jest moim zdaniem cała wielkość, ale i absolutnie wszystkie przesądy
myśli protestanckiej:) Zwłaszcza, że trudno mówić o jednym pogaństwie. Inaczej
będą wyglądały kulty solarne inaczej kulty Wielkiej Matki np. u Celtów. I tak
dalej:) Jeszcze inaczej u Słowian. Mi osobiście najbliższa jest postawa
profesora Zygmunta Kubiaka, który mawiał o sobie, że jest jednocześnie
chrześcijaninem i poganinem, a jedną z fundamentalnych swoich praco dziejach
greków i Rzymian zatytułował "Piękno i gorycz Europy".
step  - Panowie, luz   |15.03.2010 06:38:32
Nie zamierzałem Was urazić, a jeśli tak się stało, to przepraszam.

Nie
napisałem, że jest "chrześcijaństwo częściej moralne", bo jeśli spojrzeć
na praktykę, to chrześcijanie bardzo często nie zachowywali się bardziej
moralnie niż poganie. Nie napisałem, że moralność pogańska od razu i pod każdym
względem musi być od razu niższa od chrześcijańskiej. Dorobek stoików i nie
tylko stoików doceniam (jak pisałem wyżej: filozofowie różnych szkół próbowali
uwznioślić pogaństwo, zrobić z niego religię uniwersalną, albo przynajmniej
przemyślaną i przeżytą na najwyższym poziomie). Nie potępiam tych ludzi, tych
szkół i tych myśli. Ja oczywiście wartościuję - jako chrześcijanin przyjmuję
nauczanie Ewangelii za najwyższe. Ale w ogóle nie o tym pisałem w moim
komentarzu! Chciałem tylko trzeźwo zauważyć, że codzienna i powszechna
rzeczywistość pogaństwa nie była na poziomie marmurowych świątyń i rozważań
Seneki (podobnie jak ogromna większość chrześcijan codziennie daje ciała nie
kierując się Ewangelią). Polecam książkę Chuvina: "Ostatni poganie". Są
tam opisane różne ciekawe przypadki, jak np. pogański kapłan-znachor zalecający
złożenie ofiary z Murzyna aby zyskać przychylność bogów. Być może tu jest
odpowiedź na pytanie o różnicę między magią tępą a nietępą… Chociaż może nie
powinienem w ogóle robić takiej różnicy, bo jako chrześcijanin odrzucam wszelką
magię, cuda pozostawiając Bogu.
W każdym razie, po kilku takich lekturach
odnosi się wrażenie, że trzonem pogaństwa było to, co przetrwało do
średniowiecza i dłużej: magia domowa. A marmury i filozofie stanowiły piękną
nadbudowę, która jednak nie przetrwała zetknięcia z chrześcijaństwem - albo też
została przez chrześcijaństwo wchłonięta. "Tępa magia" okazała się
trochę bardziej odporna, pewnie dlatego, że o wiele bardziej powszechna.

