> PREMIERA 24 MAJA
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Życzyłbym sobie, abyśmy w obecnym stuleciu potrafili w końcu połączyć wiedzę naukową i techniczną, rozwiniętą jak nigdy dotąd w historii, z umiejętnościami ludzkimi i politycznymi, które, jak na ironię, są najbardziej w historii zacofane. Dysponujemy wszystkimi środkami naukowymi, technicznymi i nawet finansowymi, aby wykorzenić biedę, głód, ciemnotę dotykającą co najmniej połowę mieszkańców naszej planety. Dlaczego tego nie robimy? Dlatego, że brakuje nam politycznej woli, połączenia pragnienia i działania, żeby to zrobić.
Carlos Fuentes (1928-2012), Contra Bush
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Marksista z zazdrości (odc. 21) |
|
|
Jacek Kuroń
|
|
20.08.2009 |
Latem 1969 roku jechałem z Sewkiem jedną suką z Mokotowa. Mnie wieźli do Wronek, a jego do Strzelc Opolskich. W czasie tej drogi Sewek powiedział, że ma wyrzuty sumienia. Bo to oni, komandosi, doprowadzili Karola i mnie ponownie do więzienia. To był taki – mówił Sewek – klasyczny mechanizm recydywy, jak w piosence Złodziej czarodziej. Wyszedł złodziej z więzienia i od razu otaczają go kumple, pełni podziwu, ale także przekonani, że on zaraz zrobi nowy skok. No i choćby bardzo nie chciał, musi, nie umie się oprzeć tej mieszance podziwu i oczekiwań. Czy Sewek miał rację?
W czasie kiedy siedzieliśmy, komandosi byli z Gajką. Pomagali jej we wszystkim, a co najważniejsze – mówiła mi, gdy wyszedłem – w ich działaniu widziała sens naszej wspólnej ofiary. Dlatego ściągnęła ich w ten pierwszy wieczór do nas i cieszyła się z ich podziwu dla mnie. Ten podziw w oczach Adama, Sewka, Lita, a przede wszystkim w oczach dziewczyn – Baśki Toruńczyk, Ireny Grudzińskiej, Bogusi Blajfer, Teresy Boguckiej, Julki Juryś… Przecież nie po to się idzie do więzienia, ale to jest najwspanialsza nagroda, jaką można sobie wyobrazić. I chyba narkotyk. Bardzo trudno jest później bez tego żyć, więc być może właśnie było tak, jak mówił Sewek? Wszyscy oczekiwali, że będę działał, więc nie mogłem inaczej. Czy w ten sposób nie sprzeniewierzyłem się jednak Grażynie, która moje więzienie przeżywała pewnie trudniej niż ja? Widzę to dziś ze szczególną mocą, kiedy czytam jej listy, pełne okrutnej tęsknoty. Nie. Bo jeśli nawet tym, co decyduje o mojej motywacji, było pragnienie podziwu, zachwytu w oczach pięknych dziewczyn, to dziewczyną, w której oczach czytałem swój los, z całą pewnością była Gaja. To ona mnie podziwiała przede wszystkim za to, że tak żyłem, jak żyłem, i to w jej oczach widziałem pewność, że będę robił to, co robiłem. Gaja powtarzała często, że żyć trzeba na poziomie swojej świadomości.
– Dla nas to jest przekleństwem, ale inaczej nie wolno. Gdybyśmy byli głupsi, mniej wiedzieli o świecie, mniej ten świat rozumieli, byłoby nam na pewno wygodniej. Ale nigdy nie wolno tak żyć, żeby się tego wstydzić – mówiła – w ten sposób zabilibyśmy i siebie, i naszą miłość.
Tuż, tuż przed marcem 1968 roku Gaja powiedziała:
– Przecież nie po to poszliście do więzienia, żeby z niego wyjść, tylko po to, żeby zapoczątkować walkę. A gdyby nie komandosi, ponieślibyście klęskę.
