Znęcać się nad polskimi filmami podczas tegorocznego festiwalu ENH jest zdecydowanie łatwiej, niż wytrzymać do końca ich projekcji.
Gdyby zdarzyło się przypadkiem tak, że ktoś zupełnie pozbawiony wiedzy o współczesnej Polsce, chciałby ten brak nadrobić poprzez obejrzenie trzech festiwalowych propozycji (przynajmniej nominalnie dotykających
„współczesnych” problemów), Rezerwatu, homo.pl i Środa, czwartek
rano, byłby… zachwycony! Cudownie jednoznaczny świat, w którym
ciągle żywa jest pamięć o bohaterach przeszłości, zło zwycięża się
dobrem i nie ma się
żadnych wątpliwości, co jest czarne, a co białe, oraz że jakakolwiek szarość po prostu nie istnieje. Festiwalowy przewodnik określił film Roberta Glińskiego jako „odważny dokument o seksualności w naszym kraju”. Gdyby tak było, homo.pl byłby najpewniej jednym z głośniejszych i ważniejszych filmów tegorocznego festiwalu. Jest niestety dokładnie odwrotnie: pokazywany już w telewizji dokument Glińskiego pracowicie reprodukuje schematy, które i bez „odważnej” pracy reżysera mają się aż zbyt dobrze. Uporczywe podkreślanie ogranych stereotypów, jak lesbijka wykonująca „męski” zawód czy „zniewieściały” fryzjer uciekający przed nietolerancją z rodzinnej miejscowości, nie wypływa na zmianę postrzegania osób homoseksualnych, przeciwnie – umacnia opresywną formułę doświadczenia inności. W tym sensie film Glińskiego jest absolutną porażką: o świecie homoseksualistów nie mówi nic nowego, tak jakby problem kończył się na konserwatyzmie rodziców, problemach z religijnością, niemożliwości legalizacji związku czy obawach przed reakcją najbliższego otoczenia. Porażka homo.pl jest tym bardziej dotkliwa, że równolegle do filmu Glińskiego wyświetlany był film Rosy von Praunheim Martwi geje, żywe lesbijki. Reżyserowi z Niemiec udało się – w przeciwieństwie do Roberta Glińskiego – pokazać osobiste i zarazem nieszablonowe historie, jak na przykład doświadczenie homoseksualnej inności w obozach koncentracyjnych albo wysiłek tworzenia lesbijskiej telewizji czy magazynu. Bohaterowie Glińskiego w większości sprawiają wrażenie, jakby grali samych siebie, jakby swoją historię odtwarzali po raz setny, natomiast postacie z dokumentu Rosy von Praunheim są autentyczne, nasycone, zaangażowane we własną historię, zainteresowane i wyraźnie zadowolone z samej możliwości wyrażenia siebie. Gliński zdecydował się wpisać swoich bohaterów w sprawdzone pomysły, a Praunheim po prostu oddał im głos, udostępnił kamerę, minimalizując montaż i swój udział. Efekt jest łatwy do przewidzenia.
Jeszcze większym rozczarowaniem okazały się dwie konkursowe fabuły, Rezerwat i Środa, czwartek rano. Oba filmy rzekomo dotykają problemów młodych ludzi. Natychmiast pomyślałem: o, wreszcie coś dla mnie, może dowiem się czegoś nowego. Nie, nic z tego. Proste historie dziejące się w Warszawie i od razu pierwsza wątpliwość: czy stolica to tylko zrujnowane kamienice starej Pragi, migające w nocy światła biurowców, Dworzec Centralny, Pałac Kultury i Nauki oraz knajpy przy placu Trzech Krzyży? A same historie to oczywiście współczesna „klasyka”: miejska samotność, poczucie permanentnego niedopasowania do pędzącej rzeczywistości, brak zgody na dorosłość. Kwestie jak najbardziej istotne, wymagające solidnego przedyskutowania, ale niestety zarówno reżyserzy obu filmów, jak i obsada
aktorska zlekceważyli i tematykę, i widzów. Z Rezerwatu Łukasza Palkowskiego dowiadujemy się na przykład, że pragmatycznego kapitalistę-dorobkiewicza przekonuje się siłą sentymentów, a mieszkańcy Pragi, pełni honoru i godności, okazują się prawdziwymi przyjaciółmi w przeciwieństwie do zepsutych japiszonów z agencji fotograficznych.