Ale
z drugiej strony - i z tej "tępej magii" bardzo dużo przyswoiło sobie
chrześcijaństwo (posągi, obrazy, święci-bożkowie, wody święcone i inne rytuały)
stając się tępym katolicyzmem, niestety. Mam wrażenie, że z adeptami właśnie
takiego tępego "chrześcijaństwa" zetknęliście się, panowie - i dlatego w
dyskusjach z chrześcijaninem przyjmujecie od razu postawę tak obronną…
Spokojnie, ja nie gryzę. Pax!
Zamorano   |15.03.2010 07:07:39
Ja też jestem chrześcijaninem, chciałem tylko napisać, że jestem również pokorny
wobec tradycji pogańskiej Europy i osiągnięć tej kultury (nawet Święty Paweł w
Atenach się na ten szacunek zdobył; On w swoim wystąpieniu cytował nawet z hymnu
Kleantesa na cześć Zeusa). Ma pan wiele racji co do tematu "pogaństwa w
praktyce", ale to trochę jak ze śmiercią Hypatii. To zabójstwo też było
trudno uznać za zgodne z duchem Ewangelii. Pomimo tego ja nie uważam, że ta kaźń
definiuje w pełni wczesne, antyczne chrześcijaństwo. Że jedyna rzeczywistość
chrześcijaństwa to kaźń nieprawomyślnych, a wszystko inne jest fasadą. Choć
często teraz klimat intelektualny jest taki, żeby wyłącznie do prześladowań i
przemocy temat sprowadzać.
Spokojny   |15.03.2010 07:46:28
Niespecjalnie jestem urazliwy. Ale w samym tym opisywanym przez ciebie podziale
na "poganskie" i "chrzescijanskie" zawarte jest przekonanie, ze
chrzescijanska mysl stanowi jakas nowa jakosc. Osobiscie nie do konca rozumiem
na czym ta nowa jakosc by miala polegac. Co jest takiego szczegolnego Stepie w
chrzescijanstwie, co nie jest ta tepa magia, inne jest niz stoicy, czy buddyzm
mahajany, inne niz kategorie zaratusztrianskie itd.? Co to takiego jest co czyni
te akurat religie czyms innym? Toz oczywiste jest, ze na calym swiecie ci ktorzy
mieli szczescie urodzic sie jako majacy na cos realny wplyw mogli przezywac
kontakt z zaswiatami jako poszukiwanie "glebszego sensu", zas ci, ktorzy
mieli nieszczescie urodzic sie jako tego wplywu pozbawieni szukali w zaswiatach
tego co im w realnym swiecie zabrano - skutecznosci w osiaganiu prostych celow.
Czym sie w tym kontekscie rozni dawanie na msze od noszenia kury do szamana?
step  - Pytanie Spokojnego   |15.03.2010 10:51:23
Twoje pytanie, Spokojny, zasługuje co najmniej na całą książkę w charakterze
odpowiedzi.

Na czym polega nowa jakość?

Chrześcijaństwo ewangeliczne
superradykalnie nakazuje odpłacać dobrem za zło. Oczywiście, taki nakaz czy
takie przesłanie pojawiło się przed Jezusem i nawet poza światem
judeochrześcijańskim - czytałem gdzieś, że ten nakaz, wyraźnie sformułowany,
znaleziono na sumeryjskich tabliczkach, pismem klinowym, dobre parę tysięcy lat
przed Ewangelią. I gdyby poszukać w różnych kulturach, pewnie jeszcze parę
takich przykładów by się znalazło.

Jezus formułuje jednak ten nakaz w sposób
wyjątkowo, niespotykanie mocny.

Nie tylko każe odpłacać dobrem za zło, nie
tylko zabrania "walczyć o swoje", ale wręcz nakazuje dawać temu, kto od
nas czegoś chce, więcej, niż ten ktoś chce.

I Jezus zabrania oceniać tego
kogoś. Zabrania uznawać jego "łupiestwa", "łapczywości",
"roszczeniowości" czy "żebraniny" za złą. ("Kto cię uderzy w
policzek, nadstaw mu i drogi, kto chce ci zabrać płaszcz, daj mu także resztę
ubrania, kto chce cię zmusić, abyś szedł z nim milę, ty przejdź z nim i
dwie"; "nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni, jaką miarą osądzicie,
taką miarą będziecie sądzeni").

No i proszę sobie wyobrazić, jak
radykalnie przekształciłoby się nasze życie, gdybyśmy się do tych zasad
zastosowali!

Oczywiście, być może jakiś islamski sufi też kiedyś powiedział
coś podobnego. Niektóre z mahajanistycznych przypowieści o mnichach i
boddhisattwach pokazują, że oni w praktyce też nieraz stosowali zbliżony
radykalizm etyczny. Można się teraz pospierać, na ile mahajana miała kontakty z
chrześcijaństwem i ulegała jego wpływom (co do islamu, jest to bezdyskusyjne).
Ale nie ma sensu (i byłoby bardzo nieewangeliczne) kłócić się teraz o to, kto
był pierwszy. Załóżmy, że buddyzm dotarł do takich przeczuć etycznych sam. Ale w
przypadku chrześcijaństwa to przesłanie nie jest jedną z wielu rzeczy. W
przypadku Ewangelii to przesłanie stanowi jej rdzeń, jest najważniejszą z nauk.
Jest nauką, bez której nie ma Ewangelii.

