Nowość w sklepie KP!

miosz_okladka_300px.jpg

Katalog Książek KP

Najnowszy numer KP

kp29www150px.jpg

Komentarze

CYTAT DNIA

Jesteśmy zdolni zgasić słońce i gwiazdy, bo nie płacą dywidendy.
John Maynard Keynes

Książki w sklepie KP

Advertisement
Order software online
Ostolski: Efekt żałoby Drukuj
Adam Ostolski   
19.05.2010
Czy zbiorowa żałoba, którą przeżywaliśmy i obserwowaliśmy przed miesiącem, przyniosła ze sobą jakąś społeczną zmianę? Pytanie brzmi naiwnie, przyznaję. Rozsądek poucza nas, że takie zbiorowe uniesienia przemijają szybko i bez śladu. To samo mówi dotychczasowe doświadczenie. Czy pięć lat temu, kiedy umarł Jan Paweł II, nie stawiano identycznych pytań? I czy nie była to w sumie bardzo podobna sytuacja? A jednak jestem przekonany, że doświadczenie tym razem nas zwodzi. Zewnętrznych podobieństw między dwiema żałobami - tą z 2005 roku i tą z 2010 - jest wiele, ale nie są one takie ważne. Tłumy na ulicach, masowe palenie zniczy, improwizowane ad hoc rytuały, intensyfikacja ruchu w internecie, pokaz narodowej zgody wszystkich ze wszystkimi, w mediach rygor patosu, niekiedy graniczącego z groteską, a nawet poczucie wyobcowania wśród tych, którzy czuli się z tego wszystkiego „wykluczeni” - to wszystko już wszak kiedyś widzieliśmy. Ale to tylko zewnętrzna oprawa żałoby, a nie jej żywa treść. Aby zrozumieć, co wydarzyło się w kwietniu 2010, potrzebujemy odwołać się do tradycji teoretycznej, która na życie społeczne patrzy przez pryzmat obrazów, jakie ludzie mają w głowach.

Pod tym zaś względem różnica między dwiema żałobami jest zasadnicza. W roku 2005 żałoba oznaczała eskalację obrazów. O zmarłym papieżu mówiło się to samo i tak samo, tylko bardziej. W gazetach, w internecie i na ekranach telewizorów widzieliśmy znane nam już wizerunki, tylko częściej i gęściej. Takie nieustanne przywoływanie, powtarzanie, recytowanie wspomnień prowadzi do ich spowszednienia. Zmęczona pamięć przestaje w końcu na nie zważać, a człowiek - lub zbiorowość - godzi się z doświadczoną stratą, powracając do normalnego biegu spraw. Dlatego, bez względu na wyśrubowane oczekiwania szerokich kół komentatorów, śmierć papieża od początku pozbawiona była potencjału Wydarzenia.

Żałoba roku 2010 to coś zgoła innego. Tym razem chodzi bowiem nie o eskalację, lecz o konwersję obrazów. Dominujące przed tragedią w mediach wizerunki prezydenta i pierwszej damy, utrzymane w poetyce kreowania „obciachu”, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zastąpione zostały innymi wizerunkami, ukazującymi dostojeństwo, ludzkie ciepło i szczególny urok Lecha i Marii Kaczyńskich jako przywiązanej do siebie pary. I nie chodzi tylko o zastąpienie jednych obrazów przez inne. Zmiana dotyka również sensu obrazów znanych już wcześniej. Wystarczy pomyśleć, jak zmieniło się znaczenie plastykowej reklamówki Marii Kaczyńskiej. Z koronnego dowodu na obciachowość i niedopasowanie do roli pierwszej damy przemieniła się ona w uroczy detal, oznakę budzącej sympatię i szacunek zwyczajności.

Trzeba cierpliwej uwagi, by zrozumieć potencjał, jaki ta zmiana ze sobą niesie. Nie chodzi tu bowiem, jak chciałaby część publicystów prawicy, o prostą zamianę pozycji. Nie jest bynajmniej tak, że spóźniona sympatia do Lecha Kaczyńskiego przełoży się na nienawiść do Donalda Tuska i jego ludzi, zmuszonych teraz z kolei dźwigać gorzkie brzemię obciachu. Kto by właśnie na to liczył albo (co tak naprawdę na jedno wychodzi) właśnie się tego obawiał, tego spotka zawód.

