|
Agnieszka Graff
|
|
22.02.2010 |
Amerykańska popkultura wreszcie zrozumiała, że ludzkości przejadły się
kosmiczne strzelanki. Ludzkość łaknie kosmicznej lewicowej utopii – ekofeministycznej i koniecznie w 3D. Na tym robi się dziś prawdziwy
szmal. I tak miliony kupiły słuszne idee w formie bajki. Cudny marines
doznaje nawrócenia na New Age, uznaje wyższość filozofii dziewczyńskiej
(la di da, kochajmy roślinki i zwierzątka) nad filozofią chłopacką
(brrrrum brrum, zabili go i uciekł), po czym na przekór knowaniom
mięśniaków i kapitalistów ratuje od zagłady piękną krainę, w której
zwierzątka i roślinki mają dusze, a wszystko się łączy ze wszystkim.
Bonus – dowiadujemy się, jak wygląda Wielka Bogini. Zawsze sądziłam,
że przypomina wielką pulsującą hubę, ale okazuje się, że to takie
śliczne migocące światełka.
Na mojej lewicowo-feministycznej kanapie opinie są podzielone. Ideowym
purystom przeszkadza wydźwięk heterycki i podtekst rasistowski.
To fakt: marines jest biały, hetero, a w dodatku okazuje się lepszym
tubylcem ekokrainy niż sami tubylcy. Mógłby być czarny i w sumie nie
zaszkodziłoby mu, gdyby był kobietą. Ale nie bądźmy małostkowi.
Doceńmy, że jest niepełnosprawny i wolny od seksizmu niczym bywalcy
manif. Każda idea potrzebuje reklamy, a nam ją zrobiono za friko.
Watykan już to zrozumiał, bo „Avatara” oprotestował.
Pod niewątpliwym wpływem światełek jest dziś polska polityka. 18 lutego
szykuje się pierwsze czytanie obywatelskiego projektu ustawy
o parytetach. Tej, co to ją Kongres Kobiet napisał, a grubo ponad sto
tysięcy ludzi podpisało. Sprawa ma wymiar historyczny – wobec parytetów
Euro 2012 to pikuś. Jednak pewien biskup ogłosił, że parytety naruszają
zasady demokracji (wnioskuję, że Kościół nie zamierza ich wprowadzać,
szkoda, trudno). Z kolei pewien lewicowy publicysta uważa, że nie
ma co popierać kobiet w polityce, bo jest wśród nich wiele
konserwatystek (podobnie myślała część lewicy sto lat temu, gdy szło
o prawa wyborcze).
I oto – niczym dzielny marines – na ratunek równości przybywa PO.
Ma projekt alternatywny: nie 50 procent, ale 30 procent kobiet
na listach. Ktoś złośliwy by powiedział, że ma to pewien związek
z działaniem ruchu kobiecego. Nie jestem złośliwa. Obstawiam, że było
tak: platformersi przeoczyli Kongres Kobiet, ale poszli na „Avatara”
i doznali równościowego olśnienia (światełka). Brakujące do równości 20
procent to ukłon w stronę biskupa (trudno, taka karma). Po burzliwej
dyskusji w komisjach i podkomisjach spotkamy się gdzieś po drodze
(po 48 procent każdej płci?). A za parę lat i tak nas będzie więcej,
bo właśnie wprowadzono urlopy ojcowskie. Bawiąc się przez ten tydzień
z dziećmi, panowie odkryją, że tak naprawdę polityka nie leży w ich
naturze.
Tekst ukazał się w „Przekroju” nr 7/2010
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 28.02.2010 )
|
..się tak w szpitalach traktuje. Choć...
Ależ, co się będą lekarze pacjentami ...