Wyraża to sama opowieść Ewangelii,
jej wielka narracja.

Bóg jest bezgrzeszny, wszechpotężny, nie podlega naszej
ocenie moralnej. Miałby prawo i moc nas unicestwić lub skazać na piekło nawet
gdybyśmy byli aniołami. A my nie jesteśmy aniołami…

A jednak Bóg kocha nas
tak, że zniża się do nas. Wciela się w człowieka i bierze na siebie jego los w
najgorszej możliwej postaci: winę i karę, hańbę, cierpienie, niewyobrażalną
torturę, śmierć, wreszcie zejście w piekło. I uwalnia nas od kary, dając w
zamian życie wieczne.

W innych religiach bogowie przeważnie wymagają i
karzą. Jeżeli ktoś bierze na siebie trud, walkę, mękę, śmierć i odrodzenie - to
przeważnie odbywa się to w sposób bardzo symboliczny, mniej explicite. I
częściej jest to bóg pomniejszy, heros, jakiś Attis, Mitra, Adonis. Rzadziej bóg
"z wyższej półki", Dionizos czy Ozyrys - a i wtedy trudno mówić w
przypadku Dionizosa czy Ozyrysa o ofierze altruistycznej, dla dobra ogółu.
Możemy spekulować, czy popularność mitu Ozyrysa nie brała się stąd, że
Egipcjanin odruchowo przeczuwał w jego odrodzeniu możliwość własnego odrodzenia
(zdaje się, Ozyrys jakoś był orędownikiem zmarłych). Ale znowu nie to było
najważniejszą treścią i przekazem numer jeden religii egipskiej!

Jezus nie
jest herosem ani bogiem pobocznym. Jezus jest Bogiem, a Jego ofiara jest
najważniejszą treścią chrześcijaństwa, etyczną, filozoficzną i mistyczną.


Jezus jest Bogiem jedynym i najwyższym, jest tożsamy ze swoim Ojcem - i to
bardziej tożsamy niż ja na przykład jestem tożsamy ze mną samym.

Jak to? A
tak, że Jezusa łączy z Ojcem nie tylko tożsamość Bóstwa (to, że są jednym
Bóstwem) - ale także głębokie utożsamienie związane z gorącą miłością
ojcowską/synowską. Trójca Święta jest jednym Bogiem, a zarazem Najgłębiej
Kochającą Się Wspólnotą (Rodziną?)

Mała uwaga: oczywiście, że wywód, który
tu przedstawiam jest nielogiczny, ale ma swój sens (rozumiany jako celowość,
kierunek): pozwala przeczuć siłę Miłości większą niż nasza. Najcenniejsze w
Biblii są te miejsca, gdzie nielogiczności układają się we właśnie taki
"nielogiczny sens", nielogiczny porządek. W tych miejscach, jak sądzę,
możemy mieć przedsmak sensu większego niż nasz, Pascalowskiej logiki serca,
Bożego porządku. Koniec dygresji.

Wracając do sedna: powyższe wywody
tłumaczą, dlaczego niewłaściwa jest "poganizacja" chrześcijaństwa. Czyli
mówienie, że to niby starszy bóg składa sobie w ofierze
młodszego.

Przyglądając się temu dokładniej, co widzimy?

Widzimy, że
Jezus cierpi nie tylko nieskończenie (przejście od nieskończonej, doskonałej
pełni do ograniczenia, poniżenia, hańby, tortury i śmierci jest cierpieniem
nieskończonym).

Jezus cierpi - przepraszam za anty-matematyczną metaforę -
podwójnie nieskończenie. Jako umierający w męce Syn - i jako Syn w pełni czujący
mękę Ojca patrzącego, jak umiera ukochany Syn.

