|
„Partia Piratów ma w swoim programie tylko trzy punkty” - czytamy na stronie szwedzkiej Piratpartiet, która w ostatnich wyborach zdobyła ponad 7% głosów i mandat (a potencjalnie nawet dwa mandaty) w europarlamencie. Chodzi o głęboką reformę prawa autorskiego, zniesienie patentów i ochronę prawa obywateli do prywatności. „Z tym, i tylko z tym programem ubiegamy się o mandaty w europejskim i szwedzkim parlamencie”. W innych kwestiach, takich jak zdrowie, edukacja, wojsko, energia atomowa czy członkostwo Szwecji w Unii Europejskiej, partia nie ma oficjalnego stanowiska.
Nie potrzebuje. Jej celem nie jest udział w rządzeniu, lecz stanie się parlamentarnym języczkiem u wagi. W sprawach, których jej program nie obejmuje, Piratpartiet gotowa jest głosować tak jak dowolny rząd, o ile będzie on realizował jej trzy punkty. Nic dziwnego: w końcu rzeczą piratów jest żądać okupu, nieważne, czy z lewej czy z prawej. Założyciel partii, Rickard Falkvinge, jednym tchem deklaruje się jako ultrakapitalista (bo broni wolnej konkurencji przed prywatnym monopolem) i zwolennik cyberkomunizmu (bo chce, aby w sieci obowiązywała zasada „od każdego według możliwości, każdemu według potrzeb”). Dowcip? Kolejna postmodernistyczna partia jednego tematu? Na pierwszy rzut oka tak to może wyglądać.
A jak to wygląda z drugiej strony? Jaki stosunek do roszczeń piratów mają partie politycznego establishmentu? Patrząc na głosowania w poprzedniej kadencji Parlamentu Europejskiego, nietrudno zauważyć mętlik. Przynajmniej w trzech największych grupach politycznych. W głosowaniu nad raportem Crowleya (chodziło o wydłużenie okresu prawa autorskiego do utworów muzycznych) chadecy, liberałowie i socjaliści podzielili się. To znaczy, że określony stosunek do praw autorskich nie jest oczywistą częścią chadeckiej, liberalnej czy socjaldemokratycznej tożsamości. Albo - co na jedno wychodzi - nie jest osią politycznego sporu między tymi frakcjami. Jakby ich to w gruncie rzeczy nie interesowało.
Kiedy przyglądamy się uważniej wynikom głosowań, obraz komplikuje się. W siedmiu głosowaniach opracowanych na portalu La Quadrature du net stanowisko najbliższe oczekiwaniom piratów zajmowali konsekwentnie zieloni i komuniści. Chadecy byli na szarym końcu, zazwyczaj w towarzystwie socjalistów i liberałów. A skrajna prawica najczęściej pośrodku. Dziwne? Czy podział na lewicę i prawicę nic już nie znaczy? Nie sądzę. Wydaje się, że nadal ma on podstawowe znaczenie, tyle że chwilowo przesłania go inny ważny podział: na polityczny establishment i siły reprezentujące dążenie do zmiany. Śledząc posiedzenia, na których neogaulliści spod znaku Sarkozy’ego głosują ramię w ramię z brytyjskimi laburzystami, faktycznie można pomyśleć, że prawica i lewica to już tylko puste słowa. Ale piraci mają wszelkie dane po temu, by zakłócić tę pozorną zgodę.
Trzy hasła, wokół których piraci budują swój program, tylko pozornie dotyczą wąskich i wyizolowanych problemów. W gruncie rzeczy są to propozycje reform o głębokim transformacyjnym potencjale. Pomysł, by prawa autorskie faktycznie służyły autorom, brzmi może skromnie, ale tak naprawdę jest rewolucyjny. Dziś bowiem najczęściej są one narzędziem wyzysku pracy twórców przez wielkie wytwórnie płytowe i filmowe oraz zawłaszczania wspólnego dobra kulturowego przez wąską grupę inwestorów czerpiących rentę z obiegu idei. „Własność intelektualna” raczej nie służy tym, którzy tworzą nowe wartości. Co gorsza, na jej straży stoi coraz potężniejszy aparat państwa. Dziś walka z „piractwem”, podobnie jak widmo terroryzmu, daje rządom pretekst do gromadzenia danych o użytkownikach i użytkowniczkach internetu, śledzenia ich aktywności w sieci, inwigilowania korespondencji elektronicznej itp. itd. Ten aparat - będący częścią systemu, który Naomi Klein nazwała Państwem Policyjnym 2.0 - nie ma na celu ochrony dobra wspólnego. Służy raczej prywatnym interesom, które na tym dobru pasożytują.
Podobnie z kwestią patentów. Piratpartiet chce je w ogóle zlikwidować, na pierwszy ogień rzucając patenty farmaceutyczne. Podobnie jak prawa autorskie, również patenty tylko pozornie są tematem niszowym. Patenty na oprogramowanie oznaczają finansową kontrolę garstki rentierów nad obiegiem idei. Patenty na tradycyjne rośliny i lokalne technologie rolnicze - zgłaszane często przez firmy z globalnej Północy - oznaczają wywłaszczanie mieszkańców Południa z praw do wiedzy, którą przez wieki tworzyli. Patenty na leki są z kolei fundamentem systemu, który jest wyjątkowo nieefektywny i społecznie niesprawiedliwy. Istnieją dziś co najmniej cztery alternatywne projekty finansowania badan farmaceutycznych. Każdy z nich byłby tańszy, promowałby bardziej innowacyjne (a nie duplikacyjne) badania i zachęcałby do produkowania raczej leków potrzebnych biednym niż marketingowych produktów farmaceutycznych dla bogatych.
Cóż więc stoi na przeszkodzie, by wymienić obecny system?
Prawa autorskie, systemy gromadzenia danych, patenty… W znanym powiedzeniu, że „własność intelektualna to kradzież”, jest co najmniej kilka ziaren prawdy. Rewolucja informatyczna wyostrza problemy związane z tworzeniem, posiadaniem i obiegiem wiedzy. Tworzy nowe hierarchie, nowe narzędzia kontroli, nowe formy władzy. Ale też nowe pola walki o wolność, równość i braterstwo-siostrzeństwo - trzy tematy, które od czasu Rewolucji Francuskiej wyznaczają horyzont lewicowej polityki. Nie lekceważmy piratów sądząc, że chodzi im tylko o bezkarne ściąganie plików. Ludowi Paryża, który 220 lat temu szturmował mury Bastylii, też podobno chodziło tylko o chleb.
PS. Warto zobaczyć:
* Piratpartiet: Declaration of Principles oraz An Alternative to Pharmaceutical Patents
* Dean Baker, Alternatives to the drug patent system
* Jarosław Lipszyc, Nie gródźmy kultury oraz Dobro, zło, prawo autorskie („Gazeta Wyborcza”), Naomi Klein, Wszechwidzące chińskie oko (lewica.pl)
* serwis La Quadrature du net (zwł. sekcja Political Memory), zob. też głosowanie nad raportem Crowleya
Na podobny temat
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...