Nowość w sklepie KP!
Najnowszy numer KP
Komentarze
CYTAT DNIA
Pytałem decydentów MFW, jakie mają dowody na to, że ich neoliberalna polityka jest właściwa. Odpowiadali, że nie potrzebują dowodów. Wyglądało to tak, jakby chodziło im nie o politykę, lecz o religię. Ale to tylko część odpowiedzi. Forsowali taką politykę także dlatego, że chciało jej Wall Street. Niestabilność, kryzysy, łączenie firm, dzielenie firm to raj dla sektora finansowego, który robi na tym ogromne pieniądze.
Joseph E. Stiglitz
Książki w sklepie KP
|
Order software online
|
A może druga Islandia? |
|
|
Adam Ostolski
|
|
26.10.2009 |
Tak, wiem, ten pomysł na pierwszy rzut oka wcale nie wygląda atrakcyjnie. Cóż pociągającego może być w naśladowaniu państwa, z trudem wypełzającego z długów, jakie zafundowali mu neoliberałowie? Państwa, które jeszcze niedawno stanowiło jeden wielki fundusz hedgingowy? Wyspy, którą nawet przy wielkim wysiłku wyobraźni trudno by było uznać za symbol gospodarczego cudu?
Cóż, oprócz rozdmuchanych cudów gospodarczych, zdarzają się też ciche cuda polityczne. W najnowszej historii politycznej Islandii widzę co najmniej trzy lekcje, które i dla nas mogłyby się okazać pożyteczne.
Pierwsza z nich to lekcja koalicji. Po ogłoszeniu niepodległości w 1944 roku islandzka scena polityczna była przez pół wieku zdominowana przez cztery partie: konserwatywną Partię Niepodległości, liberalną Partię Postępu, Partię Socjaldemokratyczną oraz Związek Ludowy, uważający się za część światowego ruchu komunistycznego. Kolejne wybory wygrywała zawsze (aż do niedawna) Partia Niepodległości, nigdy jednak nie zdobywając samodzielnie większości w Alþingi. Przez te pół wieku Islandią rządziły przeróżne koalicje: konserwatyści z liberałami, konserwatyści z socjalistami, liberałowie z socjalistami i komunistami, konserwatyści z liberałami i komunistami… Niewiele wiem o historii Islandii, trudno mi więc zgadywać, co się kryło za tymi sojuszami. Fantazja podsuwa mi opowieść o niezgniłych kompromisach i zdolności reprezentowania swoich wyborców w rozmaitych układach… Mniej ważne, z kim się rządzi, jak długo się pamięta, dla kogo się rządzi, prawda?
Druga lekcja to cud jedności. Pod koniec lat 90. islandzka lewica poczuła się nadmiernie rozbita. Już na początku lat 80. powstała feministyczna Lista Kobiet, zaś w latach 90. doszło do rozłamu wśród socjalistów. Przed wyborami w 1999 roku cztery partie postanowiły się zjednoczyć i utworzyć nową partię - Sojusz. Ponieważ jako płaszczyznę zjednoczenia wybrano koncepcję „trzeciej drogi” inspirowaną triumfami Blaira i Schrödera, część bardziej lewicowych polityczek i polityków nie weszła w skład Sojuszu, zakładając własną, ekosocjalistyczną i feministyczną partię Ruch Zieloni-Lewica. Początkowo wydawało się, że to częściowe zjednoczenie nic nie zmienia - dwie partie zdobyły w 1999 roku dokładnie tyle samo miejsc w Alþingi, co cztery partie w 1995 roku. A jednak miało okazać się, że formuła zjednoczenia w formie dwóch partii zamiast jednej przynosi owoce. Pozwoliła ona wytworzyć nowy podział, oparty na realnych różnicach politycznych, w miejsce dawniejszych podziałów opartych na historycznych tożsamościach i osobistych ambicjach. Ani zjednoczenie w bezkształtnej magmie, ani rozbicie na dziesiątki sekt i ambicyjek. W kolejnych wyborach lewica zaczęła powoli odbierać teren konserwatystom, a w roku 2009 (z pewną pomocą kryzysu, ma się rozumieć) zdobyła po raz pierwszy parlamentarną większość, pozwalającą na stworzenie czysto lewicowego rządu.
I tak dochodzimy do trzeciego cudu - to stosunek islandzkiej lewicy do Unii Europejskiej. Tak się bowiem złożyło, że Sojusz jest najbardziej prounijną spośród islandzkich partii, zaś Ruch Zieloni-Lewica jest partią najbardziej eurosceptyczną. Sojusz chce szybko przyjąć euro, Zieloni-Lewica woleliby norweską koronę… I te partie postanowiły rządzić razem właśnie w momencie, kiedy Islandia stoi przed pilną decyzją o wstąpieniu bądź niewstąpieniu do Unii Europejskiej. Obie partie trzymają się swego zdania, ale mimo wszystko rządzą wspólnie, nie pozwalając, by kwestia europejska przesłaniała im inne sprawy. Na przykład różnicę między lewicą a prawicą…
Jedno mnie tylko niepokoi. Niewiele wiem o Islandii (poza tym, co właśnie napisałem), a to wszystko tak bardzo zdaje się odpowiadać na polskie bolączki, że rodzi się we mnie obawa, że ja sobie tę Islandię wymyśliłem. Cóż, pozostaje mieć nadzieję, że pewnego dnia Anna Delick napisze o Islandii artykuł, i wtedy dowiem się wreszcie, czy gdzieś naprawdę istnieje taka wyspa.
Na podobny temat
|
|
Aktualizacja ( 26.10.2009 )
|
|
Felietony Adama Ostolskiego
|
|
Chyba mnie nie zrozumiałeś, właśnie c...
Brakuje pieniędzy na edukację, brakuj...