|
Robert Kowalski („Kurier Białego Miasteczka”): Wystąpiła pani w Białym Miasteczku w charakterze wykładowcy, ale ja w ogóle często panią widuję na Miasteczku i widziałem, że przychodziła pani na wykłady innych osób. Czy to dlatego, że poziom Białego Uniwersytetu jest taki wysoki?
Irena Dzierzgowska: Ja lubię być tutaj, w Miasteczku, to miejsce mnie przyciąga.
A co tak przyciąga?
- Chęć zademonstrowania solidarności z tymi, którzy tutaj mieszkają, zademonstrowania własnych emocji związanych z tym, co się tutaj dzieje.
A pani też coś bierze z Miasteczka, bo tu można się naoddychać i naładować?
- Oczywiście, że tak. Czuje się tu wielką aktywność, a także - to jest dzisiaj takie niepopularne słowo - solidarność. Czuje się, że tej grupie o coś chodzi, że ma wspólny cel.
Mówiła pani w czasie wykładu, że przez wiele lat pracowała w szkole pielęgniarskiej jako nauczycielka. Proszę mi coś powiedzieć o pielęgniarkach-uczennicach, czy można je jakoś scharakteryzować?
- Już nie ma takich szkół, bo dzisiaj pielęgniarka to zawód z licencjatem. W moich czasach to była średnia szkoła, która kończyła się maturą i dyplomem pielęgniarskim, więc uczyły się w niej dziewczyny w wieku 15-19 lat. Myśmy byli ogromną szkołą na ulicy Świętojerskiej, w szczytowym okresie mieliśmy kilkaset dziewcząt. To była szkoła żeńska. Samo już to tworzyło klimat kompletnie innej szkoły.
Bardzo lubiłam swoje dziewczyny. One były - w swojej masie - niesłychanie różnorodne: były bardzo grzeczne i bardzo spokojne, były też absolutne chuliganki. Uczyłam, chyba najtrudniejszych przedmiotów ogólnokształcących, bo fizyki i chemii, a one, zresztą chyba słusznie, w wieku 15-19 lat miały zupełnie inne zainteresowania i wszystko było ważniejsze niż fizyka i chemia. Ale jakoś się dogadałyśmy.
Na czym polegała ta umowa?
- To jeszcze były czasy PRL-u, a ja ich nie uczyłam o silnikach, które były w programie.
Zaraz, zaraz, ale po co pielęgniarkom silniki?
- Taki był program, mieliśmy podręcznik przetłumaczony z języka rosyjskiego dla średnich szkół medycznych i tam były głównie silniki. Dwusuwowe, czterosuwowe, na prąd stały, na prąd zmienny – wszystkie możliwe. Nikt się nie przejmował, czy to będzie potrzebne pielęgniarkom, czy nie. Była tam jakaś pompa, co by można porównywać ze strzykawką, ale to naprawdę odległe.
Ale wtedy było tak, że w „Polityce” ukazywały się co tydzień felietony Macieja Iłowieckiego „Nasz wiek XX” – fantastyczne! Pokazywały, co ciekawego dzieje się na świecie w nauce bardzo szeroko rozumianej. I ja w gruncie rzeczy uczyłam Iłowieckiego i Iłowieckim.
Powiedziała pani o tym kiedyś Iłowieckiemu?
- Nie, nie miałam nigdy okazji.
To się teraz dowie z „Kuriera Białego Miasteczka”.
- Tak. I ja to robiłam przez 14 lat. Uważam, że pisał rewelacyjnie. Czasami mówiłam na dany temat, a czasami czytałam po prostu te felietony. Myślę, że moje dziewczyny zyskały na tym więcej niż jakiekolwiek uczennice, jakichkolwiek szkół medycznych. A tej rosyjskiej książki to w ogóle nie ma co wspominać.
A czego konkretnie z tego Iłowieckiego pani uczyła?
- Zaczynało się od powstania wszechświata, od całej kosmologii, od wielkiego wybuchu, potem: czy są jakieś inne, żywe istoty we wszechświecie, czy ich nie ma. Później mówiłyśmy o genetyce, fascynujące rzeczy. Później bardzo dużo o psychologii i neurologii, o mózgu, pierwszych elektrodach w mózgu. Później o ekologii.
Iłowiecki się fantastycznie tym zajmował, pisał o śmieciach. Do dziś pamiętam taki felieton o ilości śmieci na naszej planecie, a to było już w latach 70.
No, to one miały z panią bardzo dobrze!
- Ja z nimi też! Chociaż pensje były niskie.
Tak jak dzisiaj.
- Tak, jak zawsze.
Mogłaby pani streścić swój wykład, dla tych którzy nie mogli go wysłuchać, a są naszymi czytelnikami?
- Teza mojego wykładu jest taka, że nie warto, a nawet niebezpiecznie jest wychowywać dzieci w ślepym posłuszeństwie. Masowa edukacja miała za zadanie przygotować pracowników do wielkoprzemysłowych zakładów pracy, w związku z czym uczyła punktualności, posłuszeństwa i wykonywania powtarzalnych czynności. Dziś żyjemy w XXI wieku. Punktualność nieważna, bo to jest mało istotna cecha, powtarzalnych czynności już w ogóle nie ma, a posłuszeństwo okazało się nie cnotą, ale wręcz niebezpieczeństwem. Marzyłabym o tym, żeby wychowywać dzieci do odpowiedzialności i w poczuciu maksymalnej wolności.
Ale paradoksalnie dwie z tych trzech wpajanych w dawnej szkole cech, tutaj się wspaniale sprawdzają. Tu jest punktualność i powtarzalność. I tylko niesamowite nieposłuszeństwo.
- Jasne, właściwie się cieszę, punktualność nikomu nie przeszkadza, powtarzalność jest tu jednak bardzo urozmaicona, a to że są nieposłuszne, to fantastyczne!
I za to je kochamy.
- Za to je kochamy!
Rozmawiał Robert Kowalski. Wywiad opublikowany w „Kurierze Białego Miasteczka” 12 lipca 2007. „Kurier” ukazywał się podczas protestu pielęgniarek po URM-em i był wydawany przez zespół „Krytyki Politycznej” w uzgodnieniu z
Zarządem Krajowym Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i
Położnych.
—
Irena Dzierzgowska (ur. 9 marca 1948 w Szczecinie, zm. 5 marca 2009) - nauczycielka, pedagożka, działaczka społeczna. W latach 1997-2000 była sekretarzem stanu w Ministerstwie Edukacji Narodowej. Twórczyni Monitora Edukacji, autorka książek na temat kierowania szkołami i placówkami oświatowymi, oceniania ich jakości i standardów edukacyjnych. Mama Ani.
Na podobny temat
|
Drogi Cezary, chyba nikt cie nie czyt...
W ostatnich dniach minister Zdrojewsk...