> PREMIERA 15 MAJA

kazin_okladka_300px.jpg

>>Już jest: KP30!

kp30_okladka_300px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Życzyłbym sobie, abyśmy w obecnym stuleciu potrafili w końcu połączyć wiedzę naukową i techniczną, rozwiniętą jak nigdy dotąd w historii, z umiejętnościami ludzkimi i politycznymi, które, jak na ironię, są najbardziej w historii zacofane. Dysponujemy wszystkimi środkami naukowymi, technicznymi i nawet finansowymi, aby wykorzenić biedę, głód, ciemnotę dotykającą co najmniej połowę mieszkańców naszej planety. Dlaczego tego nie robimy? Dlatego, że brakuje nam politycznej woli, połączenia pragnienia i działania, żeby to zrobić.

Carlos Fuentes (1928-2012), Contra Bush

Katalog Książek KP

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Liczby się mylą Drukuj
Agnieszka Wiśniewska   
26.11.2010

Janusz Głowacki opisał kiedyś taką historyjkę. W wojsku pan kapitan na zbiórce żołnierzy poucza młodych szeregowych: „Żołnierze, woda wrze w temperaturze 90 stopni”. Jeden z szeregowych zgłasza wątpliwość: „Woda wrze w temperaturze 100 stopni! Panie kapitanie”. Kapitan zaniepokojony sięga po notatki i mówi: „Macie rację. Woda wrze w temperaturze 100 stopni, a 90 stopni to kąt prosty”.

  

Liczby się czasem po prostu mylą. Niektórym myli się ostatnio 50 i 35.


„Pani Marszałek, panie posłanki i panowie posłowie, mam zaszczyt, w imieniu Kongresu Kobiet, przedstawić dziś propozycję zmian w prawie wyborczym, które polegają na wyrównaniu szans kobiet i mężczyzn w wyborach”. Tymi słowami prof. Małgorzata Fuszara zaczęła swoje wystąpienie podczas pierwszego czytania obywatelskiego projektu ustawy parytetowej w Sejmie. Za dwa miesiące minie rok od dnia, kiedy Fuszara tłumaczyła posłom i posłankom, że „za równością praw nie idzie ciągle w Polsce, jak zresztą w wielu innych krajach, równość szans” i że szanse wyrównać można przyjmując zasadę 50 procentowej, a więc równej, reprezentacji kobiet i mężczyzn na listach wyborczych.


Na tym polega parytet. Na listach wyborczych liczba kobiety mają mieć zapewniona połowę miejsc. Nie jedna trzecią, nie 35 procent, ale 50. W ostatnich wyborach samorządowych kandydatów na radne i radnych było 255 tys. Kobiety stanowiły ok. 30 proc. tej grupy. Niewiele. Gdyby obywatelski projekt ustawy trafił nie do sejmowej zamrażarki, a na salę sejmową i gdyby został przyjęty, już tydzień temu mielibyśmy na kolorowych kartach do głosowania więcej kwadracików, przy których widnieją nazwiska kobiet. Niestety – ustawy nie przyjęto. Nawet na poważnie się nią nie zajęto. Projekt trafił do laski marszałkowskiej w grudniu 2009. Co sejm zrobił przez ten rok?
Chciałam napisać nic, ale to by była nieprawda. Sejm przez ten rok przyglądał się ustawie i w przyszłym tygodniu chce nad nią głosować. To znaczy nie dokładnie nad nią. Nad trochę inną ustawą. Taką, w której mowa o 35 procentowych kwotach na listach wyborczych. 35, 50 – co za różnica. Grunt, że zagwarantujemy kobietom więcej miejsc na listach, a o to chodzi. Nie będzie jak w ostatnich wyborach 30, będzie 35.


