|
Złote Lwy dla Różyczki. Niespodzianka, chociaż nie sensacja. Film Jana Kidawy-Błońskiego przez kina przeszedł niemal niezauważony. A szkoda. Warto poświęcić mu bowiem parę akapitów. Nie dlatego, że jest to film dobry. Również nie dlatego, że posiada „potencjał krytyczny”. Przynajmniej nie w intencji jego twórców.
Główny bohater filmu to Adam Warczewski, pisarz – chciałoby się rzec „literat” – inwigilowany przez bezpiekę. Postać grana przez Andrzeja Seweryna to typowy reprezentant „partii ludzi mądrych” z katolickim, czy raczej kikowskim, odchyleniem. Oczytany, wrażliwy, koneser francuskich win i polskich kobiet. Postać pomnikowa.
Warczewski, gdyby istniał naprawdę i dożył III RP, stałby się z pewnością autorytetem przez duże „A”. Można powiedzieć, że jest archetypem autorytetu przez duże A. Kidawa-Błoński tworząc taką postać, pokazuje wszystkie mielizny i ciemne zakamarki ideologii tworzonej i reprezentowanej przez realnych Warczewskich. Wystarczy przywołać scenę „marcowego” zebrania związku literatów. Warczewski wstaje, sala milknie: „Mogę mówić szczerze, jesteśmy we własnym gronie, literaci z awansu zostali za drzwiami”. Dziękuję, ja postoję. Za drzwiami.
Podobnie dziękuję serdecznie za inne zachowania Warczewskiego. Za sekowanie artystów „kolaborujących” z PRL-owskim radiem. Szczególnie gdy tego radia słucha się w swoim eleganckim citroenie.
Znacznie ciekawa od Autorytetu wniesionego na pomnik jest inna postać - esbeka Rożka. Złożona, niejednoznaczna. W pracy operacyjnej stosuje środki co najmniej naganne etycznie. Jednocześnie jest bardzo plebejski. Chleje wódę wiadrami, boksuje się na resortowych spartakiadach w barwach Gwardii Warszawa i wiernie służy Ludowej Ojczyźnie. Wydawałoby się, że to typowy esbek, chłopski syn, który w ramach wdzięczności rodziców za ziemię otrzymaną w reformie rolnej został wysłany do utrwalania zdobyczy ludowej władzy. Tyle że Rożek to „naprawdę” Rosen. Syn nie-chłopski. Akcja filmu zaczyna się, gdy Izrael spuszcza manto państwom arabskim podczas wojny sześciodniowej. Musi się więc skończyć na Dworcu Gdańskim.
I rzeczywiście, strzelba wisząca na ścianie wypala. A wypalając, rozwala jeden z mitów III RP. Mit marcowej emigracji. Że wyjechało wtedy z Polski kilkanaście tysięcy profesorów, lekarzy, inżynierów, specjalistów. I że na Zachodzie zostali „mistrzami świata”, więc niektórzy – co bardziej przewrotni – są nawet wdzięczni Polsce, że ich wykopała na Zachód.
Zpomina się o innych ofiarach marcowej dintojry (że użyję określenia prof. Kowalika). I nie chodzi mi o esbeków pochodzenia żydowskiego. Ten temat mnie ani ziębi, ani grzeje. Chodzi mi o przymusowych emigrantów, którzy jak Rożek całe życie pili wódę, grzali się po ryjach albo przynajmniej lubili patrzeć, jak robią to inni. Słowem chodzi mi o element plebejski. O nauczycieli matematyki w Pipidówie Małej, którzy na Zachodzie bynajmniej nie otrzymali katedr na uniwersytetach w Leeds i Oksfordzie.
Różyczka przywraca im pamięć. Pokazuje historię tych, którzy zostali za drzwiami.
Na podobny temat
|
Krytyka jest prosta jak budowa cepa :...
Dlaczego seria KP dotycząca kobiet na...