|
„Nie polubisz jej” głosi hasło reklamujące film Ki Leszka Dawida. Hasło na przekór oczywiście. Hasło podobne do tych, które reklamowały nieistniejący supermarket Czeski Sen. Nie polubisz Ki, bo Ki dużo gada, bo wprowadza się do zadbanego domu przyjaciółki i w kilka dni robi z niego pobojowisko, bo wszędzie chodzi z małym synkiem, który jest głównym producentem tego pobojowiska. Nie polubisz Ki, bo uznasz, że jest nieodpowiedzialna, że ma dziecko, a nie umie znaleźć dla niego domu, że nie pracuje, że jest zbyt ufna i zbyt naiwna, że jest roztrzepana, ekscentryczna. Odpowiedzialna mama by się tak nie zachowywała. Z mieszczańskiego punktu widzenia Ki to zwariowana kolorowa dziewczyna, której żadna „porządna” matka nie chciałaby mieć za synową.
Polubiłam Ki. Właśnie za jej roztrzepanie, za to, że nie robi afery, jak się cukier na podłogę wysypie, że nie miłuje porządku, że kuchnia w jej mieszkaniu i w mieszkaniach, w których się osiedla, przypomina bardziej salę przedszkolną po przejściu przez nie tornada dzieci niż wnętrze rodem z katalogu sklepu meblowego. Ki, codziennie w innych kolorowych kolczykach, jest przeciwieństwem perfekcjonizmu, który znamy z kina. Zero wnętrz w pastelowych kolorach wypełnionych nieużywanymi meblami. Zero TVN-u. Zero bajek o karierze w wielkim mieście, o agencjach reklamowych, w których fajni młodzi ludzie robią fajne kariery i zarabiają kokosy. Ki nie zarabia kokosów. Musi korzystać z pomocy opieki społecznej. Musi przejść przez serię upokorzeń z tym związanych. I nie są to upokorzenia dotykające biednej wykluczonej kobiety okutanej w jakieś stare niemodne ciuchy. Brak pieniędzy nie znaczy dla Ki życie na marginesie znanym z polskiego kina (stary rozwalony dom, najlepiej na Śląsku, wszystko w czerni i bieli albo w sepii). Polubiłam Ki, bo jej uwierzyłam.
Uwierzyłam w to, że młoda samotna matka może mieć przerąbane w towarzystwie swoich bezdzietnych robiących karierę koleżanek. Że bezdzietne koleżanki mogą mieć przerąbane w towarzystwie młodej matki. Lubię Ki na ekranie, ale gdyby wprowadziła się do mnie i zdemolowała mi mieszkanie, oszalałabym. Dlatego łatwo jest mi wyobrazić sobie, że można nie lubić Ki. Polubienie jej oznacza natychmiastowe wejście w jej życie. Kto polubi Ki może mieć pewność, że zostanie zaraz poproszony o zaopiekowanie się jej synkiem. Nie wszyscy chcą zajmować się cudzymi dziećmi.
Ki to samotna matka w wielkim mieście. Oba człony tego opisu są równie ważne.
Wielkomiejskość wygrano w filmie miejscami, postaciami. Część ekranowych postaci znam z widzenia, przewijają się przez Nowy Wspaniały Świat. Znam miejsca, twarze. Wielkomiejskość jest w Ki zupełnie inna niż w ta, do której przywykliśmy w polskim kinie. Nie ma tu lśniących wieżowców, sushi barów i jeżdżenia w tę i z powrotem mostem Świętokrzyskim. Samotna matka w Ki to inna matka niż te kinowe, zaniedbane, zostawione, zniszczone życiem, szare. To kolejny powód dla którego wierzę Ki. Wierzę jej, bo mam poczucie, że ją znam.
Lubię Ki, wierzę jej i dlatego ten film mnie uwiera. Gdyby Ki była mi odległa, oglądałbym ją tak, jak ogląda się postacie z kina – z dystansem, ze świadomością, że oddziela mnie od nich ekran. Mnie od Ki oddziela niewiele. Znam dziewczyny takie jak ona. Przeraża mnie myśl, że chciałyby, żebym odebrała ich dziecko z przedszkola. Przeraża mnie, że chciałyby u mnie pomieszkać. Zastanawiam się, co powiem, kiedy poproszą mnie o pomoc. Przecież nie powiem, że powinny dziecko do przedszkola wysłać i poszukać pracy? Na przedszkole ich nie stać, a pracy im nikt nie da. Lubię Ki, ale nie lubię poczucia beznadziei, z jakim wychodzę z seansu filmu Leszka Dawida. Nie wiem, co zrobię, jak spotkam Ki. Nie wiem. A przecież spotkam ją za chwilę, bo takich Ki są setKi.
— -
Ki, reż. Leszek Dawid, premiera: 30 września 2011
Na podobny temat
|
Poślijmy tam Wałęsę, on zrobi dobrą r...
Tylko pochwalić! P. Labuda, główna po...