„O planach głosowania nad parytetami poinformował na czwartkowym posiedzeniu komisji nadzwyczajnej ds. zmian w prawie wyborczym jej szef Waldy Dzikowski (PO)” czytam na gazecie.pl. W świadomości mediów ustawa o 35 procentowych kwotach nadal funkcjonująca jako „ustawa o parytecie”. Nie ważne, że w tej ustawie nie ma na temat parytetów ani słowa. Projekt posłanki Platformy Agnieszki Kozłowskiej-Rajewicz zwiększa szanse kobiet, więc nie kłóćmy się o słowa: „parytet” czy „kwota”, „polityka” czy „budowanie mostów” - jaka to różnica. A nie, zagapiłam się. To drugie, to różnica.


Pani Marszałek, panie posłanki i panowie posłowie Platformy Obywatelskiej, mam zaszczyt, w imieniu własnym, przypomnieć wam, że 50 i 35 to nie to samo, parytet i kwota to nie to samo. Natomiast tym samym jest„polityka” i „budowanie mostów”. Tak na marginesie.

  

  

Komentarze
Dodaj nowy
rezerwista   |26.11.2010 22:54:53
kapitan i kapral to też nie to samo
Spokojny   |26.11.2010 23:05:37
Ja się tylko zastanawiam nad jednym problemem. Czy procentowy rozkład kobiet i
mężczyzn na listach nie powinien odpowiadać procentowemu rozkładowi członków i
członkiń w danej partii? Bo jeśli dajmy na to w partii jest znacząca przewaga
jakiejś płci, a na listach ma być 50/50 to dawanie każdemu przedstawicielowi
mniej licznej płci większej szansy znalezienia się na liście wyłącznie z powodu
jego płci może być traktowane jako dyskryminacja drugiej płci. A jak to w ogóle
jest w partiach? Jest w nich więcej kobiet czy męzczyzn? Jak się ma proporcja
liczebna w partiach do proporcji na listach? Ktoś to badał?
grzesie2k   |27.11.2010 15:49:26
"Nie będzie jak w ostatnich wyborach 30, będzie 35."

Chyba jednak
jest to trochę bardziej złożone. Teraz pewnie były listy, gdzie kobiet było
ponad 50%, były zapewne i listy, gdzie nie było żadnej kobiety. Teraz te
pierwsze pozostaną bez zmian, natomiast drugie się zmienią. W efekcie średnia
wyjdzie na pewno wyższa niż 35%.
ilpalazzo   |27.11.2010 17:29:04
Spokojny, poruszasz się w obrębie paradygmatu, a chodzi właśnie o to żeby go
zmienić. celem wprowadzenia parytetu jest włączenie problemów kobiet w
polityczny mainstream za pomocą włączenia kobiet w polityczny mainstream.
wprowadzamy parytet i zmuszamy partie do rozpoczęcia poważnej rozmowy z
kobietami, niech chodzą i pytają i niech biorą do partii kobiety.
sin_city citizen   |27.11.2010 18:02:09
Po co w ogóle parytety? Załóżmy, że 50% wyborcow to płeć piękna. Jeśli chciałyby
głosować na kobiety to połowę obsady rządu i samorządów stanowiłyby kobiety. A
tak nie jest. To znaczy, że problem tkwi w tym, że kobiety-kandydatki nie
potrafia do siebie nawet wyborców-kobiet. To tu tkwi problem a nie w parytetach.
Apfelbaum  - Szkoda, że…   |27.11.2010 19:27:08
…ten obywatelski projekt nie zapewnia nawet 1% miejsc na listach dla mężczyzn.