Wartą odnotowania kwestią jest wstrząsająca gra aktorów. Przerysowany główny bohater, grany przez Marcina Kwaśnego, co chwilę całym ciałem przeżywa kolejny dylemat, nawet na krok nie ustępując Tomaszowi Karolakowi, gwiazdorowi znanemu głównie z serwisów plotkarskich, komedii i seriali TVN, którego pacyfikuje z kolei „ostatni sprawiedliwy”, były policjant i jednocześnie eks-szwarccharakter z telewizyjnego Klanu, obecnie taksówkarz, pan Roman. Tomasz Karolak – może to jego zaleta, nie wiem – jest zawsze taki sam, niezależnie, czy gra funkcjonariusza policji, bezrobotnego gitarzystę w 39 i pół czy miejscowego rzezimieszka w Rezerwacie. Kino Palkowskiego niebezpiecznie zbliża się tak w treści, jak i w formie do seriali nadawanych przez TVN. Problematyka musi być więc
bezpośrednio oczywista, postacie charakterystyczne, a zakończenie koniecznie szczęśliwe. Żadnych szarości, żadnych „pęknięć” w systemie. Na serial to może i wystarczy, ale na konkursową fabułę zdecydowanie nie.
Nie mniej banalną historię proponuje Grzegorz Pacek. Tym razem dwójka samotnych dwudziestolatków na życiowym zakręcie. Porzucony przez dziewczynę, chwilowo bezdomny i pozostający w niejasnej relacji ze swoim byłym współlokatorem Tomek prowokuje wypadek drogowy. W szpitalu poznaje Teresę, z którą spędza tytułową środę i czwartek rano. Oboje wymieniają się patetycznymi frazesami o miłości, a właściwie jej braku, o przyjaźni, samotności, życiu, śmierci albo o wrażeniach estetycznych z pobytu w rzeźni. W międzyczasie robią to, co wszyscy (?) młodzi ludzie w Warszawie, czyli jeżdżą metrem, zwiedzają Jarmark Europa, biegają po podziemiach Dworca Centralnego. Od czasu do czasu pojawia się elektryzujące widza zdanie, na przykład „słowa mają moc”. W finałowej scenie, kiedy po wspólnie spędzonej nocy Tomek budzi się i widzi nieprzytomną Teresę, akcja nabiera tempa: dziewczyna, jak się okazuje, jest chora na białaczkę i uciekła ze szpitala. Prosi Tomka o pomoc – chce, by pomógł jej umrzeć. Rozdarty wewnętrznie Tomasz miota się na moście, patrząc w dół, a wszystko tak, żeby widz nie miał najmniejszych wątpliwości, co reżyser miał na myśli. W końcu chłopak wraca do szpitala, gdzie chwyta Teresę za rękę, a na twarzy śmiertelnie chorej dziewczyny pojawia się znaczący uśmiech: „Tak, to właśnie jest happy end. Zaraz będą napisy końcowe”.
Filmy Packa i Palkowskiego lekceważą widza: w miejsce rzeczywistych problemów, realnych wyzwań proponują ordynarnie sztuczny świat, gdzie jakakolwiek wątpliwość czy refleksja ustępuje miejsca powszechnie akceptowanym oczywistościom, a wszystkie spory kończy dobrowolny i absolutny konsensus. Wspomnianymi filmami rządzi strategia uników. Żadnych pytań, żadnych wątpliwości, żadnych rzeczywistych konfrontacji, żadnego wahania. Taka fantazja plug&play. Żyć, nie umierać? Nie, jeszcze lepiej – po prostu wyjść z kina.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...