Tak samo podwójnie cierpi
Bóg-Ojciec!

Dla wielu mędrców żydowskich i pogańskich to było najgorszym
bluźnierstwem chrześcijaństwa: że nawet sam niezglębiony, nieporuszony Stwórca
może cierpieć, współ-umierać na krzyżu.

Ale to jest właśnie największe w
chrześcijaństwie.

Nigdzie indziej ten ideał nie został wyrażony w sposób tak
kosmicznie totalny (oba te często nadużywane określenia akurat w tym przypadku
są chyba na miejscu).

Szanuję boddhisattwów, którzy ślubują nie wejść do
nirwany, zanim nawet wszystkie pojedyńcze źdźbła trawy nie zostaną oświecone -
ale rezygnacja z Bożej Pełni na rzecz Krzyża (a nawet zstąpienia do Piekła) to
jeszcze bardziej radykalna realizacja altruistycznego ideału.

Podziwiam
buddyjskiego mnicha, który pozwolił się zjeść głodnej tygrysicy - ale ofiara
tego mnicha nie jest najważniejszą narracją buddyzmu. Najważniejszą narracją
buddyzmu jest Gautama Śakjamuni, który nie głosi radykalnego altruizmu, tylko
raczej propaguje spokojny, superwyważony altruizm połączony ze spokojnym
superwyważonym egoizmem. Takie połączenie jest możliwe, gdy się zakłada, że Ja
jest iluzją (a więc uwalniajmy od cierpienia kogo się da i co się da, czy to
siebie, czy to nie-siebie).

Tymczasem chrześcijaństwo odwrotnie: każe
człowiekowi wziąć swój krzyż. Nie uwalniać się od cierpienia, nie uciekać przed
nim - tylko je przechorować, przejść do końca i w ten sposób rozwiązać!


Chrześcijaństwo, pomijając może niektórych mistyków, uczy też, że Ja nie
jest iluzją. Ja jest rzeczywistością. I to do tego stopnia, że nawet Bóg jest
podzielony na Trzy różne Ja. Aczkolwiek w u Niego ten podział jest od razu
przezwyciężony nieskończenie silną miłością w Trójcy, która to miłość od razu
przywraca jedność. Ta akurat sprzeczność uczy nas, że Ja, źródło egoizmu, może
być też źródłem najsilniejszej miłości, przekraczającej najbardziej
nieprzekraczalne bariery!

I jeszcze jedna rzecz, w której niezwykłość
chrześcijaństwa znajduje sam Auerbach (który poza tym nie miał chyba zbyt wiele
osobistych powodów, aby wychwalać chrześcijan).

W "Mimesis" Auerbach
pisze, że do czasów Jezusa żaden Bóg nie przyjął zasady, że ze śmiesznych
rybaków i pogardzanych celników programowo będzie robić apostołów, mędrców i
proroków. Żaden Bóg nie rozważał najgłębszych problemów mistycznych,
filozoficznych i etycznych z prostytutkami czy wielokrotnymi rozwódkami,
otoczonymi pogardą w swojej wsi (skądinąd też pogardzanej).

Auerbach pisze,
że my, przyzwyczajeni do czytania narracji ewangelicznej jako wzniosłej, nie
rozumiemy, jakim szokiem i skandalem była ona dla starożytnej mentalności
klasycznej. Wszystko, co ludowe lub powszednie i codzienne - ta mentalność
klasyczna widziała jako godne pogardy lub w najlepszym wypadku - pocieszne. Bez
Ewangelii, pisze Auerbach, niemożliwa byłaby realistyczna literatura nowoczesna.
Niemożliwa byłaby myśl społeczna, która nawet w niewolniku widzi człowieka i
pełnoprawnego członka społeczeństwa. Przed Chrystusem Spartakus jest tylko
wyrzutkiem i zagrożeniem. Seneka nie pochyla się nad jego racjami. Po Chrystusie
mędrzec nie może się nie pochylić nad Spartakusem, po jego stronie staje Munzer.
I nawet Luter, który w walce z papieżem musi postawić na niemiecką szlachtę, nie
może nie przyznać, że chłopstwo cierpiało ucisk od tej szlachty i miało prawo
dochodzić sprawiedliwości (Luter przeklina chłopów nie za prostest, tylko za
gwałty i za to, że zamiast prosić o naprawienie istniejącego porządku, chcieli
go od razu wywrócić).

