> PREMIERA 24 MAJA
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Życzyłbym sobie, abyśmy w obecnym stuleciu potrafili w końcu połączyć wiedzę naukową i techniczną, rozwiniętą jak nigdy dotąd w historii, z umiejętnościami ludzkimi i politycznymi, które, jak na ironię, są najbardziej w historii zacofane. Dysponujemy wszystkimi środkami naukowymi, technicznymi i nawet finansowymi, aby wykorzenić biedę, głód, ciemnotę dotykającą co najmniej połowę mieszkańców naszej planety. Dlaczego tego nie robimy? Dlatego, że brakuje nam politycznej woli, połączenia pragnienia i działania, żeby to zrobić.
Carlos Fuentes (1928-2012), Contra Bush
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Błędowska: Ratuj, Erosie… nieszczęśliwych w kapitalistycznym raju |
|
|
Magdalena Błędowska
|
|
22.07.2008 |
Najnowsze filmy Lee Kang-shenga i Philippe’a Garrela, choć tak odmienne stylistycznie, krążą wokół tego samego problemu: zagubienia i samotności jednostek we współczesnym świecie.
Sam temat wydaje się już na tyle wyeksploatowany i zbanalizowany, że
chyba każdemu na hasło „samotność w wielkim mieście” nasuwają się dość
oczywiste skojarzenia, a przed oczami stają przewidywalne obrazy. Elementy takiej
schematycznej układanki bardziej widoczne są w
filmie Lee Kang-shenga. „Pomóż, Erosie” to świat cywilizacyjnego nadmiaru i przesytu,
technologicznych gadżetów, niezasypiająca nigdy metropolia z
imponującymi biurowcami, pulsująca feerią świateł i kolorowych neonów. Po jej ulicach snuje się
wiecznie upalony marihuaną bohater, szukając zapomnienia i ucieczki od
swojego przegranego życia po tym, jak stracił miliony na giełdzie. Jego
kontakty z innymi ludźmi ograniczają się do frenetycznego seksu z
dziewczynami sprzedającymi betel i niekończących się rozmów z pracowniczką telefonu zaufania.
Uderza notabene fakt, że siedziba tej instytucji przypomina budynek
nowoczesnego koncernu, z dziesiątkami zatrudnionych kobiet siedzących za przegródkami z dykty; musi
być wielu potrzebujących, szukających pocieszenia, skoro porad udziela
się tu wręcz na przemysłową skalę.
Takich rozbuchanych wizualnie obrazów nie znajdziemy oczywiście w
„Granicy świtu” Philippe’a Garrela, wiernego wciąż tradycjom
francuskiej Nowej Fali. Nakręcony na czarno-białej taśmie film rozgrywa się w niedookreślonej
przestrzeni ulic, hotelowych pokoi, mieszkań i barów. Na początku
trudno się wręcz zorientować w czasie akcji: bohaterowie piszą do siebie staroświeckie
listy, jedynie wspominając o telefonach. Ona jest aktorką; opuszczona
na dłuższy czas przez męża pracującego w Hollywood, wypełnia sobie życie romansami i
alkoholem. Jej znajomość z François, młodym fotografem, z
niezobowiązującej przygody miłosnej szybko przeobraża się w rodzaj desperackiej obsesji, nasilonej
dodatkowo przez poważne problemy psychiczne dziewczyny. Wymuszone przez
François rozstanie doprowadza do tragedii, Carole truje się, zapijając alkoholem
ogromną ilość proszków. Od tego momentu akcja skupia się na postaci
François, który układa sobie życie z inną kobietą. Choć wydaje się naprawdę ją
kochać, coś wciąż jest „nie tak”. Zwyczajne, mieszczańskie szczęście
znajduje się na wyciągnięcie ręki, ze ślubem, dzieckiem i dostatnim życiem w domu
teścia; nawet dywan do sypialni przyszłych nowożeńców już czeka, ale
François nie jest w stanie gładko wejść w tę podsuwaną mu rolę.
Zastanawiają paralele pomiędzy tymi tak różnymi filmami. Bohaterowie
Garrela i Lee Kang-shenga dryfują przez życie, bezwolnie zmierzając do
nieszczęśliwego końca. Są skupieni na poszukiwaniu spełnienia w miłosnym związku, ale
chyba sami nie wierzą, że rozwiązanie ich problemów - z samotnością,
nudą, brakiem porozumienia, niedopasowaniem - leży na tym indywidualnym poziomie i
jest w zasięgu ich możliwości. Nie wierzy w to także widz, czując, że
każde alternatywne, pozytywne rozwinięcie fabuły zabrzmiałoby w tej sytuacji
fałszywie. W tak skonstruowanym systemie, choć obiecuje on spełnienie
każdej zachcianki, jest to niemożliwe. I żadna boska interwencja, nawet samego
Erosa, tu nie pomoże. Dlatego w swych bezskutecznych wysiłkach postacie
z obu filmów przypominają nieszczęsnego karpia z jednej z pierwszych scen u
Kang-shenga – podani światu na talerzu, ozdobnie ugarnirowani i
bezbronni, bezgłośnie otwierają usta, powtarzając „help, help”.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 22.07.2008 )
|
|
|
|
Problem z Hausnerem jest taki, że pró...
"Dysponujemy wszystkimi środkami ...