|
„Dwa miliony bezrobotnych w UK, dwa
miliony imigrantów z Polski, rachunek jest prosty!” - mój
przyjaciel, pracujący na budowie w Londynie, często napotyka takie
napisy w toalecie. Odbiera to jako sygnał rosnącej ksenofobii
brytyjskiej working class. Czyżby angielscy robotnicy,
upokorzeni przez torysów i porzuceni przez laburzystów, szukali
teraz oparcia w Brytyjskiej Partii Narodowej? Zanim dojdziemy do
takiego wniosku, warto uważnie przyjrzeć się wynikom ostatnich
wyborów do Parlamentu Europejskiego. Zobaczmy, na czym polega
tajemnica sukcesu tego skrajnie prawicowego ugrupowania.
Brytyjscy narodowcy wprowadzili do
europarlamentu dwóch posłów. Jak bardzo powinniśmy się tym
niepokoić? Sztandarowym punktem programu BNP jest pozbycie się z
Wielkiej Brytanii niebiałej ludności i ścisła kontrola nad
migracją białych pracowników za pomocą systemu wizowego.
Okazjonalnie jej członkowie wypowiadają się i na inne tematy,
takie jak gwałt („Gwałt to po prostu seks. Kobiety lubią seks,
więc niemożliwe, żeby gwałt był aż taką fizyczną męczarnią”
- Nick Eriksen, kandydat BNP do londyńskiej rady miasta) czy zdrowie
publiczne (AIDS „to przyjazna choroba, ponieważ dopada czarnych,
narkomanów i gejów” - Mark Collett, lider młodzieżówki).
Trudno powiedzieć, czy BNP przyciąga wyborców takimi tezami, czy
raczej tym, że łączy swój rasizm i ksenofobię z troską o poziom
usług publicznych (w odróżnieniu od holenderskiej Partii Wolności,
która ma program skrajnie prorynkowy). Swoim wyborcom BNP proponuje
wizję świata, w której oczekiwania lepszej służby zdrowia,
edukacji, dostępnych mieszkań, czystego środowiska i
bezpieczeństwa publicznego skupiają się w haśle obrony przed
„obcymi”. Dzięki biurom poselskim i funduszom z europarlamentu
brytyjscy narodowcy będą mieli teraz większe możliwości
szerzenia swoich poglądów nie tylko na forum europejskim, lecz
także we własnych okręgach.
Jednak za ostatnim sukcesem BNP wbrew
pozorom wcale nie stoi (przynajmniej na razie) rosnąca popularność
jej ideologii. W tych wyborach BNP poprawiła wprawdzie swój wynik
sprzed pięciu lat, zdobywając 943 698 głosów, czyli o 135 498
więcej niż w 2004 roku. Ale to wcale nie te nowe głosy przyniosły
BNP miejsca w europarlamencie. Tegoroczne wybory były prawdziwym
wyścigiem w dół: liberalni demokraci stracili ponad 370 tys.
głosów, torysi prawie 200 tys. głosów, Partia Niepodległości
Zjednoczonego Królestwa ponad 150 tys głosów. Rekord pobiła
Partia Pracy, tracąc ponad 1 mln 330 tys. głosów w porównaniu z
2004 rokiem. Obronną ręką wyszli z wyborów Zieloni (ponad 270
tys. nowych głosów), lewicowa Szkocka Partia Narodowa (blisko 90
tys nowych głosów) i właśnie BNP.
O sukcesie BNP zadecydowali jednak nie
tyle jej właśni wyborcy, ile tradycyjni zwolennicy Partii Pracy,
którzy tym razem zostali w domu. W obu okręgach, w których
narodowcy zdobyli mandaty, uzyskali tym razem gorszy wynik niż
poprzednio. W Manchesterze zdobyli o 2 865, zaś w Yorkshire o 6 399
głosów mniej niż pięć lat temu. Waga zdobytych głosów okazała
się jednak większa niż poprzednio, ponieważ Partia Pracy straciła
w tych okręgach odpowiednio 239 557 i 183 204 głosy. Zadecydowała
frekwencja. Trudno więc mówić o zwrocie na prawo.
Po prostu wyborcy lewicy (i to zdaniem niektórych właśnie ci
najwierniejsi) wystawili w końcu partii Blaira i Browna rachunek za
ponad dekadę gorzkich rozczarowań.
I nie tylko Blairowi. Pod wieloma
względami Anglia nie jest już wyspą. Pamiętajmy, że przez
ostatnie pięć lat nie udało się przeprowadzić w Unii
Europejskiej progresywnej legislacji koniecznej, aby zapobiegać
dumpingowi socjalnemu i ekologicznemu. Otwieranie rynków pracy bez
jednoczesnego równania do góry standardów socjalnych tworzy
podatny grunt dla nienawiści na tle etnicznym. Imigranci postrzegani
są wówczas jako zagrożenie dla miejsc pracy i poziomu życia.
Dlatego bez ambitnej regulacji maksymalnego tygodniowego czasu pracy,
bez podnoszenia płacy minimalnej, bez objęcia pracowników
napływowych taką samą ochroną jak miejscowych, bez ich
uzwiązkowienia, bez ochrony usług publicznych, bez gwarancji prawa
do strajku itp. itd. po prostu możemy zapomnieć o europejskim
marzeniu. Dwóch posłów BNP to także część rachunku, jaki
płacimy za ostatnie pięć lat równania w dół - za komisję
Barroso, za wyroki ETS w sprawach Laval i Viking, za blokowanie przez
polskie i brytyjskie rządy progresywnych rozwiązań na poziomie
unijnym. Warto już dziś zastanowić się, jaki rachunek przyjdzie
nam płacić za kolejne pięć lat.
PS. Warto zobaczyć:
* wyniki
eurowyborów w UK w 2009 roku
* wyniki
eurowyborów w UK w 2004 roku
* strona Unite
Against Fascism
* i oczywiście: strona kampanii Stop
Barroso
Na podobny temat
|
..się tak w szpitalach traktuje. Choć...
Ależ, co się będą lekarze pacjentami ...