To wszystko może oczywiście nie zmieni Twojego
stanowiska (które szanuję), ale naświetli Ci moje. Myślę też, że widzisz,
dlaczego uznaję chrześcijaństwo za głęboko lewicowe.

Dzisiaj często jest
tak, że ludzie wiążący się z lewicą odruchowo czują większą sympatię dla
pogaństwa czy magii, niż dla chrześcijaństwa.

Myślę, że głównym powodem tej
niechęci nie jest chrześcijaństwo. To prawdą, tę niechęć wywołały w dużej mierze
same zinstytucjonalizowane Kościoły chrześcijańskie i ich zachowanie. One
uprawiały ewangeliczną łagodność głównie względem władzy, a dla biedaków bywały
bezlitosne.

Ale to znaczy, że te Kościoły właśnie sprzeniewierzyły się
Ewangelii, a nie chrześcijaństwu. Powodem niechęci do chrześcijan jest więc
raczej ich niechrześcijańskość, a nie chrześcijańskość.


A który z tych
Kościołów wywołał najwięcej niechęci dla chrześcijaństwa? Który sprzeniewierzył
się najbardziej? Ten, który chciał być władzą sam sobie - i wszystkim innym.
Kościół Rzymski.

Zwróć uwagę, że to właśnie ten najgorszy "kościół"
najwięcej też przejął z pogaństwa i magii. "Pomazywał" ludzi i rzeczy
magiczną wodą "święconą", czcił obrazki, rzeźby, świętych-bożków,
ubóstwiał nawet władcę Rzymu - tyle, że nazywał go już nie cesarzem, a
papieżem…

Co nie obciąża szlachetnych pogańskich mędrców, którzy szukali
sprawiedliwości. Ani też pogańskich wieszczek-szamanek, które chciały się łączyć
z duchem plemienia (to też forma altruizmu, jak sądzę), pomagać cierpiącym,
chronić lud przed głodem. Tego też nie nazwałbym "tępą magią" (chociaż
nie uprawiam). Tam, gdzie ktoś podejmuje duchową wyprawę dla dobra innych,
narażając się w dobrej wierze na Nieznane, lub na trud duszy - tam nie ma
jeszcze nic tępego. Tępe są dla mnie próby załatwienia czegoś mechanicznie,
przez bezduszny rytuał. Tepe jest założenie, że wystarczy sam gest, aby uzyskać
pomyślność. Na przykład, tępe jest katolickie przeświadczenie, że sakrament sam
w sobie ma moc - nawet jeśli nikt z uczestników rytuału, włącznie z suto
opłaconym księdzem, w rytuał nie wierzy lub nie myśli nad jego sensem. To jest
tępe, jak spluwanie przez lewe ramię.
step  - Mała errata   |15.03.2010 11:06:31
Jest:

"Ale to znaczy, że te Kościoły właśnie sprzeniewierzyły się
Ewangelii, a nie chrześcijaństwu"

Miało być:

"Ale to znaczy, że
te Kościoły właśnie sprzeniewierzyły się Ewangelii czyli
chrześcijaństwu"

tak samo miał być "drugi policzek", a nie
"drogi policzek" i "protest" a nie
"prostest".

Pisałem w ferworze.

Pozdrawiam!
Zamorano   |15.03.2010 14:21:00
Jeszcze co do samego tekstu Krytyki:

@Twórcy filmu przynajmniej w jednym
dochowali wierności historycznej prawdzie - rzymscy obywatele nie uznawali
niewolników za ludzi i nasza bohaterka nie była tu wyjątkiem.

