Pewnego dnia przyszła do nas na Żulińskiego dziewczyna, miała jakieś 16 lat, chciała pracować jako służąca. Mamie bardzo się spodobała. Potem przyszedł ojciec, zobaczył, że to Żydówka z getta, i powiedział jej, żeby sobie poszła. Ona miała bardzo napiętą, zmęczoną, przestraszoną twarz. Jakiś czas potem przyszła pani K. Kiedy mnie ojciec wyrzucił, postanowiłem nie wracać do domu. Niedaleko był plac, gdzie składowano deski. Wymyśliłem sobie, że będę tam spał. Była księżycowa noc, lato. Nazbierałem jakichś wiórów i położyłem się, nie było wcale zimno, nie było mi nawet smutno. Usłyszałem obok siebie nierówny oddech. Przez szpary między deskami zobaczyłem rozpaloną, czerwoną twarz dziewczyny. To była właśnie Zośka. Była nieprzytomna. Wróciłem do domu przez podwórka, było już po godzinie policyjnej, brama była oczywiście zamknięta, dostałem się przez płot. Zbudziłem ojca i powiedziałem mu, że ta dziewczyna, którą wyrzucił, leży pod deskami i jest nieprzytomna. Wypytał dokładnie gdzie, poszliśmy, popatrzył, kazał mi wrócić.
Jakiś czas potem powiedział nam, że mamy kuzynkę, nazywa się Zośka Czarniecka, leży w szpitalu zakaźnym na tyfus plamisty i mamy ją odwiedzić. Zanieśliśmy jej kompot rabarbarowy w butelce. Wychylała się przez okno, machała do nas ręką. Miała na głowie białą chustkę, bo chorym na tyfus ścinano włosy.
Wtedy było jakieś zagrożenie wsypą i przenieśliśmy się z Żulińskiego na Kochanowskiego, do generałowej węgierskiej. Potem na Asnyka pod numerem 5 założono punkt przerzutu Żydów. Tam mieszkała Zośka i ja z nią przez całą jesień i pół zimy. Nawet nie wiem, jak miała naprawdę na imię.
To była moja wielka, dziecinna miłość. Była bardzo oczytana w polskiej literaturze, opowiadała mi różne książki. W tym była strasznie mądra, ale jeśli chodzi o to, jak należy żyć w tym dziwnym świecie – bardzo dziecinna i w związku z tym byliśmy właściwie rówieśnikami. Byłem pewnie dla niej jedyną bliską osobą i ona dla mnie chyba też.
Mieszkanie na Asnyka było olbrzymie, mieszczańskie, z drzwiami kuchennymi i frontowymi. Paliliśmy w piecyku-kozie. Ja chodziłem po zakupy, razem gotowaliśmy, przeważnie kartofle, jedliśmy, odrabiałem lekcje. Ona opowiadała różne rzeczy mi, a ja jej. Wymyślałem jakieś historie, żeby było wesoło, śmieliśmy się. Spaliśmy w wielkim łóżku przy tej kozie. Tłukliśmy się poduszkami, potem kładliśmy się razem pod kołdrę, przytulaliśmy się do siebie, bo było bardzo zimno. To było przed likwidacją getta. Co jakiś czas w mieszkaniu zatrzymywali się Żydzi, którzy potem byli przerzucani gdzieś dalej. Przychodzili bladzi, z czarnym dużym zarostem. Raz latałem po mieszkaniu i zostawiłem szparę w drzwiach. W sąsiednim pokoju było zaciemnione okno na ulicę. Jeden z nich zwrócił mi uwagę:
– Nie biegaj tak.
– Przecież to tylko mała szparka – odpowiedziałem.
A on: – Ten promień światła prowadzi prosto pod lufę karabinu.
To, co się stało dalej, tyle razy przewałkowałem w głowie, jeszcze w czasie wojny i po wojnie, że dziś jest mi strasznie trudno powiedzieć, co myślałem wtedy, a co potem. Czułem, że Zośka czegoś ode mnie chce, że coś jej grozi. A ja nie umiałem jej pomóc. Może mi się zresztą zdawało. Było tam takie podwórko-studnia, po którym biegały tłuste, olbrzymie szczury. Zośka się ich bała, co mnie zdumiewało. Na tym podwórku mieszkał dozorca, który miał sparaliżowaną żonę i małego synka. Mam wrażenie, że ją szantażował i zmuszał do stosunków seksualnych. Ale może to były urojenia.
Jeszcze na Żulińskiego jakiś Cygan czy Rumun przyniósł do fabryczki skrzynię cyjankali[1]. To były takie śmieszne jajeczka. Złapałem jedno w rękę, ojciec mnie wtedy chwycił mocno za tę rękę w przegubie, zaprowadził do wody, umył i powiedział:
– Tak byś dotknął, polizał i umarł.
Takie samo blaszane pudełko cyjankali przywieziono na Asnyka i postawiono na pawlaczu. Ojciec powiedział do mnie:
– Uważaj, wiesz, co to jest, pilnuj, żeby Zośka tego nie dotknęła.
Zośkę zafascynowało to cyjankali. Dopytywała się, ile zażyć i jak. Któregoś dnia zasnęliśmy przytuleni mocno do siebie, a kiedy się obudziłem, poczułem, że ona jest zimna, nie żyje. I w tym samym momencie wiedziałem, że się otruła. Podniosłem głowę, na krześle, które stało przy łóżku, leżało jajeczko cyjankali.
Wstałem, wiedziałem, że muszę pojechać do ojca i powiedzieć, że ona nie żyje. Umyłem się, ubrałem, wróciłem, pocałowałem Zośkę – miała taką wykrzywioną twarz – zacząłem beczeć. Wiedziałem, że nie mogę wyjść na miasto, becząc, bo za chwilę się ktoś zainteresuje, czemu dziecko płacze. I co ja powiem? Wróciłem do łazienki, umyłem się, pocałowałem ją, znowu zacząłem beczeć. Znowu się umyłem, znowu ją pocałowałem, wyszedłem na klatkę schodową, znowu zacząłem beczeć. To się tak powtarzało kilka razy, aż wreszcie poszedłem przez całe miasto do ojca.
I to jest historia Zośki.
Potem był jej pogrzeb. Za trumną, zbitą z desek, szła moja mama, ojciec i ja. Pochowano ją na cmentarzu Łyczakowskim, gdzie leżał mój pradziadek, powstaniec styczniowy. Na mogiłce wbito krzyż, napisano Zofia Czarniecka. Więc ani imienia, ani nazwiska, ani śladu. I poczucie, że ja jeden na świecie mogłem jej wtedy pomóc i nie umiałem.
—
[1] Chodzi o cyjanek potasu, który musi być przechowywany w szczelnych puszkach.
Fragment książki Autobiografia Jacka Kuronia, Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2009.
Wybrane fragmenty publikujemy na witrynie Krytyki Politycznej w każdy poniedziałek i środę.
Książka dostępna w sieci Empik od 1 lipca 2009, w pełnej dystrybucji oraz w księgarni internetowej KP od 6 lipca 2009. Już dziś złóż zamówienie!
Na podobny temat
|
A jakie to ma znaczenie, czy dane dzi...
Postaram się. To będzie wymagało chwi...