> PREMIERA 24 MAJA
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Życzyłbym sobie, abyśmy w obecnym stuleciu potrafili w końcu połączyć wiedzę naukową i techniczną, rozwiniętą jak nigdy dotąd w historii, z umiejętnościami ludzkimi i politycznymi, które, jak na ironię, są najbardziej w historii zacofane. Dysponujemy wszystkimi środkami naukowymi, technicznymi i nawet finansowymi, aby wykorzenić biedę, głód, ciemnotę dotykającą co najmniej połowę mieszkańców naszej planety. Dlaczego tego nie robimy? Dlatego, że brakuje nam politycznej woli, połączenia pragnienia i działania, żeby to zrobić.
Carlos Fuentes (1928-2012), Contra Bush
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Nie można walczyć ze wszystkimi (odc. 18) |
|
|
Jacek Kuroń
|
|
09.08.2009 |
Więzienie jest miejscem, w którym jedni głodują, a drudzy mają wszystko. Dokładnie wszystko, bo za odpowiednią opłatą nawet dziewczynę można sprowadzić. Co prawda nie do zakładu karnego, ale na przykład do miejsca pracy.
Z Mokotowa wzięli mnie do transportu akurat przed wypiską. Całkiem ogłupiały i głodny wylądowałem we Wronkach – ciężkie więzienie, pozamykane cele, groza. Na spacerniku zapoznałem się z dwoma facetami. Wszystko wiedzieli o wydarzeniach marcowych i o mnie. Kiedy spytałem skąd, powiedzieli, że z Wolnej Europy. Zgłupiałem. Później się dowiedziałem, że więźniowie pracujący w radiowęźle stale słuchają Wolnej Europy. Kiedyś jeden przysłał mi serwis wiadomości do celi. Ci dwaj na spacerniku to byli chłopcy z wypiski, czyli ze sklepu więziennego:
– Wpadłbyś do nas w niedzielę na obiad – mówią – co lubisz najbardziej?
Przekonany, że to żarty, zamówiłem sobie befsztyki, sałatę w sosie vinegret, czerwone wino i kawę. W niedzielę słyszę, jak idzie po korytarzu klawisz i drze się:
– Kurant, Kurant, Kurant! To nazwisko czy zegar?
– To ja – wołam – tu!
Domyśliłem się, że chodzi o mnie.
Przyszedł, skluczył moje drzwi i przeprowadził mnie na inny oddział, gdzie siedzieli ci moi. W ich celi stało radio, mieli lampki, maszynki elektryczne – luksus. Właśnie usmażyli befsztyki, zrobili sałatę w sosie vinegret, frytki, do tego czerwone wino. Potem popijaliśmy ruski koniaczek i kawę, słuchaliśmy radia. Wreszcie przyszedł klawisz i mówi:
– Kończę służbę, musisz wracać.
I nagle z miejsca, gdzie nie brakowało ptasiego mleka, wróciłem tam, gdzie brakowało chleba.
Ale czy wolno z tego wszystkiego korzystać? Tak naprawdę – nie należy. Przecież wiem, że w ten sposób tak czy inaczej biorę udział w okradaniu więźniów. Kiedy w pralni jem gęstą zupę, która ma smak zupy, innym na dietę dają coś, co ma już tylko smak wody. Jak mi wrzucą do sosu kawałeczki mięsa, to znaczy, że ludzie w celach w ogóle nie zobaczą mięsa. Po prostu ich okradam. Jak wspominałem przy okazji wojska, jest to taki niebezpieczny pomysł: skoro już człowiek decyduje się żyć w walce, to nie może pod żadnym pozorem być krzyżowcem obrotowym – nie można walczyć z wszystkim we wszystkich dziedzinach. Skończyłoby się to natychmiast paranoją w zakładzie dla psychicznie chorych. No dobrze, ale gdzie przeprowadzić granicę?
Każdy człowiek styka się z czymś w rodzaju afer gospodarczych, mniejszych lub większych, toleruje je i w pewnym stopniu dzięki nim żyje. Jak się nie zapłaci człowiekowi z administracji, to kran nie będzie naprawiony, jak nie da łapówki, to nie kupi tego, co niezbędne. Znam facetów, którzy w tych sprawach nigdy nie ustępują, ale robi to na mnie wrażenie bezsensownego puryzmu, bowiem cały socjalizm realny funkcjonuje na zasadzie szpar, w które wchodzą ludzie. Można to więc tolerować.
Ale jak się zachowywać w sytuacji więziennej, gdzie uczestniczy się w okradaniu kolegów? Chyba należy powiedzieć – nie. Ale ja w więzieniu siedziałem już dziewięć lat i jeszcze może będę siedział. I naprawdę nie o to chodzi, że będę gorzej jadł. Tylko jak zawojuję z wszystkimi moimi kolegami, to mnie zatłuką. Przecież Służba Bezpieczeństwa pracuje na to, żeby mnie z nimi skonfliktować. We Wronkach całą wielką aferę zrobiono, przysyłano kolejnych kapusiów, którzy opowiadali o mnie różne plotki. Trzeba wiedzieć, że więzienie jest wielkim grajdołem, wciąż docieka się, co ktoś o kimś powiedział i czy powiedział. Ploty w małym miasteczku to jest nic przy tym, co się dzieje w więzieniu. Pamiętam, kiedyś jeden z nasłanych kapusi powiedział komuś w zaufaniu, że słyszał, jak mówiłem: złodziei pierdolę w dupę. To był zwrot, po którym powinienem być zatłuczony zbiorowo. Nie uwierzono mu, bo on był nowy, a ja już tam funkcjonowałem przez jakiś czas.
Nie zdecydowałem się wojować przeciw temu, co jest normalnym życiem całego więzienia. Wprawdzie mam wyrzuty sumienia, to jednak w ogóle nie wiem, czy – jeśli przyjdzie mi znowu siedzieć – będę umiał zdobyć się na inne postępowanie.
Fragment książki Autobiografia Jacka Kuronia.
Na podobny temat
|
|
Autobiografia w odcinkach
|
|
Problem z Hausnerem jest taki, że pró...
"Dysponujemy wszystkimi środkami ...