To jednak jest
nieprawda. Zwłaszcza w IV wieku naszej ery (kulturotwórcza rola
chrześcijaństwa). W rzymskim prawie cywilnym już dużo wcześniej niezwykle
popularne instytucje to na przykład manumissio testamentum, manumissio censu,
manumissio vindicata czy też licznie mniej sformalizowane dowodzą jednak, że aż
tak źle nie było. To, że historycy prawa ustalili, że to było jedne z
najpowszechniej używanych instytucji np. w procesie przed pretorem dowodzi, że
wrażliwość wobec losu niewolnika nie była tak jednoznaczna.
Zamorano   |15.03.2010 14:41:22
@Widzimy, że Jezus cierpi nie tylko nieskończenie (przejście od
nieskończonej, doskonałej pełni do ograniczenia, poniżenia, hańby, tortury i
śmierci jest cierpieniem nieskończonym). Jezus cierpi - przepraszam za
anty-matematyczną metaforę - podwójnie nieskończenie. Jako umierający w męce Syn
- i jako Syn w pełni czujący mękę Ojca patrzącego, jak umiera ukochany Syn. Tak
samo podwójnie cierpi Bóg-Ojciec!

Panie Tomaszu dawno temu, jakoś w maju
2003 (tego samego dnia byłem na drugim Matrixie więc chyba to był maj;)) roku
miałem okazję być na spotkaniu z Zygmuntem Kubiakiem z okazji premiery jego
książki. Padło pytanie z sali co najbardziej z całej greckiej tradycji
pogańskiej zbliża się do chrześcijaństwa. I odpowiedź była tak, ze mit eluzyński
- Mit o Demeter i Persefonie. Miłość i zmartwychestanie. Pozdrawiam:)
Spokojny   |15.03.2010 17:50:45
Ktoś moze przejechac mnie walcem drogowym, ale tego nie robi i za to mam go
podziwiac.
Ktos sie za mnie poswiecil choc go o to nie prosilem i za to
winienem mu wdziecznosc.
Jestem zly i powinienem czuc sie winny wobec kogos
innego kto jest dobry.
Jak mnie uderza w jeden policzek mam nadstawic
drugi.
Sory Step, teraz ty sie nie obraz, ale to nie moja bajka.
step  - Ależ skąd   |16.03.2010 05:41:36
Nie, nie obrażam się, nie potępiam. Myślę, że potrafię zrozumieć, że masz inną
bajkę. Albo lepiej - wizję

Bo to, co opisałeś wyżej, to nie jest moja bajka.
To jest prawda mojego życia.

No, pomijając szczegóły takie, jak walec
drogowy (który w Biblii nie występuje) i poczucie winy (Jezus właśnie uwalnia
nas od poczucia winy).

I to wszystko jest bardzo dobre, chociaż od zewnątrz
pewnie wcale tak nie brzmi (jak pisał Paweł: dla Żydów bluźnierstwo, dla Greków
głupstwo).

W swoich Tischreden (Rozmowy przy stole) Luter w pewnym miejscu
rozwodzi się nad tym, jakim szaleństwem jest chrześcijaństwo, przekaz Pawła,
opowieść o grzechu pierworodnym i o Ofierze. Sądzę, że każdy myślący
chrześcijanin ma świadomość, że wierzy w szaleństwo. Tyle, że w tym szaleństwie
jest lekarstwo. I coś więcej niż lekarstwo. Przynajmniej tak jest dla mnie (żeby
nie było, że takimi autorytatywnie brzmiącymi zdaniami coś Ci próbuję
narzucić).

