|
We wtorkowe popołudnie, podczas Script Forum, odbyła się w dawnej bibliotece UW dyskusja o kobietach w kinie. Tytuł debaty brzmiał „Współczesny bohater filmowy jest kobietą”, ale chyba nie wszyscy zebrani na sali, się z tym zdaniem zgadzali. O to zresztą chodzi w debatach. Jeśli wszyscy się zgadzają, jest nuda.
W rozmowie brali udział: scenarzysta, filmoznawczyni, zagraniczna specjalistka od pisania scenariuszy. Prowadziła feministka. Zagraniczna specjalistka też jest feministką. Goście debaty rozmawiali o tym, że do polski genderowe badania nad filmem dotarły z opóźnieniem, że na Zachodzie wyraźnie zauważyć można była kilkanaście lat temu etap feminizowania gatunków, że w westernach zaczęły pojawiać się kobiety kowboje, że teraz pojawiają się w polskich serialach na TVN. Seriale te reprodukują oczywiście wszystkie stereotypy i nie proponują żadnej zmiany, ale dla filmoznawstwa są dowodem pojawienia się „nowego”. Jak przytomnie zauważył scenarzysta (Grzegorz Łoszewski), telewizją rządzi oglądalność. Pokazuje się to, co ludzie chcą zobaczyć. Jeśli nie chcą oglądać zmian, to na ekranie seriali o zmianach nie będzie. „Może widzowie nie dorośli do feminizmu”.
Słowo „feminizm” pojawiło się kilkakrotnie, co nie uszło uwadze zgromadzonych na sali, którzy, gdy tylko mogli zabrać głos, oponowali przeciwko mieszaniu kina i „okropnego” feminizmu. Zastanawiałam się, czemu feminizm jest okropny do momentu, kiedy padła uwaga, że kobietom trudniej jest pracować w przemyśle filmowym, bo rodzą dzieci. Pomyślałam sobie od razu – no tak, przedszkoli brakuje, jak są, to pewno pracują w godzinach 9-17, a film kręci się w wymiarze czasu nienormowanym, w dodatku pani reżyser nie ma etatu, więc pewno nawet jej dziecka do przedszkola nie zapiszą, bo nie ma źródła stałych dochodów. Na sali wypowiedź o rodzeniu zrozumiano inaczej. Natychmiast głos zabrała pani, która oznajmiła, że już cztery dni po porodzie była na planie i nie życzy sobie mieszania biologii do debaty o kinie. Brawa dla pani. To znaczy na sali rozległy się brawa dla pani. Klasyk stylu „jej się udało”, tu w wersji: „mi się udało, więc nie mówcie, że kobiety nie potrafią”. Nieważne, że udaje się jednej na sto. I że ta jedna tymi 99 gardzi, jako słabszymi. „Feminizm” brzmiał na tej debacie jak obelga, jak przyznanie się do słabości. „Jestem feministką” nie oznaczało siły, znaczyło: „Kobiety mają gorzej, ja jestem kobieta, ja mam gorzej”. A kto ma gorzej? Słabszy, głupszy, ten, który nie umie zatroszczyć się o swoje.
Prowadząca (Kazimiera Szczuka) próbowała wyjaśnić, że mówienie o „bohaterskich bohaterkach” w kinie i szukanie ich, to szukanie postaci kobiecych, przekraczających stereotyp obiektu seksualnego, to szukanie kobiet, które są podmiotami historii, a nie tylko matkami, żonami i kochankami. Feministyczna bohaterka to nie jest koniecznie bohaterka, która robi sobie skrobankę, to bohaterk, która wychodzi spod władzy męskiego spojrzenia. Próba wyjaśnienia niewiele pomogła. Sala, wypełniona scenarzystami uczestniczącymi w Script Forum, nadal powtarzała, że są kobiety kochające kino akcji i nie można im zabronić oglądania i robienia takiego kina, że filmy dzielą się na dobre i złe (to najbardziej rozpowszechniony w świecie filmowym banał), że szef Jamesa Bonda jest kobietą, co dowodzi, że dokonała się wielka zmiana w kinie.
Debata zaczęła się wzmianką o pierwszej i drugiej fali feminizmu. Głosy scenarzystów zgromadzonych na sali i chętnie zabierających głos w debacie pokazują, że fale te ominęły polską kinematografię. Schowani za falochronem scenarzyści odtwarzają patriarchalne schematy. I choć cenią prowadzącą debatę feministkę Kazimierę Szczukę (jak na prowadzącą dostała sporo pytań z sali), o której trudno powiedzieć, żeby była słabą kobietą, to feminizm uznają za przyznanie się do słabości. Jak w dobrym scenariuszu. Najważniejszy jest konflikt.
Na podobny temat
|
Poślijmy tam Wałęsę, on zrobi dobrą r...
Tylko pochwalić! P. Labuda, główna po...