|
—
Jak już opowiadałem, kiedy wreszcie zdecydowałem się na odrzucenie marksizmu, zaczęły się wydarzenia grudniowe, które w żadnym razie marksizmu nie potwierdzają, ale są w jego tonacji. Zaczęły się dla mnie w więzieniu, tam je zobaczyłem i przeżyłem. Najpierw komunikat o podwyżce cen mięsa. Wszyscy mówili, że ludzie są już całkiem zgnębieni, że nikt się nie zbuntuje. Następnego chyba dnia była informacja o zajściach w Gdańsku – że elementy przestępcze przyłączyły się do zdezorientowanych ludzi, w tym nielicznych robotników, ale być może robotników tam wcale nie było, użyto siły i teraz panuje spokój. Dzień później w głośniku zaczęły się dziwne teksty – o pracy różnych zakładów w Gdańsku, w Elblągu, Szczecinie, o ruchu ulicznym. Widać było wyraźnie, że są nadawane tylko po to, żeby powiedzieć, że życie na Wybrzeżu toczy się normalnie. Zrozumiałem, że coś się tam wielkiego dzieje. I wreszcie któregoś dnia nagle zapowiedziano, że wystąpi premier. Pamiętam oba przemówienia Cyrankiewicza i to z roku 1970, i to, które wygłosił po Poznaniu w 1956 roku. Zupełnie mi się zlewają, nie potrafię ich odróżnić. Nie powtórzył tego, co w Poznaniu: „Kto podniesie rękę na władzę ludową, temu władza ludowa rękę odrąbie”, ale ton przemówienia był jednoznaczny, brzmiała w nim groźba. Jednak to nie było tylko straszenie, to była groza, którą sam musiał odczuwać.
Nie sposób zaprzeczyć, że się ucieszyłem. Miałem nadzieję, że skończy się to straszne siedzenie, ale nie chciałem do siebie tej nadziei dopuścić. Poza tym wiedziałem, że leje się tam krew mordowanych ludzi. I nagle dotarło do mnie z wielką siłą, jak głęboko niemoralne jest to, że ja się jakby z tego cieszyłem. Dostałem dreszczy i położyłem się wbrew zakazowi na łóżku. Usłyszałem, że judasz się uchyla, i klawisz zagląda do celi. Nie ruszyłem się z łóżka, ale on nie interweniował. Stał tam. W celi panowało wielkie milczenie.
Potem przyszła noc. Położyliśmy się. I nagle usłyszeliśmy stuk butów na schodach. We Wronkach, jak we wszystkich starych pruskich więzieniach, jest gigantyczny korytarz, na który wychodzą poszczególne oddziały, między nimi siatki, a w środku duże, drewniane schody. Jak 30 osób wychodzi na spacer, cały budynek dygocze. A teraz noc i w tej kompletnej ciszy idą i idą ludzie. Co się dzieje? Po chwili wprowadzono do nas kolegów z dwóch sąsiednich cel. To znaczy, że potrzebne jest miejsce – przywożą ludzi do więzienia. Stukamy na górę, tam sytuacja podobna. Stłoczono 16 osób na powierzchni przeznaczonej dla czterech. Tak samo obok nas, z jednej i z drugiej strony. Wszyscy stukają, ale nic od nikogo nie możemy się dowiedzieć. I tak minęła noc, nieprzespana, rozdygotana. Przemówienie Cyrankiewicza było takie, jakby płonęła cała Polska. I ten dziwny ruch trwał niemal całą noc.
Następnego dnia wyprowadzono do pracy tylko tych, którzy byli szczególnie niezbędni. Jak tylko przyszliśmy do pralni, dowiedzieliśmy się od kolegów z magazynu odzieżowego, że całą noc przywożono ludzi, ewakuowano więzienia na Wybrzeżu. Siedzieli na najwyższym piętrze w głównym budynku. Być może w nocy górne oddziały się do nich dostukały, ale do nas to jeszcze nie dotarło. Prócz tego opróżniono drugi pawilon boczny, bardzo duży. Wszystkich przeniesiono do nas, a tam przywożono ludzi z Poznania. Nie mogłem się dowiedzieć, czy w Poznaniu były jakieś zajścia, ale wyglądało na to, że tak, skoro były aresztowania. Dopiero potem okazało się, że w Poznaniu żadnych rozruchów nie było. Ci ludzie byli brani z ulicy, ze wszystkich miejsc, gdzie naturalnie zbiera się tłum – spod budki z piwem, ze skwerku, placu. Brano ich na wszelki wypadek, aby nie zaczęły się w tym miejscu rozruchy. Tak jakby się miały zacząć ni stąd ni zowąd na ulicy. Wsadzano ich w sukę i przywożono do Wronek bez żadnej sankcji, bez żadnego przesłuchania, bez niczego. Zapisywano imię i nazwisko, w magazynie wydawano koc, ręcznik, miskę, łyżkę, kubek i nic więcej. I szli do tamtego wielkiego pawilonu, który był izolowany od wszystkich. Z tymi ludźmi do końca nie mieliśmy kontaktu. Wypuszczano ich dopiero po czterech czy pięciu tygodniach. Prokurator wydawał im sankcję ze wsteczną datą i nakaz tymczasowego aresztowania. I wsadzano ich w suki, które ich wiozły z powrotem do Poznania.
Wieczorem udało nam się nawiązać kontakt z ludźmi przywiezionymi z Wybrzeża, którzy siedzieli na najwyższym oddziale. Ewakuowani z więzienia w Gdańsku widzieli palenie komitetu i atak na komendę. Czy ten atak został odparty – nie wiedzieli, bo zaraz załadowano ich do suk i bocznymi drogami wywieziono do Sztumu, a następnej nocy do Wronek. Tak po raz pierwszy dotarła do mnie wiadomość o grudniowych wydarzeniach na Wybrzeżu.
Fragment książki Autobiografia Jacka Kuronia.
Na podobny temat
|
Problem z Hausnerem jest taki, że pró...
"Dysponujemy wszystkimi środkami ...