Pozdrawiam!
drakaina   |01.04.2010 04:25:48
Szanowna Pani,
z przykrością muszę stwierdzić, że Pani recenzja świadczy o
całkowitej ignorancji w dziedzinie historii starożytnej i w związku z
tym stanowi dość kuriozalny przykład recenzji ściśle ideologicznej,
oderwanej od zawartości filmu. Szkoda, że nie zadała sobie Pani trudu
zajrzenia do podstawowych źródeł o postaci i epoce, zanim napisała
Pani ten tekst. Pozwolę sobie skomentować odpowiednie fragmenty, na
początek błędy czysto historyczne:

By funkcjonować na tytułowej agorze, to znaczy - wspierać radą najpierw
ojca, wysokiego urzędnika, a następnie zaprzyjaźnionego prefekta
w rozgrywkach z mało rozgarniętym rządem (chyba senatem?) miasta -
Hypatia poświęciła swoją cielesność, do której wedle twórców filmu
czuła niejakie obrzydzenie.


Po pierwsze, na pewno nie senatem. Senat rzymski obradował wyłącznie w
Rzymie, był instytucją ogólnopaństwową (odpowiednikiem,
jeśli czegokolwiek, to współczesnych parlamentów państwowych) i
wprawdzie w czasach Hypatii senatorowie wywodzili się już również z
prowincji, to instytucja lokalnego senatu nie istniała. Przyznaję,
mnie również raziło określenie "rząd", najbliższe prawdy byłoby
"rada miejska", bo zwłaszcza w greckim mieście była to boule -
rada właśnie.

Po drugie całkowicie błędnym jest stwierdzenie, że niechęć
Hypatii do ciała jest wymysłem twórców filmu. Hypatia
była zwolenniczką platonizmu, a nawet raczej jego bardziej radykalnej
formy, neoplatonizmu, więc pogarda dla ciała była dla niej
oczywista. Anegdota z krwią menstruacyjną jest jedną z najbardziej
znanych z jej życia, polecam zajrzeć na stronę 105 książki "Hypatia
z Aleksandrii" prof. Marii Dzielskiej, najważniejszej obecnie na
świecie specjalistki od Hypatii i jej czasów. Pierre Chuvin w
książce "Ostatni poganie" komentując ten epizod pisze wręcz,
iż "z zachowania Hypatii wynikało, że była dumna ze swego dziewictwa
co najmniej tak, jak chrześcijańska zakonnica". Na wszelki wypadek
dodam, że obie te pozycje są poważnymi dziełami naukowymi, a nie
jakimiś sensacyjnymi opowieściami.

Nie jest zresztą pewne, czy w Aleksandrii istniały jeszcze jakieś inne
Rzymianki.


Po pierwsze Hypatia nie była "Rzymianką" w sensie etnosu.
Pochodziła ze zhellenizowanej rodziny egipskiej, zapewne więc wśród
przodków miała oprócz Egipcjan również Greków. Jej ojciec był zapewne
obywatelem rzymskim, podobnie jak był nim np. Paweł z Tarsu oraz
ogromna rzesza innych mieszkańców Aleksandrii. W mieście żyło również nadal
sporo rodzin rzymskich (w sensie etnicznym, pochodzenia) chociażby
urzędników cesarskich, ale i ludzi nieco niższego statusu, którzy
przyjeżdżali tu od mniej więcej czasów Ptolemeusza VI (pierwsza połowa
II w. BC) i nie ma powodu, żeby nie było w nim Rzymianek.

A teraz
dwa fragmenty bardziej dotyczące filmu, ale zahaczające o historię:

Film Amenabara mógłby stać się interesującą analizą kolonialnej arogancji
tradycyjnie pogańskich Rzymian jako czynnika, który napędzał rozwój
chrześcijaństwa w IV w. n.e., gdyby chociaż w większym stopniu skupiony był
wokół wątku równości.