Jakiś rozsądny projekt utrzymujący np. maksymalny stosunek mniej
reprezentowanej płci do lepiej (bardziej?) reprezentowanej płci na poziomie np.
2:3 na liście wyborczej mógłbym zrozumieć, ale przywilej jednostronnego nigdy
nie zaakceptuję.
AnkaeN   |27.11.2010 20:48:11
A dotąd akceptujesz jednostronny przywilej i nie przeszkadza Ci to. Ciekawe
czemu? Pewnie temu, że przywilej ten dotyczy Twojej płci, nieprawdaż?
hajota  - w kwestii formalnej   |27.11.2010 20:59:24
Nie wiem, czy Głowacki, czy autorka położyła stary dowcip. Powinno być:
"Macie rację. To kąt prosty wrze w temperaturze 90 stopni".
Spokojny   |27.11.2010 23:20:15
Ilpalazzo, o własnym pardygmacie nic w tej sprawie powiedzieć nie umiem. To co
mogę powiedzieć, to że widzę pewną zastanawiającą pustą przestrzeń w tym miejscu
rozmowy - mówi się, że kobiety są dyskryminowane, bo jest ich mniej na listach a
nikt tego nie odnosi do ich ilości w partiach. Być może faktycznie w partiach
jest ich 50%, a na listach dajmy na to 20%. Gdyby tak było, byłby to może
jeszcze nie dowód dyskryminacji wewnątrzpartyjnej, ale na pewno jakaś poważna
poszlaka. Co jednak by było, gdyby wykazać, że udział procentowy kobiet na
listach wyborczych dokładnie odpowiada procentowemu udziałowi tych kobiet w
samych partiach? Wówczas znaczyłoby to, że w partiach dyskryminacji nie ma. Jest
w partiach 30% idiotów i jest 30% idiotów na listach, jest 20% kobiet i na
listach jest 20% kobiet, jest 40% rozwodników i na listach jest 40% rozwodników,
jest 25% takich, co od czasu do czasu wciągają koks i na listach jest 10% takich
co od czasu do czasu wciągają koks, jest 3% fanów samochodów typu SAAB i
sabowicze na listach też swoje 3% stanowią itd. Czyli rozkład w populacji
odpowiada mniej więcej rozkładowi w próbie.
Mogłoby być jeszcze inaczej - że
na przykład kobiet w partiach jest procentowo mniej niż na listach. To by
znaczyło, że partie faworyzują kobiety.
Tu się natomiast z góry zakłada, że na
listach jest mniej niż w partiach. Ale czy zaklada się to na podstawie jakiegoś
dowodu? Ktoś to policzył?
Rozumiem, że przekroczenie paradygmatu miałoby na tym
polegać, że nawet jak udowodnimy, że procentowy udział kobiet w partiach nie
jest większy niż na listach tych partii, to i tak jak damy kobietom więcej
miejsc na listach niż w partiach, to się one automatycznie zaczną do partii
pchać. Bo zakładamy, że właśnie z braku tej ekstra szansy się nie pchają i w tym
widzimy dyskryminację. Ale czy tak będzie naprawdę? Weźmy na przykład taki boks.
W przeciętnej sekcji boksu na 20 mężczyzn przypada jedna kobieta. W praktyce
mocno się to przekłada na sukces sportowy, bo jeśli tylko będąc kobietą uprawia
się boks regularnie, ma się szansę zostać mistrzynią wojewódzką jak jeden do
trzech, a jeśli się jest meżczyzną, to szansa jest o wiele mniejsza. Zeby
wystartować w mistrzostwach Europy w boksie będąc kobietą wystarczy po prostu
poważnie wziąć się za temat, bo konkurencja jest minimalna. Czyli można
powiedzieć, ze kobiety mają tu dużą pozytywną dyskryminację. Czyli można by
oczekiwać, że zaczną masowo pchać się do boksu. Ale tak nie jest. Czyli ta
pozytywna dyskryminacja nie wywołuje reakcji. Dlaczego?
viking   |28.11.2010 00:29:09
W parlamencie są prawie sami mężczyźni. Feministki uznają za niepodważalną
oczywistość , iż fakt ten z natury rzeczy dyskryminuje kobiety.
W szkołach
nauczycielkami są prawie same kobiety. I kto jest dyskryminowany, wedle tej
samej feministycznej ,,oczywistości" ?
Dziewczynki.

Jest to
oszałamiająca logika. Jedynym sposobem jej podtrzymania jest to co robią tu
Ankaen i ilpalazzo. Mężczyźnie, który ma wątpliwości czy zasłużył sobie na
,,pozytywną dyskryminację" wystarczy powiedzieć, że nie widzi swojej
,,uprzywilejowanej" pozycji, gdyż ją zajmuje, bądź też jest zamknięty w
takim lub innym paradygmacie. Wystarczy jedno zdanie. Hocus pocus i po sprawie.
Raz dwa trzy seksistą jesteś TY.

