|
Janusz Głowacki opisał kiedyś taką historyjkę. W wojsku pan kapitan na zbiórce żołnierzy poucza młodych szeregowych: „Żołnierze, woda wrze w temperaturze 90 stopni”. Jeden z szeregowych zgłasza wątpliwość: „Woda wrze w temperaturze 100 stopni! Panie kapitanie”. Kapitan zaniepokojony sięga po notatki i mówi: „Macie rację. Woda wrze w temperaturze 100 stopni, a 90 stopni to kąt prosty”.
Liczby się czasem po prostu mylą. Niektórym myli się ostatnio 50 i 35.
„Pani Marszałek, panie posłanki i panowie posłowie, mam zaszczyt, w imieniu Kongresu Kobiet, przedstawić dziś propozycję zmian w prawie wyborczym, które polegają na wyrównaniu szans kobiet i mężczyzn w wyborach”. Tymi słowami prof. Małgorzata Fuszara zaczęła swoje wystąpienie podczas pierwszego czytania obywatelskiego projektu ustawy parytetowej w Sejmie. Za dwa miesiące minie rok od dnia, kiedy Fuszara tłumaczyła posłom i posłankom, że „za równością praw nie idzie ciągle w Polsce, jak zresztą w wielu innych krajach, równość szans” i że szanse wyrównać można przyjmując zasadę 50 procentowej, a więc równej, reprezentacji kobiet i mężczyzn na listach wyborczych.
Na tym polega parytet. Na listach wyborczych liczba kobiety mają mieć zapewniona połowę miejsc. Nie jedna trzecią, nie 35 procent, ale 50. W ostatnich wyborach samorządowych kandydatów na radne i radnych było 255 tys. Kobiety stanowiły ok. 30 proc. tej grupy. Niewiele. Gdyby obywatelski projekt ustawy trafił nie do sejmowej zamrażarki, a na salę sejmową i gdyby został przyjęty, już tydzień temu mielibyśmy na kolorowych kartach do głosowania więcej kwadracików, przy których widnieją nazwiska kobiet. Niestety – ustawy nie przyjęto. Nawet na poważnie się nią nie zajęto. Projekt trafił do laski marszałkowskiej w grudniu 2009. Co sejm zrobił przez ten rok?
Chciałam napisać nic, ale to by była nieprawda. Sejm przez ten rok przyglądał się ustawie i w przyszłym tygodniu chce nad nią głosować. To znaczy nie dokładnie nad nią. Nad trochę inną ustawą. Taką, w której mowa o 35 procentowych kwotach na listach wyborczych. 35, 50 – co za różnica. Grunt, że zagwarantujemy kobietom więcej miejsc na listach, a o to chodzi. Nie będzie jak w ostatnich wyborach 30, będzie 35.
„O planach głosowania nad parytetami poinformował na czwartkowym posiedzeniu komisji nadzwyczajnej ds. zmian w prawie wyborczym jej szef Waldy Dzikowski (PO)” czytam na gazecie.pl. W świadomości mediów ustawa o 35 procentowych kwotach nadal funkcjonująca jako „ustawa o parytecie”. Nie ważne, że w tej ustawie nie ma na temat parytetów ani słowa. Projekt posłanki Platformy Agnieszki Kozłowskiej-Rajewicz zwiększa szanse kobiet, więc nie kłóćmy się o słowa: „parytet” czy „kwota”, „polityka” czy „budowanie mostów” - jaka to różnica. A nie, zagapiłam się. To drugie, to różnica.
Pani Marszałek, panie posłanki i panowie posłowie Platformy Obywatelskiej, mam zaszczyt, w imieniu własnym, przypomnieć wam, że 50 i 35 to nie to samo, parytet i kwota to nie to samo. Natomiast tym samym jest„polityka” i „budowanie mostów”. Tak na marginesie.
Na podobny temat
|
Poślijmy tam Wałęsę, on zrobi dobrą r...
Tylko pochwalić! P. Labuda, główna po...