|
Wraca człowiek z głuszy i oczy ze zdumienia przeciera. Myślałam naiwnie, że jak wyniki wyborów ogłosili, to teraz coś w sprawie KRUS uradzą albo z tirami na trasie augustowskiej zrobią. Gdzie tam! Wojna polsko-polska się toczy, do tego krzyżowa! Ulubiona gazeta krzyż bada z powagą pod kątem historycznym (stan wojenny, zabory) i prawnym (czyj to chodnik? co na to konstytucja?). E-maila otwieram, a tu protest do podpisu, krzyż usunąć trzeba. Kasuję, niby przez pomyłkę.
Otrząsam się z wiejskiej zadumy. Czym prędzej pod krzyż! Demokracji upadek zobaczyć, zanim go ci nudziarze od kompromisów zabiorą. Podobno kogoś tu rozpoznano, zbluzgano. Idę zatem z płowowłosą, ściśle aryjską obstawą. Do wrogiego obozu chyłkiem się zakradam.
Deszcz siąpi. Snują się turyści. Pod krzyżem zamiast oczekiwanej armii nienawistników stoi smutny facet. Wygląd ma powieściowy: postura niewielka, mundur nieistniejącej armii (harcerz? powstaniec?), twarz dziwnie niesymetryczna. Milczy uroczyście, ale wiem, co myśli. „Solidarnych 2010” zaliczyłam. Pochylam się nad chodnikiem. Wiersz deszczem rozmazany: że spisek, że krew, że zbrodnia, że pomścimy. Wycinki z „Naszego Dziennika” i apel, by „las krzyży” postawić, gdyby ten zabrali.
Ogarnia mnie czułość dziwna do smutnego pana i jego niezgody na to, że samolot się rozbił, ludzie zginęli i nic się za tym nie kryje. Coś kryć się musi i on w tej sprawie na deszczu stoi. Podchodzę bliżej. Na krzyżu obrazek z Popiełuszką, papież i starannie zawiązany szalik klubu sportowego. Chyba Portugalia.
Wiem, wiem, krzyż musi zniknąć. Ale powiem wam w sekrecie, że mi go będzie szkoda. Lubię teorie spiskowe. Lubię sobie na męczeństwo groteską podszyte popatrzeć. Lubię dreszcz, co mi pod krzyżem po krzyżu chodzi. Że rozdział państwa i Kościoła? Jasne, jestem za, ale co ma do tego krzyż na miejskim chodniku? Na Podlasiu co krok takie same stoją, wstążeczki mają podoczepiane i Matka Boska obowiązkowo przy każdym stoi. Oburza mnie raczej krzyż w lokalu wyborczym. Mówi mi: nie podskakuj, tu kraj katolicki jest i państwo też. A ten krzyż jest w sprawie żałoby. Szalonej i upolitycznionej, to fakt. Ale polityczny obłęd jest zbiorowej żałoby nieuchronnym składnikiem.
W Nowym Jorku długo po 11 września kwitły ludowe, anarchiczne formy wspominania ofiar. Oprócz krzyży i kwiatów – fotki, maskotki, dziecięce malunki. I odezwy wariatów: że Żydzi, że diabeł, że Bush. Ktoś za tym stoi, to pewne. W Stanach CIA i kosmici, w Polsce – ruskie, tuskie, żydowskie. I wielki elektromagnes.
Czy stać nas na ścianę płaczu bez cenzury? Pluralistyczną? Taką, gdzie i krzyż, i menora, i jeszcze miś się zmieszczą? Gdzie czytelnik „Naszego Dziennika” i feministka mogliby żałobie dać wyraz, nie wchodząc sobie w paradę? W Polsce to niewyobrażalne. Emocja zbiorowa ma formę jednolitą. A skoro t y l k o pod tym krzyżem, t y l k o pod tym znakiem, to misia nie postawisz, nie mówiąc o menorze. Obrona demokracji polega u nas na kultywowaniu oburzenia, usuwaniu z pola widzenia. Nadzieją napawa mnie tylko ten szalik. Ale pewnie go tu jakiś obcokrajowiec zostawił.
Tekst ukazał się w tygodniku „Przekrój” 31/2010
Na podobny temat
|
Poślijmy tam Wałęsę, on zrobi dobrą r...
Tylko pochwalić! P. Labuda, główna po...