Bo też prawda, że to właśnie komandosi rozkolportowali List otwarty, przekazali go do Paryża. Przychodzili do sądu w czasie naszego procesu, za śpiewanie na korytarzu sądowym po ogłoszeniu wyroku w naszej sprawie mieli dyscyplinarki, a przecież najdalsi byli od zaakceptowania wszystkich naszych koncepcji. Adam, któremu w ostatniej chwili opowiedzieliśmy o Liście po to, aby przez niego szedł kolportaż, ostro sprzeciwił się odrzuceniu przez nas parlamentaryzmu. Było już za późno na dyskusję, więc Adam i jego koledzy, którzy myśleli tak samo jak on, przyjęli z dużymi zastrzeżeniami nasz tekst jako element analizy, pewien etap w myśleniu lewicy demokratycznej. Po naszym wyjściu zaczęły się burzliwe dyskusje nad Listem otwartym. Zwłaszcza ostro spieraliśmy się o demokrację parlamentarną, bowiem stosunek do sprawy narodowej zrewidowaliśmy z Karolem już wcześniej. Dlaczego tak bardzo upierałem się przy tym dziwolągu demokracji robotniczej? Pisanie Listu sprawiło, że – niezależnie od naszych zamiarów – podjęliśmy próbę weryfikacji schematu marksowskiego i przyjmując, że socjalizm realny stanowi odrębną epokę w historii ludzkości, już dokonaliśmy pierwszej rewizji. Najtrudniej jest zacząć, a ten pierwszy krok został już zrobiony i – co może nawet ważniejsze – sformułowaliśmy już sobie podstawowe problemy współczesnego zastosowania marksizmu. Sądzę, że pozaintelektualne mechanizmy wyborów ideowo-politycznych działają przede wszystkim przez utrudnianie sformułowania sobie pewnych racji i postawienia pytań. Kiedy problem jest już sformułowany, wtedy to, co pozaintelektualne, w olbrzymim stopniu traci moc. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że już wkrótce, w czasie drugiej odsiadki, obydwaj odeszliśmy od marksizmu. Dlaczego jednak nie teraz, w czasie dyskusji między pierwszym a drugim wyrokiem?
Myślę, że niemałą rolę dla mnie, bo nie mogę w tej sprawie mówić nic o Karolu, odegrała zazdrość o Gajkę, o komandosów. W drugiej połowie lat 60., ludzie najbardziej wpływowi w środowiskach lewicy intelektualnej, a więc przede wszystkim Leszek Kołakowski, a w ślad za nim Bronisław Baczko, Zygmunt Bauman, Paweł Beylin, Krzysztof Pomian, Marysia Hirszowicz, odchodzili od marksizmu. Powstawał klimat intelektualny marksizmowi niesprzyjający. Komandosi, a zwłaszcza ich niewątpliwy przywódca, Adam, na ten klimat był szczególnie wrażliwy. Nie chciałem się do tego przyznać, ale przeżywałem ten fakt jako osobistą porażkę, utratę przywództwa intelektualnego, rządu dusz.
Po wielokroć bardziej byłem zazdrosny o Gaję. Na nią też oddziaływał ten klimat i zgłaszała coraz więcej różnorodnych wątpliwości do programu demokracji robotniczej. W okresie mojego pobytu w więzieniu zbliżyła się bardzo do środowiska byłego Klubu Krzywego Koła. Byli to ludzie klasycznej formacji lewicowo-liberalnej inteligencji polskiej. Niemarksiści, zdecydowanie antykomunistyczni, zwolennicy demokracji parlamentarnej. W mojej ówczesnej perspektywie – burżuazyjni liberałowie. Już nauczyłem się bardzo wysoko cenić tę formację, ale nie zmniejszało to mojej zazdrości o zaufanie, przywiązanie, podziw, jaki Gaja miała dla nich, a zwłaszcza dla Jana Józefa Lipskiego. Wiedziałem już, że na to zasługuje. Wstydziłem się swojej zazdrości, ale bolało mnie, bo boli wszystko, co nie jest wspólne z człowiekiem, którego się kocha. A im ważniejsze jest dla niego to, co osobne, tym bardziej boli.
Pamiętam, w kilka dni po wyjściu z więzienia, pojechaliśmy z Gajką i Maćkiem do Zakopanego. W pustym przedziale byliśmy tylko we troje. Śpiewaliśmy sobie. Ja chciałem śpiewać takie różne proletariacko-rewolucyjne pieśni, a Gajka się z nich podśmiewała. To oczywiście nic nie znaczyło, Boże mój, nie raz i nie dwa śmialiśmy się z Gajką z wszystkiego, co dla nas święte. Taki już mieliśmy antyszkaplerzykowaty styl. Ale tym razem odczytałem w jej śmiechu wpływ Jana Józefa i dużego Jana, jak nazywano Olszewskiego. I poczułem się boleśnie dotknięty, zdradzony. Dopiero później zaczęła się moja wielka przyjaźń z Janem Józefem i stał się on dla nas w ten sposób jeszcze jedną ważną sferą wspólnych przeżyć. Wtedy czułem już, jak wiele jest wart, i wiedziałem, jak wiele nas różni. Przyjaźń Gajki dla niego przeżywałem więc jako zubożenie, ograniczenie naszej miłości.
Czy mogłem w takim stanie ducha dokonać radykalnej rewizji marksizmu, opowiedzieć się po stronie demokracji parlamentarnej? Oczywiście, mogłem. Ale przyjąłbym tym samym za mistrzów ludzi, o których byłem piekielnie zazdrosny. A przecież nie tylko uczucie zazdrości strzegło mnie przed odstąpieniem od mitów dzieciństwa i młodości.
Fragment książki Autobiografia Jacka Kuronia.
Na podobny temat
|
|
Autobiografia w odcinkach
|
|
Problem z Hausnerem jest taki, że pró...
"Dysponujemy wszystkimi środkami ...