Cóż się więc takiego stało przez te kilka, kilkanaście kwietniowych dni? Konwersja obrazów nie zamyka się w świecie obrazów - odbywa się w ludziach, którzy te obrazy w sobie noszą. „Nigdy nie widziałem, nigdy nie pokazano mi takich zdjęć prezydenta” - to zdanie, wygłaszane z mieszanką żalu i niedowierzania, wielokrotnie słyszałem lub podsłyszałem na warszawskich ulicach. Zaszła zmiana, i to zmiana, która nie dotyczy tylko zbiorowego wyobrażenia o Lechu Kaczyńskim. Zgaduję, że dla wielu ludzi - szczególnie tych, którzy są na urok obrazów szczególnie podatni - oznacza to przynajmniej częściową detronizację czwartej władzy. Być może nie tak łatwo już będzie uwierzyć im w serwowane przez media degradujące wizerunki innych publicznych osób. A jeśli tak się stanie, to podważona zostanie forma dominująca w polskiej polityce co najmniej od dwudziestu lub trzydziestu lat.

Na czym polega ta forma? Z jednej strony chodzi o sposób produkcji wartości w życiu publicznym, w obrębie którego wartość politycznego aktora wyrasta z braku wartości jego przeciwnika: „My jesteśmy dobrzy, dlatego że oni są źli”, „My jesteśmy mądrzy, dlatego że oni są głupi”, „My jesteśmy szlachetni, dlatego że oni są gnidami”. Z drugiej strony o estetyczny kod, w którym dominującym językiem sporu jest moralna delegitymizacja i estetyczna deprecjacja przeciwnika, naznaczanie piętnem obciachu. Niełatwo by było wskazać stronnictwo, które w ciągu ostatnich dwóch dekad nie posłużyłoby się tym kodem; trudno też byłoby wskazać takie, które nie padłoby raz czy drugi jego ofiarą. Kod ten jest w polskiej polityce uniwersalny. A w tej sytuacji polityka nie ma szansy stać się demokratycznym agonem (to znaczy zmaganiem różnych wartości, różnych namiętności i racji), przyjmując nieuchronnie formę walki światła i ciemności, czy też inaczej mówiąc: „wojny domowej”.

Czy kwietniowa żałoba daje szansę na przełamanie tego kodu? Czy jest nadzieja na wyjście Polaków ze stanu „wojny domowej”? Wyobraźmy sobie, jak wyglądałaby publiczna debata, gdyby nie można już było zbyć politycznego przeciwnika, wskazując na jego „niepatriotycznego” dziadka, niski wzrost lub plastykową reklamówkę żony? Byłaby to doprawdy rewolucja i - dziś bardziej niż kiedykolwiek - nie wydaje się ona niemożliwa. Gwarancji jednak nie ma.

Wiele zależy od tego, czy konwersja okaże się trwała w przypadku tych ludzi, którzy są na obrazy najbardziej podatni, a więc też i narażeni na przypadłość krótkiej pamięci. Wiele zależy od tego, czy dziennikarze, publicyści, intelektualiści będą gotowi wziąć się do pracy nad stworzeniem nowej formy, która zastąpiłaby starą. Wiele zależy też od samych polityków i ich partii.

Szczególnie ciekawe i ważne jest to, jak się długofalowo zachowa Prawo i Sprawiedliwość. Konwersja, o której piszę, nie dotyczy wszystkich Polaków, a w każdym razie nie wszystkich objęła w ten sam sposób. Przeżyli ją w pierwszej osobie jedynie ci, którzy wcześniej odczuwali motywowaną estetycznie, wyuczoną za pośrednictwem obrazów pogardę dla zmarłego prezydenta. Dla zwolenników braci Kaczyńskich żałoba musiała oznaczać coś innego (i też niekoniecznie dla wszystkich to samo). A mimo to PiS ma swój udział w zbiorowej konwersji. Zmiana języka, którą ostatnio obserwujemy, może okazać się czysto taktyczna, ale są dla niej też głębsze, ponadkoniunkturalne przesłanki. Przyszłość tej formacji zależy w oczywisty sposób od zdolności do wychodzenia z prawego narożnika i sięgania po elektorat Platformy Obywatelskiej. Czyli tych właśnie, których owa konwersja poruszyła najgłębiej.

Nieoczekiwanie właśnie dziś, kiedy nic nie jest zagwarantowane, stoimy przed bezprecedensową i być może niepowtarzalną szansą. Możemy przestać celebrować naszą „wojnę domową” - i to samo w sobie byłoby już małą rewolucją. To nadzieja, lecz także wezwanie do pracy.
Komentarze
Dodaj nowy
Napisz komentarz
Nick:
E-mail:
 
Strona www:
Tytu?:
UBBCode:
[b] [i] [u] [url] [quote] [code] [img] 
 
Prosz? wpisa? kod antyspamowy widoczny na obrazku.

3.26 Copyright (C) 2008 Compojoom.com / Copyright (C) 2007 Alain Georgette / Copyright (C) 2006 Frantisek Hliva. All rights reserved.”


Na podobny temat

Aktualizacja    ( 05.06.2010 )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »
Generated in 0.70658 Seconds