> PREMIERA 24 MAJA
>>Już jest: KP30!
Komentarze
CYTAT DNIA
Życzyłbym sobie, abyśmy w obecnym stuleciu potrafili w końcu połączyć wiedzę naukową i techniczną, rozwiniętą jak nigdy dotąd w historii, z umiejętnościami ludzkimi i politycznymi, które, jak na ironię, są najbardziej w historii zacofane. Dysponujemy wszystkimi środkami naukowymi, technicznymi i nawet finansowymi, aby wykorzenić biedę, głód, ciemnotę dotykającą co najmniej połowę mieszkańców naszej planety. Dlaczego tego nie robimy? Dlatego, że brakuje nam politycznej woli, połączenia pragnienia i działania, żeby to zrobić.
Carlos Fuentes (1928-2012), Contra Bush
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
Jak polubiłem Przemka Górnego (odc. 8) |
|
|
Jacek Kuroń
|
|
15.07.2009 |
W końcu 1955 roku uczestniczyłem w zebraniu klubu dyskusyjnego zorganizowanego przez Zarząd Uczelniany ZMP. O zebraniu dowiedziałem się z plakatu. Początkowo nic ciekawego się nie działo, aż zabrał głos chudy chłopak o bardzo nerwowej twarzy, w starym, zniszczonym, choć starannie połatanym ubraniu. Był to, jak się później dowiedziałem, Przemek Górny – wówczas student prawa. Mówił napiętym głosem, na granicy krzyku, atakował panujący ustrój jako niepolski, mówił, że rządzą nie-Polacy, aresztując i prześladując Polaków. Oczywiście nie pamiętam już dokładnie słów, jakich używał – ale pamiętam, że posługiwał się zwrotem nie-Polacy, który odnosił czasem do ZSRR, ale częściej do Żydów. W obcych narodowi polskiemu wzorach i w obcoplemieńcach w aparacie władzy widział źródło zła. Przybył na zebranie z kilkuosobową grupą zwolenników, którzy gorąco oklaskiwali jego coraz bardziej gwałtowne zdania. Na koniec przyłączyła się do tych oklasków niemała część zebranych.
Zabrałem głos i mówiłem chyba równie namiętnie jak on. Występowałem przeciwko koncepcji Polski etnicznej; broniłem komunizmu jako idei uniwersalnej, tak samo jak chrześcijaństwo i demokracja. Starałem się uzasadnić, że biurokratyczna dyktatura nie ma cech narodowych. Część zebranych urządziła mi owację.
Następnie z jeszcze większą pasją odpowiedział mi Przemek. Powiedział między innymi, że ta moja partia rządzi w Polsce, a trzeba pozwolić na działalność partii prawdziwie polskiej – narodowej. Replikując mu, odwołałem się do marksistowskiego schematu, wiążącego poglądy polityczne z przynależnością klasową. Twierdziłem, że jest w naszym systemie miejsce na partię robotniczą, chłopską, drobnomieszczańską, ale nie ma miejsca dla partii wyzyskiwaczy.
Nie ulega wątpliwości, że spotkanie z żywym endekiem cofnęło mnie w moich reakcjach wyraźnie. W bibliotece czytałem ich teksty, tak zresztą jak wszystkie inne antykomunistyczne – z wielką otwartością, z gotowością uznania zawartej w nich krytyki i przyswojenia jej naszemu procesowi oczyszczania komunizmu. Wobec Przemka nie potrafiłem się zdobyć na żadną tolerancję. Nie dostrzegłem więc w tym, co mówił, jakże oczywistej prawdy, że to obecność w Polsce armii sowieckiej narzuciła nam sowiecki system. Dzięki mówieniu tej prawdy Przemek zyskiwał poparcie ludzi jak najdalszych od endeckich poglądów. A właśnie to poparcie wywoływało mój strach przed siłami reakcji, co znaczyło dla mnie – jak to dziś podejrzewam – spisek przeciw królestwu wolności. Taki stosunek do prawicy społecznej był dość powszechny wśród moich kolegów, ludzi październikowej lewicy, i to on właśnie odegrał niemałą rolę w zaniechaniu naszej działalności po październiku 1956. Wolno z tego wnosić, że cechowała nas postawa posiadacza prawdy i związana z nią manichejska wizja świata jako pola walki sił dobra i zła, od której już tylko krok do spiskowej koncepcji historii.
Syndrom ten jest dość charakterystyczny dla wszelkiej maści radykałów (z prawa i z lewa – a także wśród ludzi o osobowości autorytarnej). Niektórzy wiążą wszelki radykalizm z autorytaryzmem – co pozwalałoby łatwo objaśnić stalinowski rodowód ogromnej większości ludzi lewicy październikowej. Tyle że już w tym czasie nasze działanie wskazywało raczej na postawy antyautorytarne (bunt przeciw władzy, sile, przemocy, akceptacja odmienności, antyetnocentryzm).
Ciekawe, że o ile poglądy głoszone przez Przemka Górnego wywoływały moją żywą niechęć, o tyle sam Przemek, jego odwaga, żarliwość i to połatane ubranie budziły moją prawdziwą sympatię. Polemizowaliśmy później ze sobą wielokrotnie w czasie różnych dyskusji publicznych i polubiłem go, mam wrażenie, że ze wzajemnością. Przemek był człowiekiem walki. Kiedy go poznałem, zorganizował na wydziale prawa konspiracyjną grupę narodową, a nie były to jego pierwsze kroki w konspiracji. W październiku czy listopadzie 1956 roku zakładał Związek Młodzieży Demokratycznej[1], o czym będę tu jeszcze opowiadał, a po jego rozwiązaniu przez policję wrócił do konspiracji, ale już jednak pod czujnym okiem SB. Stąd ciągłe areszty, więzienia, wyroki. Po 1965 roku siedzieliśmy kiedyś na Mokotowie w sąsiednich celach. Próbowano go wówczas przesłuchać na okoliczność znajomości ze mną i Karolem (śledztwo dotyczyło Listu otwartego). Odmówił wyjaśnień, podczas gdy jego koledzy z narodowej konspiracji obciążali nas, jak umieli. W marcu 1968 roku Przemek wyszedł na przedterminowe warunkowe zwolnienie. W drodze z Barczewa do Warszawy – a jechał autostopem – przeżył wypadek samochodowy, po którym długo leżał w szpitalu. Później zniknął z życia politycznego. Przyszedł okres gierkowski – jego zwolennicy stabilizowali się, niektórzy wybierali partyjne i prokuratorskie kariery. Przemek zgorzkniał i spalił się w samotnej walce. Wśród kryminalistów jeszcze w wiele lat później spotykałem się z legendą Górnego, samotnego terrorysty, ale nie wiem, czy była w niej jakaś część prawdy.
[1] Związek Młodzieży Demokratycznej powstał w marcu 1956 roku jako organizacja tajna, oficjalnie ukonstytuował się 28 listopada 1956 roku.
Fragment książki Autobiografia Jacka Kuronia.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 01.08.2009 )
|
|
Autobiografia w odcinkach
|
|
Problem z Hausnerem jest taki, że pró...
"Dysponujemy wszystkimi środkami ...