Moim zdaniem każdy kto gdzieś się nie
dostanie, komu w jakikolwiek odbierze się jego szansę jest dyskryminowany i to
zawsze jest negatywne. Obojętne czy stanie się tak za sprawą mizogina, który nie
chce przyjąć do pracy czy wpisać na listę kobiety czy za sprawą państwa, które
uznało, że dyskryminacja jednej płci jest ,,pozytywna", gdy drugiej płci
jest za mało w takim czy innym kontekście.
Vincent Rousseau  - re:   |28.11.2010 10:07:26
Spokojny napisa?:
Ja się tylko zastanawiam nad jednym problemem. Czy procentowy rozkład
kobiet i mężczyzn na listach nie powinien odpowiadać procentowemu
rozkładowi członków i członkiń w danej partii?


Zgadzam się w 100%. Chciałem właśnie to napisać jako pierwszy :) W
przeciwnym wypadku mamy do czynienia z promocją jakiegoś
typu "mniejszości", która zyskuje proporcjonalnie liczebną
przewagę. Posłuże się pewnym przejaskrawieniem. Załóżmy, że w
ramach wyrównywania szans wprowadzamy wyborczy parytet rasowy
(jakkolwiek ten podział jest politycznie niepoprawny, choć czy rozróżnianie
2 płci jest w pełni zasadne? -dygresja). Mamy oto do czynienia
z sytuacją, gdzie każda społeczna mniejszość rasowa jest na listach
wyborczych równie liczebna co i większość. Zastanawiam się wręcz jak
przebiegał by proces dokształcania politycznego imigrantów tak by było
kim te listy zapełnić.

A może parytet bierze się stąd, że nie w polityce,
a w populacji istnieje naturalny parytet? Jeśli tak oznacza to, że
siły polityczne w parlamencie muszą w 100% odpowiadać zróznicowaniu
społecznemu tj. jesteśmy np. zobowiązani, by stworzyć na listach
wyborczych od 3 do 10% (a to tylko oficjalne szacunki) dla osób LGBT.
Analogiczne zresztą działanie mogłoby dotyczyć każdego społecznego
zróżnicowania, które tylko nam przyjdzie do głowy. Bo im w
czym "panowanie mężczyzn nad kobietami" jest gorsze od
marginalizacji osób niepełnosprawnych, mniejszości wyznaniowych czy też
(zestawienie z 2 poprzednimi przypadkowe)
upośledzonych intelektualnie? Wszystkie te grupy powinny mieć swoje
prawa. Choć wrażenie mam, że akurat tych trzecich (przy całym szacunku dla
rzeczywiście upośledzonych) w polskim parlamencie nie brakuje i już
dawno opanowali politykę.
Thome  - Liczby się nie mylą.   |28.11.2010 13:15:10
Ustawowy parytet dla kobiet to automatycznie numerus clausus dla mężczyzn.


"wprowadzamy parytet i zmuszamy partie do rozpoczęcia poważnej rozmowy
z
kobietami, niech chodzą i pytają i niech biorą do partii kobiety".


Kwestią otwartą jest metoda przymusu?

Smutne jest natomiast to, że coraz
bardziej oczywistym się wydaje, że parytet ma się stać nie-demokratyczną
trampoliną do koryta dla nielicznej grupy kobiet. Na taką hucpę nie zdobyli się
nawet najwięksi szowiniści do tej pory.
druknepf  - Równoważenie kobiet   |28.11.2010 17:57:41
Parytet to parytet, a nie podział na dwie równe części. Parytet ma to do siebie,
że wyrównuje szanse słabszej stronie. Według ustawy proponowanej przez PO,
stroną słabszą są mężczyźni. Według nich na zrównoważenie 3,5 kobiet potrzeba
6,5 chłopa, co nas panowie ośmiesza.
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 27.11.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.84522 Seconds