Pominę różnicę odbioru, bo dla mnie ten film jest bardzo o równości -
tyle że wynikającej z braterstwa intelektu, a więc trudniejszej
niż każda inna. Ale gdyby chciała Pani takiego filmu, jaki Pani
postuluje, to powinien się on rozgrywać najlepiej w drugiej połowie III w.,
a nie na przełomie wieku IV/V, kiedy chrześcijaństwo już nie tylko
okrzepło, ale właśnie stało się religią panującą na mocy dekretu cesarza
Teodozjusza. Poza tym gdyby chcieć zrobić naprawdę dobry film
o "rzymskiej arogancji gospodarczej", to należałoby go
umieścić w czasach wojen punickich i skupić się na konflikcie między
Katonem Starszym i Scypionami, bo wtedy się to wszystko
zaczęło. Oczywiście w takim filmie siłą rzeczy nie byłoby chrześcijan.
A książkami/filmami o tym, jak to złe traktowanie przez panów napędza
wiernych chrześcijaństwu, są wszelkiego rodzaju Quo vadis i Szaty.
Zarówno w wydaniu literackim jak i filmowym ahistoryczne aż do bólu.

I
jeszcze jedno: pogaństwo vs chrześcijaństwo nie ma w
kwestii gospodarczej nic do rzeczy. To chrześcijański Rzym wraz z
elementami barbarzyńskimi wyprodukował jeden z najbardziej aroganckich
systemów gospodarczych wszechczasów, czyli feudalizm. To nie jest więc
konflikt między tradycyjnym pogaństwem a chrześcijaństwem, ale
między gospodarką ekstensywną i intensywną, a on został wygrany przez
konserwatystów jeszcze za Republiki (która kończy się w roku 27 BC).
Późniejsze próby reform, podejmowane przez niektórych
cesarzy, Augusta, Wespazjana czy Antoninów, spaliły na panewce, bo
system latyfundialny był zbyt mocny. I on grzecznie przeniósł się w
średniowiecze w postaci systemu feudalnego. A niewolników zastąpili
chłopi pańszczyźniani, na których sytuację i traktowanie spuśćmy może
zasłonę miłosierdzia.

Bohaterka nie robi ani jednego gestu w stronę innych kobiet. Nie szuka
żadnej zdolnej następczyni, nie interesuje się też
ukaranymi niewolnicami, choć do wybatożonego niewolnika przychodzi
nocą, żeby opatrzyć mu plecy.


Tu po pierwsze popełnia Pani błąd jako widz - Hypatia opatruje Dawosa z
co najmniej trzech powodów: po pierwsze jest on jej
osobistym asystentem, którego zdolności intelektualne jak najbardziej
docenia w chwili, gdy chłopak je ujawnia (co więcej, jego zdrada
najwyraźniej ją bardzo boli do samego końca), po drugie to on został
wybatożony, a nie niewolnica, po trzecie doskonale wie, że chłopak jest
niewinny.

Myślę jednak, że w tym stwierdzeniu popełnia Pani jeszcze
inny intelektualny błąd: zakłada Pani mianowicie, że każdy film, którego
główną postacią jest kobieta, ex definitione powinien być
filmem feministycznym (ewentualnie mógłby być "feministyczny z
odwróconym znakiem" czyli tak antyfeministyczny, żeby można go
było swobodnie odsądzić od czci i wiary). Nie przyjmuje Pani zatem do
świadomości, że można zrobić film o kobiecie, całkowicie nie biorąc pod
uwagę feminizmu w wydaniu XX/XXI wieku. Na przykład dlatego, że
opowiada się o zdarzeniach historycznych i postaci historycznej i
ta perspektywa po prostu nie ma sensu.

Gdyby Hypatia, taką, jaką
znamy ze szczątkowych niestety źródeł, ale jednak nie najgorzej, zaczęła w
tym filmie ujmować się za losem kobiet i szukać następczyni (brońcie
bogowie, nie następcy!), to - proszę wybaczyć - film stałby się
tanią feministyczną agitką. Hypatii po prostu było obojętne, czy ktoś
jest kobietą czy mężczyzną, dopóki był jej równy intelektualnie.
Nawiasem mówiąc, zapewne by się Pani zdziwiła, gdyby się dowiedziała,
jak duże prawa miały kobiety w hellenistycznej i rzymskiej Aleksandrii (a
Hypatia należy do tego etosu), chociażby w sprawach rozwodowych. Ale
to już inna kwestia.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 22.03.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.97850 Seconds